Wyniki egzaminu

Informacje o egzaminie:
  • Zawód: Technik elektroradiolog
  • Kwalifikacja: MED.08 - Świadczenie usług medycznych w zakresie diagnostyki obrazowej, elektromedycznej i radioterapii
  • Data rozpoczęcia: 9 lipca 2026 14:02
  • Data zakończenia: 9 lipca 2026 14:15

Egzamin niezdany

Wynik: 16/40 punktów (40,0%)

Wymagane minimum: 20 punktów (50%)

Nowe
Analiza przebiegu egzaminu- sprawdź jak rozwiązywałeś pytania
Udostępnij swój wynik
Szczegółowe wyniki:
Pytanie 1

Na obrazie TK klatki piersiowej w przekroju poprzecznym strzałką oznaczono

Ilustracja do pytania
A. oskrzele główne lewe.
B. aortę wstępującą.
C. oskrzele główne prawe.
D. aortę zstępującą.
Na tym typie zadań najczęstszy problem nie polega na nieznajomości anatomii, tylko na pomyleniu orientacji obrazu TK i podobnych do siebie struktur w śródpiersiu. W standardowych przekrojach poprzecznych TK patrzymy na pacjenta od strony jego stóp. Oznaczenie R po lewej stronie ekranu wskazuje prawą stronę pacjenta, więc wszystko po przeciwnej stronie to lewa połowa klatki piersiowej. Jeśli ktoś wybiera prawe oskrzele główne, to zwykle dlatego, że patrzy „intuicyjnie”, jak na zdjęcie od przodu, a nie jak na przekrój poprzeczny. Prawe oskrzele główne jest rzeczywiście bardziej pionowe, krótsze i szersze, ale będzie po stronie oznaczonej literą R. Strzałka na obrazie wyraźnie wskazuje strukturę po stronie przeciwnej, czyli anatomicznie lewej. Wybór aorty wstępującej lub zstępującej wynika zazwyczaj z mylenia struktur powietrznych z naczyniami. Aorta w TK z kontrastem ma gęstość wysoką, jest jasna, o okrągłym lub lekko owalnym przekroju. Na tym poziomie przekroju aorta wstępująca leży bardziej z przodu i po prawej stronie pacjenta, blisko prawej komory, natomiast aorta zstępująca jest zwykle tylno-lewostronna, przylega do kręgosłupa. Struktura wskazana strzałką ma gęstość powietrza (ciemna), co jest typowe dla światła dróg oddechowych, a nie dla naczynia wypełnionego kontrastem. Dodatkowo jej położenie – tuż poniżej rozdwojenia tchawicy, w bezpośrednim sąsiedztwie wnęki lewego płuca – jest książkowe dla lewego oskrzela głównego. Moim zdaniem dobrym nawykiem jest przy każdym przekroju najpierw zidentyfikować tchawicę, potem bifurkację, a dopiero później przechodzić do oskrzeli i naczyń. Pozwala to uniknąć typowego błędu: brania jasnych, kontrastujących naczyń za „główne drogi oddechowe” tylko dlatego, że są wyraźniejsze. W praktyce zawodowej takie pomyłki mogą skutkować błędną oceną lokalizacji guza, węzła chłonnego albo zakrzepu, dlatego standardy dobrej praktyki w diagnostyce obrazowej mocno podkreślają konieczność systematycznej analizy przekrojów i świadomego korzystania z oznaczeń orientacyjnych na obrazie.

Pytanie 2

Na obrazie MR kręgosłupa lędźwiowego strzałką wskazano

Ilustracja do pytania
A. przepuklinę na poziomie L4-L5
B. osteofit na poziomie L4-L5
C. przepuklinę na poziomie L2-L3
D. osteofit na poziomie L2-L3
Na zaznaczonym obrazie MR w projekcji strzałkowej widać typowy obraz przepukliny krążka międzykręgowego na poziomie L4–L5. Strzałka pokazuje ogniskowe uwypuklenie materiału jądra miażdżystego poza granice prawidłowego zarysu krążka, w kierunku kanału kręgowego. W MR wygląda to jak ognisko o sygnale zbliżonym do krążka, ciągłe z dyskiem, które wchodzi do kanału i modeluje worek oponowy lub korzenie ogona końskiego. To właśnie odróżnia przepuklinę od osteofitu – osteofit jest zbudowany z tkanki kostnej, ma ostry, twardy zarys, wychodzi z krawędzi trzonu, a nie z obwodu krążka. Na tym zdjęciu kształt zmiany jest „miękki”, półkolisty, typowo dyskowy. Poziom L4–L5 rozpoznajemy po liczeniu trzonów od góry (L1 nad stożkiem rdzeniowym) i po położeniu względem kości krzyżowej – segment nad L5–S1. W praktyce klinicznej taka przepuklina L4–L5 bardzo często odpowiada za bóle krzyża z promieniowaniem do kończyny dolnej w przebiegu ucisku korzenia L5. Standardem jest opisanie w badaniu MR: poziomu, typu przepukliny (protruzja, ekstruzja, sekwestr), stopnia zwężenia kanału i otworów międzykręgowych. Moim zdaniem warto od razu w głowie kojarzyć obraz z objawami pacjenta, bo to potem ułatwia rozmowę z lekarzem prowadzącym i udział w planowaniu leczenia – od fizjoterapii, przez blokady, aż po ewentualny zabieg neurochirurgiczny. Dobra praktyka w diagnostyce obrazowej kręgosłupa to zawsze: poprawne zidentyfikowanie poziomu, ocena wysokości i sygnału krążków, kształtu tylnej krawędzi dysku oraz relacji do worka oponowego i korzeni nerwowych – tutaj wszystkie te elementy wskazują jednoznacznie na przepuklinę krążka na poziomie L4–L5.

Pytanie 3

Po wykonanej radioterapii do dokumentacji pacjenta należy wpisać dawkę promieniowania w jednostce

A. Grej (Gy)
B. Kiur (Ci)
C. Bekerel (Bq)
D. Siwert (Sv)
Prawidłową jednostką dawki pochłoniętej w radioterapii jest grej (Gy). W dokumentacji po napromienianiu zawsze wpisujemy dawkę w Gy, ponieważ ta jednostka opisuje ile energii promieniowania zostało pochłonięte przez tkankę: 1 Gy = 1 dżul na kilogram. To jest dokładnie to, co nas interesuje przy planowaniu i ocenie skuteczności leczenia onkologicznego – ile energii oddaliśmy do guza i tkanek zdrowych. W praktyce klinicznej zapis wygląda np. tak: „Dawka całkowita: 50 Gy w 25 frakcjach po 2 Gy”, albo przy brachyterapii: „HDR 7 Gy na frakcję do punktu referencyjnego”. Moim zdaniem warto od początku przyzwyczajać się do czytania i pisania takich zapisów, bo to jest codzienny chleb w radioterapii. Grej jest jednostką układu SI i jest standardem w wytycznych międzynarodowych (ICRU, ICRP), w planach leczenia, w systemach TPS i w kartach informacyjnych. Oczywiście w radiologii i ochronie radiologicznej pojawiają się też inne jednostki, jak siwert (Sv) dla dawki równoważnej i skutecznej czy bekerel (Bq) dla aktywności źródła, ale to są inne wielkości fizyczne. W radioterapii, przy opisie konkretnego napromieniania pacjenta, wpisujemy właśnie dawkę pochłoniętą w Gy. W dokumentacji dodatkowo często zaznacza się rozkład dawki (DVH), dawki na narządy krytyczne też w Gy, np. „maks. dawka do rdzenia kręgowego 45 Gy”. To wszystko musi być spójne, dlatego użycie greja nie jest kwestią mody, tylko po prostu standardem i wymogiem poprawnej dokumentacji medycznej.

Pytanie 4

Celiakografia jest badaniem kontrastowym

A. pnia płucnego.
B. pnia trzewnego.
C. układu żylnego.
D. układu tętniczego.
W tym pytaniu łatwo się pomylić, bo nazwa nie jest już tak często używana w codziennej mowie, a kojarzy się trochę abstrakcyjnie. Celiakografia nie ma jednak nic wspólnego ani z pniem płucnym, ani z ogólnie pojętym „układem żylnym”, ani nie jest opisem dowolnego badania tętniczego. Chodzi o bardzo konkretne naczynie. Pień płucny to duże naczynie tętnicze wychodzące z prawej komory serca i prowadzące krew do płuc. Jego ocenę wykonuje się np. w angiografii płucnej, angio-TK klatki piersiowej czy w badaniach kardiologicznych. To jest zupełnie inny obszar anatomiczny niż pień trzewny, który znajduje się w jamie brzusznej i zaopatruje narządy górnej części przewodu pokarmowego. Skoro więc celiakografia dotyczy jamy brzusznej, wybór pnia płucnego wynika zwykle z mylenia nazw dużych naczyń. Podobnie odpowiedź „układ żylny” jest zbyt ogólna i merytorycznie nietrafiona. Badania kontrastowe układu żylnego to flebografie, wenografie albo po prostu faza żylna w TK czy MR. Celiakografia odnosi się natomiast do konkretnego tętniczego pnia, a nie do ogólnego obrazu żył. Typowym błędem myślowym jest tu założenie, że skoro jest kontrast, to może chodzić o żyły, bo np. kojarzy się to z zakrzepicą. W angiografii klasycznej i w nowoczesnych angio-TK/MR zdecydowana większość badań dotyczy jednak przede wszystkim tętnic. Odpowiedź „układ tętniczy” jest z kolei częściowo kusząca, bo rzeczywiście mówimy o naczyniu tętniczym. Ale pytanie jest precyzyjne: celiakografia to badanie kontrastowe konkretnego pnia – trzewnego – a nie całego układu tętniczego. W dobrej praktyce diagnostyki obrazowej warto kojarzyć nazwy badań z anatomicznymi strukturami: koronarografia – tętnice wieńcowe, karotydografia – tętnice szyjne, celiakografia – pień trzewny. To pomaga unikać takich właśnie nieprecyzyjnych skojarzeń i błędnych odpowiedzi.

Pytanie 5

Promieniowanie rentgenowskie jest

A. falą elektromagnetyczną.
B. strumieniem protonów.
C. falą ultradźwiękową.
D. strumieniem elektronów.
Promieniowanie rentgenowskie należy do fal elektromagnetycznych, tak samo jak światło widzialne, ultrafiolet, podczerwień czy promieniowanie gamma. Różni się od nich głównie długością fali i energią kwantów. Promieniowanie X ma bardzo krótką długość fali i wysoką energię, dzięki czemu ma właściwości jonizujące – potrafi wybijać elektrony z atomów. To właśnie ta cecha pozwala na tworzenie obrazów w radiologii, ale jednocześnie wymaga ścisłego przestrzegania zasad ochrony radiologicznej. W aparacie RTG elektrony są rozpędzane i gwałtownie hamowane na anodzie lampy – w tym procesie powstaje promieniowanie hamowania oraz charakterystyczne, ale końcowy efekt i tak jest taki, że wychodzi z lampy wiązka fali elektromagnetycznej o określonym widmie energii. W praktyce medycznej to promieniowanie przechodzi przez ciało pacjenta i jest różnie pochłaniane przez tkanki: kości absorbują więcej, płuca mniej, dlatego na detektorze lub kliszy powstaje kontrastowy obraz. W tomografii komputerowej, mammografii czy radiografii cyfrowej zasada fizyczna jest ta sama – zawsze pracujemy z falą elektromagnetyczną z zakresu promieniowania X, tylko zmieniają się parametry ekspozycji, geometria wiązki i rodzaj detektora. Warto też pamiętać, że zgodnie z podstawami fizyki medycznej i normami opisującymi pracę z promieniowaniem jonizującym (np. zalecenia ICRP), wszystkie procedury z użyciem RTG traktowane są jako praca z promieniowaniem elektromagnetycznym, a nie z wiązką cząstek materialnych. Moim zdaniem dobrze jest to sobie jasno poukładać, bo potem łatwiej zrozumieć takie pojęcia jak energia fotonu, twardość wiązki, filtracja czy warstwa półchłonna.

Pytanie 6

Audiogram przedstawia próbę

Ilustracja do pytania
A. SISI.
B. Langenbecka.
C. Fowlera.
D. Lüschera-Zwisłockiego.
Na ilustracji pokazano audiogram z wynikiem próby Fowlera, czyli badania wyrównywania głośności między uszami, a nie inne testy psychoakustyczne. Wiele osób myli te nazwy, bo wszystkie dotyczą audiometrii, ale ich cel i sposób zapisu są zupełnie inne. Próba Lüschera-Zwisłockiego dotyczy obiektywnego określania progu słyszenia metodą maskowania szumem i ma inny sposób prezentacji wyniku – nie rysuje się tam typowych, wielokrotnych linii łączących poziomy głośności między uszami w funkcji częstotliwości. Audiogram z pytania pokazuje właśnie takie powtarzane pomiary wyrównania głośności, opisane literami A, B, C, co pasuje do klasycznego schematu Fowlera. Nazwisko Langenbecka pojawia się w kontekście otologii i chirurgii, ale nie jest związane ze standardowym testem audiometrycznym oznaczanym na audiogramie w taki sposób. To dość typowy błąd, że jak pojawia się nazwisko niemieckie przy uchu i słuchu, to automatycznie kojarzy się z jakąś „próbą” audiometryczną – a tutaj tak po prostu nie jest. Z kolei SISI (Short Increment Sensitivity Index) to test czułości na małe przyrosty natężenia, wykonywany zazwyczaj przy jednej częstotliwości, a wynik podaje się w procentach poprawnych rozpoznań 1 dB przyrostu. Nie powstaje przy nim złożony wykres z wieloma krzywymi dla różnych poziomów, tylko raczej prosty zapis liczbowy. Typowym błędem myślowym jest utożsamianie każdego skomplikowanego audiogramu z testem SISI, bo studenci pamiętają, że on „wykrywa rekrutację”. Tymczasem w praktyce klinicznej rekrutację ocenia się zarówno testem SISI, jak i właśnie próbą Fowlera, ale ich zapis graficzny jest inny. W próbie Fowlera patrzymy na to, jak szybko ucho chore wyrównuje głośność z uchem zdrowym przy wzroście natężenia, co idealnie ilustruje ten wykres. Dlatego poprawne skojarzenie tutaj to próba Fowlera, a nie pozostałe wymienione testy.

Pytanie 7

Parametrem krwi, który powinien zostać oznaczony u pacjenta przed wykonaniem badania MR z kontrastem, jest

A. bilirubina.
B. fibrynogen.
C. hemoglobina.
D. kreatynina.
Prawidłowo wskazana została kreatynina. Przy badaniu rezonansu magnetycznego z podaniem kontrastu najważniejsze jest oszacowanie wydolności nerek pacjenta, bo większość stosowanych środków kontrastowych (zwłaszcza gadolinowych) jest wydalana właśnie przez nerki. Standardowo ocenia się stężenie kreatyniny w surowicy i na tej podstawie wylicza się eGFR (szacunkowy współczynnik przesączania kłębuszkowego). To właśnie eGFR mówi nam, czy ryzyko powikłań po kontraście jest akceptowalne. W praktyce, zgodnie z zaleceniami wielu towarzystw radiologicznych, przy eGFR powyżej ok. 30 ml/min/1,73 m² podanie kontrastu gadolinowego jest zazwyczaj uznawane za względnie bezpieczne, oczywiście przy braku innych przeciwwskazań. Przy niższych wartościach planuje się badanie bardzo ostrożnie, czasem rezygnuje się z kontrastu, dobiera się inny środek albo konsultuje z nefrologiem. W pracowni obrazowej wygląda to tak: przed planowanym MR z kontrastem pacjent ma w skierowaniu lub w dokumentacji aktualny wynik kreatyniny. Technik lub pielęgniarka sprawdza datę i wartość, lekarz opisujący albo radiolog kwalifikujący ocenia, czy można bezpiecznie podać kontrast. Moim zdaniem to jest jeden z tych parametrów, które naprawdę warto mieć „w małym palcu”, bo pojawia się non stop przy badaniach TK i MR. Dodatkowo pamiętaj, że oznaczenie kreatyniny jest szybkie, tanie i szeroko dostępne, dlatego weszło do standardu przed wieloma badaniami z kontrastem. To typowy przykład, jak proste badanie laboratoryjne realnie zwiększa bezpieczeństwo procedury obrazowej.

Pytanie 8

Która sekwencja obrazowania MR wykorzystuje impulsy RF o częstotliwości rezonansowej tłuszczu do tłumienia sygnału pochodzącego z tkanki tłuszczowej?

A. PCA
B. MTC
C. TOF
D. FAT SAT
W tym pytaniu sedno sprawy leży w zrozumieniu, jak działają różne specjalistyczne sekwencje MR i jakie mają konkretne zadania. Tylko jedna z nich faktycznie wykorzystuje impulsy RF o częstotliwości rezonansowej tłuszczu do selektywnego tłumienia sygnału z tkanki tłuszczowej, i jest to właśnie technika typu FAT SAT, czyli fat saturation/fat suppression. Pozostałe odpowiedzi są związane z naczyniami, przepływem lub strukturą tkanek, ale nie z selektywnym wygaszaniem tłuszczu.
TOF (Time of Flight) to sekwencja angiograficzna. Bazuje na zjawisku napływu świeżej, nienasyconej krwi do warstwy obrazowanej. Krew daje wtedy silniejszy sygnał niż statyczne tkanki, które są już częściowo nasycone impulsami RF. Dzięki temu doskonale widać naczynia krwionośne bez konieczności podawania kontrastu. Jednak TOF nie służy do tłumienia tłuszczu, nie używa selektywnych impulsów RF skierowanych na częstotliwość rezonansową tłuszczu, tylko wykorzystuje efekt przepływu.
MTC (Magnetization Transfer Contrast) to z kolei technika, która moduluje kontrast między protonami związanymi w makrocząsteczkach (np. białkach) a „wolną” wodą. Wykorzystuje się dodatkowy impuls RF, który nasyca spinowo frakcję związanych protonów, a magnetyzacja przenosi się na frakcję wolną. To daje lepszy kontrast np. w obrazowaniu OUN, ale nie jest to klasyczne wygaszanie tłuszczu. Tłuszcz może się pośrednio zmieniać w obrazie, ale nie jest bezpośrednim celem tej sekwencji.
PCA (Phase Contrast Angiography) to metoda do pomiaru przepływu krwi, gdzie informacja o prędkości przepływu jest kodowana w fazie sygnału MR. Umożliwia ilościową ocenę prędkości i kierunku przepływu, np. w tętnicach mózgowych czy w sercu. Tutaj też nie ma mowy o selektywnym nasycaniu sygnału z tłuszczu za pomocą częstotliwości rezonansowej tłuszczu. Typowy błąd myślowy polega na tym, że skoro coś jest „specjalną” sekwencją, to może od razu służyć do tłumienia tłuszczu – ale każda z tych technik ma bardzo precyzyjne, wąskie zastosowanie.
FAT SAT jest jedyną odpowiedzią, która pasuje dokładnie do treści pytania: używa selektywnego impulsu RF dostrojonego do przesunięcia chemicznego tłuszczu względem wody, co skutkuje nasyceniem magnetyzacji tłuszczu i osłabieniem jego sygnału. To jest fundament wielu protokołów MR, szczególnie w diagnostyce urazów, stanów zapalnych, zmian nowotworowych i badaniach po kontraście gadolinowym. Warto sobie mocno utrwalić, że TOF i PCA to angiografia przepływowa, MTC to kontrast magnetyzacji przeniesionej, a prawdziwe „wyciszanie” tłuszczu impulsami RF to domena FAT SAT.

Pytanie 9

Rumień skóry pojawiający się podczas radioterapii jest objawem

A. późnego odczynu ogólnoustrojowego.
B. późnego odczynu miejscowego.
C. ostrego odczynu ogólnoustrojowego.
D. ostrego odczynu miejscowego.
Rumień skóry pojawiający się w trakcie radioterapii jest klasycznym przykładem ostrego odczynu miejscowego, czyli takiej reakcji tkanek, która rozwija się w czasie napromieniania lub w ciągu kilku tygodni po jego zakończeniu i jest ograniczona dokładnie do pola napromienianego. Skóra reaguje na promieniowanie podobnie jak na oparzenie słoneczne: pojawia się zaczerwienienie, lekki obrzęk, czasem świąd czy uczucie pieczenia. W praktyce klinicznej określa się to jako wczesny odczyn skórny i klasyfikuje według skal, np. RTOG/EORTC lub CTCAE, co jest standardem w radioterapii. Moim zdaniem warto zapamiętać, że wszystko, co dotyczy rumienia, suchości skóry, łuszczenia, a nawet wilgotnego złuszczania w obrębie pola napromienianego, zaliczamy właśnie do ostrych odczynów miejscowych. Pojawiają się one zwykle po dawkach rzędu kilkunastu–kilkudziesięciu Gy i są ściśle zależne od frakcjonowania, techniki planowania (IMRT, 3D-CRT) oraz pielęgnacji skóry w trakcie leczenia. W dobrych praktykach radioterapii bardzo pilnuje się obserwacji skóry pacjenta w każdym tygodniu napromieniania, edukuje się chorego, żeby nie drażnił skóry (brak gorących kąpieli, unikanie tarcia, odpowiednie kremy), bo to pozwala ograniczyć nasilenie odczynu. Rumień nie jest odczynem ogólnoustrojowym – nie wiąże się z gorączką czy zaburzeniami krążeniowymi, tylko z miejscowym uszkodzeniem komórek naskórka i drobnych naczyń w skórze. Nie jest też odczynem późnym, bo nie ma tu włóknienia, teleangiektazji, zaniku skóry czy martwicy, które mogą się pojawić miesiące lub lata po zakończeniu radioterapii. W praktyce technika radioterapii i prawidłowe rozłożenie dawki w planie leczenia mają ogromne znaczenie, żeby rumień był jak najłagodniejszy i szybko się cofał po terapii.

Pytanie 10

Które zdjęcia należy wykonać pacjentom z chorobą reumatoidalną stawów kolanowych?

A. AP obu stawów kolanowych i osiowe rzepek.
B. AP i boczne obu stawów kolanowych.
C. AP i boczne stawu kolanowego prawego.
D. AP i boczne stawu kolanowego lewego.
Prawidłowo wskazano, że u pacjentów z reumatoidalnym zapaleniem stawów kolanowych wykonuje się projekcje AP i boczne obu stawów kolanowych. W RZS zmiany są zwykle wielostawowe, symetryczne i postępujące, dlatego standardem jest obrazowanie obu kolan, a nie tylko jednego, nawet jeśli pacjent zgłasza ból głównie po jednej stronie. W projekcji AP oceniamy przestrzeń stawową, ustawienie osi kończyny, ewentualne podwichnięcia, nadżerki kostne w obrębie kłykci, obecność osteoporozy przystawowej. Projekcja boczna pozwala lepiej zobaczyć zarys rzepki, powierzchnie stawowe, wysięk w jamie stawu (tzw. objaw zatarcia zarysu fałdów tłuszczowych), a także deformacje zgięciowe. Moim zdaniem ważne jest też to, że wykonując badanie obu kolan, mamy punkt odniesienia – czasem jedno kolano jest zajęte mocniej, drugie słabiej, ale porównanie symetrii zmian bardzo pomaga w ocenie zaawansowania RZS. W wielu ośrodkach przy podejrzeniu chorób zapalnych stawów stosuje się tzw. „serię reumatologiczną” RTG – zawsze z uwzględnieniem obu stron ciała (np. obu rąk, obu stóp, obu kolan). To po prostu dobra praktyka, bo RZS jest chorobą układową, a nie problemem jednego, przypadkowego stawu. W praktyce technik radiologii powinien pamiętać, że zlecenie „stawy kolanowe w RZS” domyślnie oznacza projekcje AP i boczne obu kolan, z prawidłowym ułożeniem, centrowaniem i ochroną gonad, a nie ograniczanie się tylko do strony bardziej bolesnej.

Pytanie 11

Na wykresie EKG zaznaczono

Ilustracja do pytania
A. odcinek ST
B. odstęp QT
C. odcinek PQ
D. odstęp PQ
Na schemacie zaznaczono odstęp QT, czyli fragment od początku zespołu QRS do końca załamka T, ale bardzo łatwo jest go pomylić z innymi elementami zapisu EKG. Wiele osób automatycznie myśli o odstępie PQ, bo to też „odstęp” i też obejmuje załamek P, jednak w tym rysunku nie widać wyraźnego załamka P przed zespołem QRS. Odstęp PQ (często nazywany PR) zaczyna się na początku załamka P i kończy na początku zespołu QRS. Obejmuje przewodzenie przedsionkowo–komorowe przez węzeł AV, pęczek Hisa i odnogi. Na rysunku zaznaczenie obejmuje wyraźnie cały wysoki zespół komorowy oraz załamek T, więc to już wyklucza PQ/PR. Inny typowy trop to odcinek PQ, który jest czymś innym niż odstęp. Odcinek PQ to fragment izoelektryczny pomiędzy końcem załamka P a początkiem zespołu QRS. W prawidłowym EKG leży on na linii izoelektrycznej i nie zawiera ani załamka P, ani QRS. Na schemacie mamy zaznaczone duże wychylenie komorowe i późniejszy załamek, więc to w ogóle nie pasuje do definicji odcinka PQ. Podobnie z odcinkiem ST – to częsty błąd, bo wiele rysunków EKG pokazuje właśnie ST z jakimś prostokątem czy linią. Odcinek ST leży między końcem zespołu QRS (punktem J) a początkiem załamka T. W prawidłowych warunkach powinien być blisko linii izoelektrycznej i jest kluczowy w rozpoznawaniu niedokrwienia i zawału (uniesienia lub obniżenia ST). Na naszym rysunku zakres obejmuje wyraźnie nie tylko ST, ale też cały załamek T aż do jego końca, co jest charakterystyczne dla odstępu QT. Typowym błędem myślowym jest utożsamianie każdego „długiego prostokąta” na rysunku EKG z odcinkiem ST, bo wiele materiałów szkoleniowych skupia się właśnie na ST w kontekście zawału. Tymczasem dobra praktyka w diagnostyce elektromedycznej wymaga precyzyjnego rozróżniania: odstępy zawsze liczymy od początku jakiegoś załamka do początku lub końca innego załamka (np. PQ, QT), a odcinki są fragmentami między końcami i początkami załamków, zwykle leżącymi na linii izoelektrycznej (ST, PQ). Jeśli na schemacie w zakres wchodzi cały zespół QRS i cały załamek T, to definicyjnie mówimy o odstępie QT, a nie o PQ, ST czy odcinku PQ.

Pytanie 12

Który stan patologiczny został zarejestrowany podczas wykonywania badania EKG?

Ilustracja do pytania
A. Dodatkowe pobudzenia komorowe.
B. Migotanie komór.
C. Trzepotanie przedsionków.
D. Migotanie przedsionków.
Na przedstawionym zapisie EKG rytm podstawowy jest zatokowy, z wyraźnymi załamkami P przed większością zespołów QRS i stosunkowo równymi odstępami R–R, a pomiędzy nimi pojawiają się pojedyncze, wcześniejsze, szerokie zespoły QRS o odmiennej morfologii. To typowe dodatkowe pobudzenia komorowe, a nie trzepotanie czy migotanie. Trzepotanie przedsionków charakteryzuje się bardzo szybką, ale dość uporządkowaną aktywnością przedsionków – w odprowadzeniu II widzi się tzw. zęby piły, czyli powtarzające się fale trzepotania F, bez wyraźnych załamków P. Zespoły QRS są zwykle wąskie i pojawiają się w pewnych stałych przewodzeniach (np. 2:1, 3:1), przez co rytm komór może być regularny lub prawie regularny, ale tło nigdy nie jest izoelektryczne. Na pokazanym EKG nie ma ciągłej linii fal F, tylko pojedyncze ektopowe pobudzenia, więc obraz w ogóle nie pasuje do trzepotania. Migotanie przedsionków wygląda jeszcze inaczej: tło jest nieregularne, z drobnymi, chaotycznymi falami f zamiast załamków P, a odstępy R–R są wyraźnie niemiarowe (tzw. niemiarowość zupełna). W migotaniu nie widzimy naprzemiennie prawidłowych i przedwczesnych pobudzeń, tylko kompletnie rozchwiany rytm komór. Tu rytm zatokowy jest zachowany, co praktycznie wyklucza migotanie przedsionków. Migotanie komór to już stan bezpośredniego zagrożenia życia – zapis przypomina zupełnie chaotyczne, nieregularne drgania o zmiennej amplitudzie, bez rozpoznawalnych zespołów QRS, bez linii izoelektrycznej, klinicznie odpowiada zatrzymaniu krążenia. Na tym EKG zespoły QRS są czytelne, więc o migotaniu komór w ogóle nie ma mowy. Typowy błąd w takich zadaniach polega na tym, że każdą arytmię z nieprawidłowymi zespołami QRS utożsamia się z migotaniem lub trzepotaniem, zamiast najpierw ocenić: czy jest zachowany rytm podstawowy, czy widzę załamki P, czy odstępy R–R są miarowe i czy patologiczne pobudzenia pojawiają się pojedynczo, czy całkowicie dominują zapis. Systematyczne podejście do analizy EKG – rytm, częstość, załamki P, QRS, odcinek ST, T – pomaga uniknąć takich pomyłek i jest zgodne z zaleceniami towarzystw kardiologicznych.

Pytanie 13

Wysoką rozdzielczość przestrzenną obrazowania MR uzyskuje się przez

A. zmniejszenie wielkości FoV i zmniejszenie matrycy obrazującej.
B. zwiększenie wielkości FoV i zwiększenie matrycy obrazującej.
C. zwiększenie wielkości FoV i zmniejszenie matrycy obrazującej.
D. zmniejszenie wielkości FoV i zwiększenie matrycy obrazującej.
Wysoka rozdzielczość przestrzenna w obrazowaniu MR zależy tak naprawdę od dwóch kluczowych parametrów: wielkości pola widzenia (FoV, field of view) oraz rozmiaru matrycy, czyli liczby pikseli w kierunku fazowym i częstotliwościowym. Prawidłowa odpowiedź – zmniejszenie FoV i jednoczesne zwiększenie matrycy – oznacza, że pojedynczy piksel reprezentuje mniejszy fragment tkanki. Innymi słowy, voxel ma mniejsze wymiary w płaszczyźnie obrazowania, więc lepiej widzimy drobne szczegóły anatomiczne, np. nerwy, drobne ogniska demielinizacji czy małe zmiany guzowate. Technicznie patrząc, rozdzielczość przestrzenną w MR opisuje się jako FoV / liczba elementów matrycy. Im mniejszy ten iloraz, tym wyższa rozdzielczość. Standardem w dobrych pracowniach jest świadome dobieranie FoV do badanego obszaru: np. dla badania przysadki czy oczodołów stosuje się małe FoV i wysoką matrycę (np. 256×256 lub 320×320), żeby dokładnie ocenić drobne struktury. Dla kręgosłupa lędźwiowego czy jamy brzusznej FoV jest większe, ale jeśli zależy nam na szczegółach (np. w onkologii), także podnosi się matrycę, akceptując dłuższy czas skanowania lub niższy SNR. Z mojego doświadczenia technicznego wynika, że w praktyce często trzeba szukać kompromisu między rozdzielczością, czasem badania a stosunkiem sygnału do szumu (SNR). Zmniejszenie FoV i zwiększenie matrycy poprawia rozdzielczość, ale może pogarszać SNR i wydłużać czas. Dlatego w dobrych praktykach pracowni MR zawsze dopasowuje się te parametry do konkretnego wskazania klinicznego, zamiast używać jednego „uniwersalnego” protokołu. Mimo tego kompromisu, zasada fizyczna pozostaje jasna: małe FoV + duża matryca = wysoka rozdzielczość przestrzenna.

Pytanie 14

Brachyterapia polega na napromieniowaniu pacjenta promieniowaniem

A. fotonowym pochodzącym z akceleratora.
B. cząsteczkowym pochodzącym z akceleratora.
C. ze źródeł umieszczonych tylko na skórze pacjenta.
D. ze źródeł umieszczonych w bezpośrednim sąsiedztwie lub w napromienianych tkankach.
Brachyterapia często myli się ludziom z klasycznym napromienianiem z akceleratora liniowego, czyli teleradioterapią. To prowadzi do przekonania, że skoro w radioterapii używa się fotonów i cząstek z akceleratora, to brachyterapia też musi tak działać. Tymczasem jest odwrotnie: w brachyterapii kluczowe nie jest to, jaki dokładnie rodzaj promieniowania wychodzi z urządzenia zewnętrznego, tylko to, że mamy zamknięte źródło promieniowania umieszczone bardzo blisko guza albo bezpośrednio w nim. Nie stosuje się tu napromieniania z odległego akceleratora, tylko specjalne źródła radioizotopowe wprowadzane aplikatorami, igłami czy implantami. To, że w odpowiedziach pojawia się promieniowanie fotonowe lub cząsteczkowe „pochodzące z akceleratora”, jest typowym uproszczeniem: tak działa teleterapia, gdzie wiązka promieniowania wytwarzana jest w akceleratorze liniowym i kierowana z zewnątrz na pacjenta. W brachyterapii też możemy mieć promieniowanie fotonowe (gamma) lub cząsteczkowe (np. elektrony beta), ale jego źródło to izotop umieszczony w ciele chorego, a nie głowica akceleratora stojącego parę metrów od stołu. Kolejny częsty błąd to mylenie brachyterapii z prostym naświetlaniem skóry. Owszem, istnieją techniki powierzchowne, ale nie ograniczają się one tylko do położenia źródła na skórze. Najważniejsze jest pojęcie „bezpośredniego sąsiedztwa lub wnętrza napromienianych tkanek”. W praktyce oznacza to, że w raku szyjki macicy aplikator jest w jamie macicy i pochwie, w raku prostaty igły lub ziarenka izotopu są wkłuwane do gruczołu, a w niektórych guzach piersi stosuje się implanty śródtkankowe. Typowym błędem myślowym jest patrzenie wyłącznie na rodzaj promieniowania (fotonowe vs cząsteczkowe), zamiast na geometrię napromieniania i lokalizację źródła. W radioterapii zawsze warto najpierw zadać sobie pytanie: skąd wychodzi promieniowanie – z zewnątrz czy z wnętrza ciała pacjenta? Jeśli z wnętrza lub z bezpośredniego sąsiedztwa guza, to mówimy o brachyterapii, a nie o klasycznym napromienianiu z akceleratora.

Pytanie 15

Na rycinie rentgenogramu w projekcji AP symbolem X oznaczono

Ilustracja do pytania
A. głowę kości udowej.
B. brzeg panewki.
C. szyjkę kości udowej.
D. dołek głowy kości udowej.
Na schematycznym rentgenogramie miednicy w projekcji AP łatwo pomylić poszczególne elementy stawu biodrowego, zwłaszcza gdy patrzy się na zarys całej okolicy, a nie na relacje anatomiczne. Symbol X nie oznacza ani brzegu panewki, ani szyjki kości udowej, ani dołka głowy, tylko całą głowę kości udowej. Brzeg panewki to część kości miednicznej, a nie kości udowej. Na zdjęciu AP tworzy on łuk po stronie panewki, będący fragmentem obrzeża stawu – jest bardziej „przyklejony” do talerza kości biodrowej. Typowym błędem jest szukanie brzegu panewki dokładnie tam, gdzie widzimy kulistą strukturę – tymczasem tam znajduje się głowa, a brzeg panewki jest nieco bardziej proksymalnie i przyśrodkowo, po stronie miednicy. Szyjka kości udowej ma zupełnie inny kształt niż głowa: jest wydłużona, zwężona i stanowi łącznik między głową a trzonem kości udowej. U osób początkujących często pojawia się skłonność do utożsamiania każdego zaokrąglenia w okolicy stawu z szyjką, ale w standardowych atlasach radiologicznych widać wyraźnie, że szyjka „wychodzi” z głowy pod kątem, a jej kontur nie jest kulisty, tylko bardziej wrzecionowaty. Dołek głowy kości udowej to jeszcze inna struktura – jest to małe zagłębienie na powierzchni głowy, miejsce przyczepu więzadła głowy kości udowej. Na typowym zdjęciu AP miednicy, zwłaszcza schematycznym, zwykle nie jest on oznaczany jako oddzielna, duża struktura, tylko jako niewielkie przejaśnienie wewnątrz głowy, a nie jako cały okrągły zarys. Mylenie go z całą głową wynika często z tego, że ktoś kojarzy nazwę „dołek głowy” i widzi w wyobraźni właśnie tę okrągłą część, zapominając, że dołek jest tylko małym fragmentem na jej powierzchni. Z mojego doświadczenia warto zawsze pytać siebie: czy patrzę na element kości udowej, czy miednicy, czy kształt jest kulisty (głowa), czy cylindryczny/zwężony (szyjka), oraz czy zaznaczony obszar to cała struktura, czy tylko jej punkt. Taka systematyczna analiza bardzo ogranicza ryzyko tego typu pomyłek przy interpretacji projekcji AP biodra i miednicy.

Pytanie 16

Jak przebiega promień centralny w projekcji AP czaszki?

A. Od tyłu ku przodowi, prostopadle do płaszczyzny strzałkowej.
B. Od tyłu ku przodowi, prostopadle do płaszczyzny czołowej.
C. Od przodu ku tyłowi, prostopadle do płaszczyzny czołowej.
D. Od przodu ku tyłowi, prostopadle do płaszczyzny strzałkowej.
W projekcji AP czaszki kluczowe jest zrozumienie, jak przebiega promień centralny względem podstawowych płaszczyzn anatomicznych. Typowym źródłem pomyłek jest mylenie płaszczyzny czołowej z płaszczyzną strzałkową oraz kierunku wiązki z samą nazwą projekcji. Projekcja AP oznacza, że promienie przechodzą od strony przedniej (anterior) do tylnej (posterior), czyli od twarzy do potylicy. Jeżeli ktoś wybiera odpowiedź, w której promień biegnie od tyłu ku przodowi, to w praktyce opisuje projekcję PA, a nie AP. To jest pierwszy ważny błąd myślowy: nazwa projekcji zawsze odnosi się do kierunku przebiegu wiązki, a nie do tego, gdzie stoi pacjent czy operator. Drugi problem to płaszczyzna, względem której określamy prostopadłość promienia. W projekcji AP czaszki wiązka jest prostopadła do płaszczyzny czołowej, bo ta płaszczyzna dzieli ciało na część przednią i tylną. Jeżeli ktoś zaznacza, że promień jest prostopadły do płaszczyzny strzałkowej, to tak naprawdę opisuje wiązkę boczną, która w praktyce odpowiada projekcji typu LAT, a nie AP. W efekcie takie ustawienie dawałoby obraz zbliżony do bocznego RTG czaszki, a nie przednio–tylnego. Z mojego punktu widzenia dobrze jest sobie wyobrazić prosty model: płaszczyzna czołowa to jakby szyba przed twarzą, a strzałkowa to szyba biegnąca przez środek ciała od przodu do tyłu. W projekcji AP chcemy, żeby promień przechodził prostopadle przez tę „przednią szybę”, a nie przez „szybę wzdłużną”. Błędne odpowiedzi mieszają te pojęcia i prowadziłyby w praktyce do złego pozycjonowania pacjenta, zniekształconego obrazu i problemów z oceną symetrii struktur. Standardy radiologiczne i podręczniki projekcji RTG bardzo mocno podkreślają: w AP czaszki – promień od przodu ku tyłowi, prostopadle do płaszczyzny czołowej, a płaszczyzna strzałkowa pośrodkowa ustawiona prostopadle do detektora i w linii z promieniem, czyli równolegle do jego przebiegu, a nie pod kątem.

Pytanie 17

Nieostrość geometryczna obrazu rentgenowskiego zależy od

A. wielkości ziarna luminoforu folii wzmacniającej.
B. ilości promieniowania rozproszonego.
C. wielkości ogniska optycznego.
D. grubości emulsji błony rentgenowskiej.
Problem nieostrości obrazu w radiografii często myli się z innymi zjawiskami, jak kontrast czy ziarnistość. W tym pytaniu chodzi konkretnie o nieostrość geometryczną, czyli o rozmycie krawędzi wynikające z geometrii układu: ognisko – obiekt – detektor. Podstawowa sprawa: im większe rzeczywiste ognisko anody, tym większy półcień i gorsza ostrość. To jest klasyczna definicja nieostrości geometrycznej, omawiana w fizyce medycznej i w standardach opisujących jakość obrazowania. Ilość promieniowania rozproszonego oczywiście pogarsza jakość obrazu, ale w inny sposób. Rozproszenie głównie obniża kontrast, powoduje „zamglenie” całego obrazu, ale nie jest źródłem typowej nieostrości geometrycznej. Z promieniowaniem rozproszonym walczy się kratką przeciwrozproszeniową, odpowiednim polem naświetlania, kolimacją wiązki oraz prawidłowym doborem kV, a nie przez zmianę ogniska. To jest inny aspekt jakości zdjęcia. Grubość emulsji błony rentgenowskiej ma znaczenie dla czułości, kontrastu i pewnej ziarnistości obrazu w klasycznych systemach analogowych, ale nie jest głównym czynnikiem definiującym nieostrość geometryczną. Można powiedzieć, że dotyczy raczej właściwości materiału rejestrującego niż geometrii wiązki. Podobnie wielkość ziarna luminoforu w folii wzmacniającej wpływa na tzw. nieostrość strukturalną: im większe ziarno, tym większe rozmycie i mniejsza rozdzielczość przestrzenna, ale to nie jest to samo, co nieostrość geometryczna wynikająca z wielkości ogniska i odległości w układzie. Typowy błąd myślowy polega na wrzucaniu wszystkich efektów pogorszenia jakości obrazu do jednego worka pod hasłem „nieostrość”. W praktyce trzeba rozróżniać: nieostrość geometryczną (ognisko, odległości), nieostrość ruchową (ruch pacjenta, zbyt długi czas ekspozycji) oraz nieostrość wynikającą z systemu rejestracji (błona, folia, piksel w detektorze cyfrowym). Dopiero takie rozróżnienie pozwala świadomie dobrać parametry ekspozycji i osprzęt, zgodnie z zasadami dobrej praktyki radiologicznej.

Pytanie 18

Skrótem HRCT (High Resolution Computed Tomography) określa się tomografię komputerową

A. wiązki stożkowej 3D.
B. spiralną.
C. wysokiej rozdzielczości.
D. wielorzędową.
Skrót HRCT rozwija się jako High Resolution Computed Tomography, czyli tomografia komputerowa wysokiej rozdzielczości. Chodzi tu przede wszystkim o specjalny sposób doboru parametrów badania (cienkie warstwy, małe pole obrazowania, wysokiej jakości rekonstrukcje przestrzenne), a nie o inny typ aparatu. Moim zdaniem warto to sobie dobrze poukładać: HRCT to nie jest osobny „rodzaj tomografu”, tylko specjalny protokół badania TK, najczęściej stosowany do oceny miąższu płuc. W praktyce klinicznej HRCT klatki piersiowej wykonuje się z bardzo cienkimi warstwami (np. 0,5–1,25 mm), przy użyciu algorytmu rekonstrukcji wysokiej rozdzielczości (tzw. filtr kostny lub filtr wysokiej częstotliwości), co pozwala zobaczyć drobne struktury, jak przegrody międzyzrazikowe, drobne oskrzeliki czy wczesne włóknienie. W standardach opisowych radiologii przy chorobach śródmiąższowych płuc (np. wytyczne Fleischner Society) właśnie HRCT jest badaniem referencyjnym, bo umożliwia ocenę charakteru zmian typu „matowa szyba”, siateczkowania, rozstrzeni oskrzeli czy obrazów typu plaster miodu. W codziennej pracy technika elektroradiologii oznacza to konieczność prawidłowego ustawienia cienkich warstw, odpowiedniego zakresu skanowania oraz dobrania rekonstrukcji w płaszczyznach dodatkowych (MPR), często w oknach płucnych i śródpiersia. Dobrą praktyką jest też ograniczanie dawki przy jednoczesnym zachowaniu wysokiej rozdzielczości przestrzennej, co realizuje się przez odpowiedni dobór mAs, kV oraz nowoczesne algorytmy rekonstrukcji iteracyjnej. Warto zapamiętać: HRCT = wysoka rozdzielczość przestrzenna obrazu, a nie konkretny kształt wiązki czy tryb pracy gantry.

Pytanie 19

Teleterapia polega na napromienowaniu

A. promieniowaniem ze źródła umieszczonego w obrębie guza nowotworowego.
B. promieniowaniem fotonowym lub cząsteczkowym ze źródeł zewnętrznych.
C. promieniowaniem ze źródła umieszczonego pod skórą pacjenta.
D. wyłącznie promieniowaniem fotonowym ze źródeł zewnętrznych.
W tym pytaniu łatwo się pomylić, bo wszystkie odpowiedzi opisują jakąś formę napromieniania, ale tylko jedna dokładnie pasuje do definicji teleterapii. Podstawowy błąd, który często się pojawia, to mieszanie teleterapii z brachyterapią. Gdy mówimy o źródle promieniowania umieszczonym pod skórą pacjenta albo bezpośrednio w obrębie guza, to tak naprawdę opisujemy brachyterapię, a nie teleterapię. W brachyterapii źródło promieniowania znajduje się bardzo blisko guza albo wręcz w nim, co daje bardzo stromy spadek dawki w tkankach otaczających. Natomiast w teleterapii źródło jest zawsze poza ciałem, w aparacie, i wiązka musi przejść przez tkanki, żeby dotrzeć do celu. Kolejna pułapka to myślenie, że teleterapia to wyłącznie promieniowanie fotonowe. Historycznie kojarzy się ją z promieniowaniem gamma (np. z kobaltu) lub z promieniowaniem X z akceleratora liniowego, więc łatwo przyjąć, że chodzi tylko o fotony. Tymczasem współczesne standardy radioterapii wyraźnie zaliczają do teleterapii także napromienianie wiązkami cząstek, np. elektronami (stosowanymi do zmian powierzchownych) czy protonami i jonami ciężkimi (radioterapia protonowa, hadronowa). Kluczowe są tu dwa elementy: rodzaj promieniowania (fotonowe lub cząsteczkowe) oraz fakt, że pochodzi ono ze źródła zewnętrznego. Mylenie tych pojęć wynika często z uproszczonego skojarzenia: „źródło promieniowania = coś w środku pacjenta”, co jest prawdą tylko przy brachyterapii. W praktyce klinicznej bardzo ważne jest poprawne rozróżnienie tych technik, bo planowanie, ochrona radiologiczna, sposób unieruchomienia pacjenta, a nawet organizacja pracy działu radioterapii są inne dla tele- i brachyterapii. Moim zdaniem warto na spokojnie zapamiętać: teleterapia – źródło na zewnątrz, brachyterapia – źródło w ciele lub tuż przy guzie. To pomaga uniknąć takich nieporozumień w przyszłości i lepiej rozumieć wytyczne oraz opisy procedur w dokumentacji medycznej.

Pytanie 20

Jednym z kryteriów poprawnie wykonanego badania spirometrycznego jest czas trwania natężonego wydechu, który powinien wynosić u osób powyżej 10 roku życia co najmniej

A. 2 sekundy.
B. 3 sekundy.
C. 4 sekundy.
D. 6 sekund.
W spirometrii bardzo łatwo skupić się tylko na „ładnym” wykresie albo na tym, że pacjent jakoś tam wydmuchał w ustnik, i przeoczyć podstawowe parametry jakości badania. Czas trwania natężonego wydechu jest jednym z tych parametrów, które często są bagatelizowane, a tak naprawdę decydują o wiarygodności wyniku. Odpowiedzi typu 2, 3 czy 4 sekundy brzmią kusząco, bo wydaje się, że przecież to i tak długo dmuchać na maksa, szczególnie dla dziecka czy osoby starszej. Problem w tym, że z fizjologicznego punktu widzenia, przy krótszym wydechu płuca nie zdążą się w pełni opróżnić, zwłaszcza u osób z obturacją dróg oddechowych, gdzie przepływ powietrza jest istotnie zwolniony. Standardy ATS/ERS jasno mówią, że u osób powyżej 10. roku życia czas natężonego wydechu powinien wynosić co najmniej 6 sekund, a najlepiej aż do momentu uzyskania plateau na krzywej objętość–czas. Jeśli skrócimy ten czas do 4, 3 czy nawet 2 sekund, to zaniżymy wartość FVC i zaburzymy interpretację wskaźników. Może to prowadzić do fałszywego obrazu: pacjent z realną obturacją zostanie opisany jako „prawie prawidłowy”, bo FEV1/FVC wyjdzie sztucznie zawyżony. Typowym błędem myślowym jest tu przenoszenie doświadczeń z badań u małych dzieci, gdzie dopuszcza się krótsze czasy, na populację powyżej 10 lat, albo kierowanie się tym, że pacjent „już nie może”, zamiast trzymać się kryteriów jakości. Z mojego doświadczenia w pracowni wynika, że jeśli technik odpuści po 3–4 sekundach, to połowa spirometrii byłaby do wyrzucenia. Dlatego odpowiedzi proponujące 2, 3 czy 4 sekundy nie spełniają wymogów jakościowych i stoją w sprzeczności z przyjętymi dobrymi praktykami w diagnostyce czynnościowej układu oddechowego.

Pytanie 21

W ułożeniu do rentgenografii AP stawu kolanowego promień główny pada

A. prostopadle na podstawę rzepki.
B. pod kątem 30° na wierzchołek rzepki.
C. pod kątem 30° na podstawę rzepki.
D. prostopadle na wierzchołek rzepki.
Prawidłowe ułożenie do projekcji AP stawu kolanowego zakłada, że promień główny pada prostopadle na wierzchołek rzepki. Chodzi o to, żeby centralna wiązka przechodziła przez oś stawu kolanowego, mniej więcej na poziomie szpary stawowej, a punktem orientacyjnym na skórze jest właśnie wierzchołek rzepki. Przy takim ustawieniu unikamy sztucznego wydłużenia lub skrócenia struktur kostnych, a odwzorowanie szpary stawowej jest możliwie najbardziej zbliżone do rzeczywistości anatomicznej. W standardach opisów projekcji AP kolana podkreśla się, że promień powinien być prostopadły do kasety i do płaszczyzny stawu, bez dodatkowej angulacji, chyba że mamy szczególne wskazania (np. ocena określonych powierzchni stawowych lub pacjent z deformacją osi kończyny). W praktyce technik ustawia pacjenta w pozycji leżącej na plecach lub stojącej, kończyna dolna wyprostowana, rzepka skierowana do przodu, a kaseta pod kolanem. Centralny promień kieruje dokładnie na wierzchołek rzepki – to jest wygodny, łatwy do znalezienia punkt orientacyjny, który dobrze pokrywa się z osią stawu. Moim zdaniem warto to sobie skojarzyć: AP kolana – prostopadle – wierzchołek rzepki. Dzięki temu uzyskujemy poprawną ocenę przynasad kości udowej i piszczeli, szerokości szpary stawowej, ewentualnych zwężeń w chorobie zwyrodnieniowej, ustawienia rzepki względem bloczka kości udowej. To ma bezpośrednie przełożenie na jakość diagnostyki, bo ortopeda czy radiolog od razu widzi, czy obraz jest wykonany zgodnie z zasadami, czy coś jest zniekształcone przez złe pozycjonowanie.

Pytanie 22

Na ilustracji przedstawiono ułożenie pacjenta do zdjęcia rentgenowskiego

Ilustracja do pytania
A. dłoniowo-grzbietowego kciuka.
B. bocznego kości śródręcza.
C. grzbietowo-dłoniowego kości śródręcza.
D. bocznego kciuka.
Na zdjęciu łatwo się pomylić, bo widzimy całą dłoń i odruchowo część osób myśli o kościach śródręcza albo o projekcji bocznej, skoro ręka jest lekko obrócona i dodatkowo przykryta osłoną. Kluczowa rzecz to jednak kierunek padania promieniowania i to, która powierzchnia kciuka przylega do detektora. W tej sytuacji to powierzchnia dłoniowa ręki i kciuka spoczywa na kasecie, a promień centralny przechodzi od strony dłoniowej w kierunku grzbietu, co definiuje projekcję dłoniowo‑grzbietową kciuka. Projekcja boczna kciuka wygląda inaczej: kciuk jest ustawiony bokiem do kasety, paznokieć w zasadzie powinien być w płaszczyźnie pionowej, a na obrazie widzimy zarys jedynie jednej warstwy kości, bez podwójnych zarysów. W bocznej projekcji paliczków i kości śródręcza dąży się do perfekcyjnego nałożenia trzonów, co osiąga się przez odpowiednią rotację całej ręki lub samego kciuka. Tutaj tego nie ma – kciuk jest wyraźnie bardziej „na płasko” niż „na bok”. Błędne wskazanie projekcji bocznej kości śródręcza wynika często z tego, że uczący się patrzy na całą rękę, a nie na strukturę, o którą pyta zadanie. W diagnostyce obrazowej zawsze najpierw identyfikujemy region zainteresowania: w tym pytaniu jest nim kciuk, a nie śródręcze jako całość. Z kolei określenia grzbietowo‑dłoniowe i dłoniowo‑grzbietowe opisują kierunek wiązki, a nie to, co się komuś „wydaje bardziej z przodu”. W projekcji grzbietowo‑dłoniowej (AP) to grzbiet ręki leżałby na detektorze, a dłoń byłaby skierowana do lampy, czyli odwrotnie niż na tej ilustracji. Typowym błędem myślowym przy takich zadaniach jest ignorowanie tych definicji i sugerowanie się samym ustawieniem przedramienia lub obecnością osłony ołowianej. Tymczasem standardy pozycjonowania w RTG jasno mówią: nazwa projekcji wynika z kierunku przejścia promieniowania przez badaną część ciała. Dopiero jak się to dobrze utrwali, rozpoznawanie projekcji staje się dużo prostsze i bardziej intuicyjne.

Pytanie 23

Ile razy i jak zmieni się wartość natężenia promieniowania X przy zwiększeniu odległości OF ze 100 cm do 200 cm?

A. Czterokrotnie się zwiększy.
B. Czterokrotnie się zmniejszy.
C. Dwukrotnie się zwiększy.
D. Dwukrotnie się zmniejszy.
W tym zadaniu kłopot zwykle bierze się z intuicji, że jak coś jest dalej, to „trochę słabnie”, ale bez dokładnego zrozumienia, jak szybko to słabnie. Natężenie promieniowania X nie zmienia się liniowo z odległością, tylko zgodnie z prawem odwrotności kwadratu odległości. Oznacza to, że jeżeli odległość od źródła zwiększamy dwa razy, to natężenie nie spada dwa razy, tylko cztery razy, bo liczy się kwadrat tej zmiany. Dlatego odpowiedzi mówiące o „dwukrotnym” zwiększeniu albo zmniejszeniu natężenia są oparte na błędnym założeniu, że zależność jest proporcjonalna do 1/d, a nie do 1/d². Taki błąd jest bardzo typowy, zwłaszcza gdy ktoś myśli bardziej „na czuja” niż przez pryzmat wzoru. W praktyce klinicznej w radiografii, jeżeli odległość ognisko–film (OF) zmienia się z 100 cm na 200 cm, odległość rośnie dwukrotnie. Gdyby natężenie zmieniało się proporcjonalnie do 1/d, można by dyskutować o spadku dwukrotnym, ale fizyka promieniowania mówi jasno: liczy się powierzchnia, na którą rozkładają się fotony. Powierzchnia kuli (albo wycinka wiązki) rośnie z kwadratem promienia, więc ta sama liczba fotonów jest rozsmarowana na cztery razy większej powierzchni. Stąd czterokrotny spadek, a nie dwukrotny. Z drugiej strony, pomysł, że natężenie przy zwiększeniu odległości mogłoby się „zwiększyć” (czy to dwukrotnie, czy czterokrotnie), jest sprzeczny z zasadami ochrony radiologicznej i zdrowym rozsądkiem: im dalej od źródła, tym bezpieczniej i tym mniej promieniowania dociera do danego punktu. Wyobrażenie, że odsuwając detektor dalej od lampy rentgenowskiej dostaniemy więcej promieniowania, kłóci się zarówno z doświadczeniem z pracowni RTG, jak i z oficjalnymi wytycznymi, które zalecają zwiększanie odległości jako jedną z podstawowych metod redukcji dawki dla personelu. Z mojego doświadczenia warto od razu skojarzyć: podwojenie odległości = czterokrotny spadek natężenia, a jeśli chcemy utrzymać ekspozycję, trzeba z grubsza czterokrotnie zwiększyć mAs. Dzięki temu unika się wielu błędów przy ustawianiu parametrów i lepiej rozumie się, jak geometria wpływa na dawkę i jakość obrazu.

Pytanie 24

W celu wyeliminowania zakłóceń obrazu MR przez sygnały pochodzące z tkanki tłuszczowej, stosuje się

A. obrazowanie T1 – zależne.
B. obrazowanie PD – zależne.
C. sekwencje FLAIR.
D. sekwencje STIR.
W obrazowaniu MR łatwo się pomylić, bo wiele sekwencji daje obrazy pozornie podobne, ale ich zadanie jest zupełnie inne. W tym pytaniu kluczowe jest rozumienie, że wyeliminowanie sygnału z tkanki tłuszczowej wymaga specjalnej techniki tłumienia tłuszczu, a nie tylko zmiany typu kontrastu (T1, T2, PD). Obrazowanie PD-zależne (proton density) koncentruje się głównie na różnicach w gęstości protonowej tkanek. Tłuszcz w takich sekwencjach zwykle nadal świeci dość jasno, bo ma wysoką gęstość protonów i stosunkowo krótki T1, więc jego sygnał nie jest ani tłumiony, ani selektywnie wygaszany. W praktyce PD używa się często w obrazowaniu stawów, ale dopiero w połączeniu z technikami fat-sat daje dobrą separację struktur.
Obrazowanie T1-zależne kojarzy się wielu osobom z jasnym sygnałem z tłuszczu, i to jest właśnie odwrotność tego, o co chodzi w pytaniu. W sekwencjach T1-weighted tłuszcz jest z reguły bardzo jasny, co jest wykorzystywane do oceny anatomii, zawartości tłuszczu, patologii szpiku kostnego czy badania po kontraście gadolinowym. Samo przejście na sekwencję T1 nie usuwa zakłóceń od tłuszczu, tylko je wręcz podkreśla. To typowy błąd myślowy: „skoro tłuszcz jest wyraźny, to łatwiej go odróżnię”, ale pytanie dotyczy tłumienia jego sygnału, a nie lepszego zobaczenia.
Sekwencje FLAIR to inna pułapka. FLAIR jest odmianą sekwencji T2-zależnej z inwersją, ale jej celem jest tłumienie sygnału z płynu mózgowo-rdzeniowego, a nie z tłuszczu. W neuroobrazowaniu FLAIR jest standardem do wykrywania zmian demielinizacyjnych, zapalnych czy niedokrwiennych przy komorach, bo CSF jest ciemny, a zmiany patologiczne w istocie białej pozostają jasne. Mechanizm fizyczny (inversion recovery) jest podobny jak w STIR, ale punkt „wyzerowania” ustawia się na T1 płynu, nie tłuszczu. Dlatego wybór FLAIR jako sekwencji do tłumienia tłuszczu jest merytorycznie błędny.
Sedno sprawy jest takie: tylko sekwencje STIR są zaprojektowane tak, by dzięki odpowiednio dobranemu czasowi TI wyzerować sygnał z tłuszczu. Pozostałe odpowiedzi opisują sekwencje o innym przeznaczeniu, które bez dodatkowych technik fat-sat nie usuwają sygnału z tkanki tłuszczowej, a często wręcz go wzmacniają. W praktyce klinicznej zawsze warto pamiętać, co dokładnie dana sekwencja tłumi: STIR – tłuszcz, FLAIR – płyn, T1/PD – żadnego konkretnego komponentu, tylko ustawiają inny typ kontrastu między tkankami.

Pytanie 25

W pracowni radioterapii wyświetlenie na ekranie monitora aparatu komunikatu „ROTATION” oznacza prowadzoną terapię

A. obrotową.
B. radykalną.
C. paliatywną.
D. całego ciała.
Prawidłowo, komunikat „ROTATION” na konsoli akceleratora liniowego oznacza, że prowadzona jest terapia obrotowa, czyli napromienianie przy ciągłym obrocie głowicy aparatu wokół pacjenta. Chodzi o to, że wiązka promieniowania nie pada z jednego lub kilku statycznych pól, tylko „okrąża” pacjenta po zadanym łuku lub pełnym obrocie 360°. W praktyce klinicznej stosuje się takie techniki głównie w teleterapii, np. przy napromienianiu guzów mózgu, guzów w obrębie miednicy czy klatki piersiowej, gdy zależy nam na jak najlepszym rozkładzie dawki i ochronie tkanek zdrowych. Dzięki terapii obrotowej dawka w guzie sumuje się z wielu kierunków, a narządy krytyczne dostają mniejsze dawki cząstkowe z każdego pojedynczego przejścia wiązki. Moim zdaniem to jeden z fajniejszych przykładów, jak geometria ruchu aparatu realnie wpływa na bezpieczeństwo pacjenta. Współczesne systemy planowania leczenia wykorzystują różne odmiany terapii obrotowej, np. techniki łukowe (arc therapy), VMAT, czy rotacyjne techniki 3D, gdzie ruch gantry jest ściśle zsynchronizowany z kolimatorem i czasem z ruchem stołu. Operator, widząc na monitorze tryb „ROTATION”, powinien zawsze sprawdzić wcześniej w karcie zabiegowej i w systemie planowania, czy zaplanowany jest łuk, ile stopni ma obejmować, w jakim kierunku obraca się gantry i czy parametry dawki zgadzają się z zatwierdzonym planem. To jest standard dobrej praktyki: przed włączeniem napromieniania potwierdzić tryb pracy aparatu (statyczny, rotacyjny, IMRT, itp.), pozycję pacjenta, ustawienie izocentrum i ewentualne akcesoria unieruchamiające. W pracowni radioterapii takie szczegóły decydują o jakości i powtarzalności leczenia, więc rozpoznawanie komunikatów typu „ROTATION” to podstawa codziennej pracy przy akceleratorze.

Pytanie 26

Miejscem wykonania pomiaru densytometrycznego z kości przedramienia jest

A. środek trzonu kości promieniowej strony dominującej.
B. środek trzonu kości promieniowej strony niedominującej.
C. koniec dalszy kości promieniowej strony niedominującej.
D. koniec dalszy kości promieniowej strony dominującej.
W densytometrii obwodowej przedramienia wybór miejsca pomiaru nie jest dowolny i nie zależy tylko od wygody badacza. Wszystkie odpowiedzi, które odchodzą od zasady „koniec dalszy kości promieniowej strony niedominującej”, naruszają przyjęte standardy i mogą prowadzić do wyników trudnych do interpretacji lub po prostu mało wiarygodnych klinicznie. Częsty błąd myślowy polega na założeniu, że strona dominująca jest lepsza, bo „mocniejsza”, a więc rzekomo bardziej reprezentatywna. Tymczasem to właśnie przez większe obciążenia mechaniczne kość dominującej ręki ma zwykle wyższą gęstość mineralną – jest bardziej „wytrenowana”. Gdybyśmy rutynowo mierzyli stronę dominującą, ryzykujemy zaniżenie rozpoznania osteopenii lub osteoporozy, bo wynik będzie sztucznie zawyżony względem reszty szkieletu. Z tego powodu w dobrej praktyce densytometrycznej przy badaniu przedramienia przyjmuje się konsekwentnie stronę niedominującą jako bardziej neutralną i powtarzalną. Drugi typ błędu dotyczy wyboru poziomu pomiaru. Środek trzonu kości promieniowej zawiera głównie kość korową, która wolniej reaguje na ubytek masy kostnej i jest mniej czuła na wczesne zmiany osteoporotyczne. Dla oceny ryzyka złamań typowych dla osteoporozy bardziej przydatne są obszary bogate w kość beleczkową, a taką znajdziemy właśnie w końcu dalszym kości promieniowej, w okolicy nadgarstka. Pomiar w obrębie trzonu może być używany w specyficznych badaniach naukowych lub przy określonych typach aparatów, ale nie jest standardem klinicznym dla rutynowej densytometrii przedramienia. Z mojego doświadczenia, gdy ktoś wybiera środek trzonu albo stronę dominującą, wynika to najczęściej z intuicji anatomicznej, a nie ze znajomości protokołów producentów i zaleceń klinicznych. W diagnostyce obrazowej ważna jest standaryzacja: zawsze to samo miejsce, ta sama strona, ta sama projekcja, żeby wyniki z różnych badań były porównywalne w czasie i między pacjentami. Dlatego poprawne jest tylko badanie końca dalszego kości promieniowej strony niedominującej.

Pytanie 27

W której projekcji należy wykonać badanie radiologiczne kręgosłupa lędźwiowego, by na otrzymanym zdjęciu wyrostki kręgów lędźwiowych układały się w charakterystyczny kształt piesków (teriera szkockiego)?

A. Skośnej.
B. PA
C. AP
D. Bocznej.
Prawidłowa jest projekcja skośna, bo właśnie w tym ułożeniu pacjenta wyrostki stawowe kręgów lędźwiowych ustawiają się względem siebie tak, że na obrazie RTG przypominają charakterystyczne „pieski”, często w literaturze nazywane „Scottie dog sign”. W projekcji skośnej najlepiej uwidaczniają się stawy międzywyrostkowe (stawy międzykręgowe tylne), czyli tzw. stawy międzykręgowe lędźwiowe. To one, razem z łukami kręgów, tworzą tę specyficzną sylwetkę psa: wyrostek kolczysty to ogon, wyrostek poprzeczny to pysk, nasada łuku to szyja, wyrostek stawowy górny to ucho, a wyrostek stawowy dolny to przednia łapa. W praktyce technik RTG układa pacjenta w pozycji AP skośnej pod kątem około 45° (czasem trochę mniej lub więcej, zależnie od budowy pacjenta), tak żeby promień centralny przechodził przez stawy międzywyrostkowe. Standardy wykonywania zdjęć kręgosłupa lędźwiowego zakładają, że projekcje skośne wykonuje się właśnie wtedy, gdy chcemy ocenić stawy międzywyrostkowe, podejrzewamy spondylolizę, spondylolistezę lub inne zmiany w łukach kręgów. Z mojego doświadczenia to pytanie często się pojawia na egzaminach, bo ten „piesek” to taki klasyczny obrazkowy sposób zapamiętania anatomii czynnościowej łuku kręgowego. Warto też pamiętać, że w typowym zestawie badań RTG L-S wykonuje się projekcję AP, boczną oraz – w razie wskazań – właśnie skośne, żeby „dostrzyc” to, czego nie widać dobrze na zdjęciu czołowym czy bocznym. To jest po prostu dobra praktyka w radiologii konwencjonalnej.

Pytanie 28

„Ognisko zimne” w obrazie scyntygraficznym oznacza

A. obszar niegromadzący radioznacznika.
B. zmianę najczęściej o charakterze łagodnym.
C. obszar gromadzący znacznik.
D. zmianę o większej aktywności hormonalnej.
W scyntygrafii bardzo łatwo pomylić intuicję z rzeczywistą fizjologią obrazu. Część osób zakłada, że skoro „ognisko” to coś, co się wyróżnia, to musi tam być więcej znacznika, czyli większa aktywność. Tymczasem w medycynie nuklearnej mówimy zarówno o ogniskach gorących, jak i zimnych. Ognisko gorące oznacza obszar nadmiernego gromadzenia radiofarmaceutyku, natomiast ognisko zimne – miejsce, gdzie znacznik się prawie nie odkłada. Dlatego utożsamianie ogniska zimnego z obszarem gromadzącym znacznik jest po prostu odwróceniem definicji. Trzeba pamiętać, że kamera rejestruje promieniowanie, a my widzimy rozkład funkcji, nie tylko anatomii. Kolejny typowy błąd to łączenie wyglądu ogniska bezpośrednio z łagodnością lub złośliwością zmiany. W scyntygrafii tarczycy faktycznie wiele łagodnych guzków jest zimnych, ale część raków tarczycy także daje obraz ognisk zimnych. Nie ma prostego algorytmu: zimne = łagodne, gorące = złośliwe. Standardy postępowania podkreślają, że cecha „zimne/gorące” jest tylko wskazówką funkcjonalną i musi być weryfikowana innymi metodami, np. USG, biopsją cienkoigłową, TK czy MR. Podobnie błędne jest automatyczne kojarzenie ogniska zimnego z „większą aktywnością hormonalną”. Jest dokładnie odwrotnie: zimne ogniska najczęściej oznaczają upośledzoną lub brak aktywności komórek w zakresie wychwytu danego radioznacznika. W tarczycy guzek autonomiczny, bardzo aktywny hormonalnie, zwykle jest ogniskiem gorącym, bo silnie wychwytuje jod. Z mojego doświadczenia wynika, że największy problem sprawia przestawienie myślenia z obrazów anatomicznych (RTG, TK, MR), gdzie patrzymy na kształty i gęstości, na obrazy czynnościowe, gdzie kluczowy jest rozkład funkcji i metabolizmu. Dlatego w dobrych praktykach nauczania medycyny nuklearnej zawsze podkreśla się: ognisko gorące – zwiększone gromadzenie znacznika, ognisko zimne – zmniejszone lub brak gromadzenia, a interpretacja kliniczna wymaga kontekstu i porównania z innymi metodami obrazowania.

Pytanie 29

Pracownia radioterapii z przyspieszaczem liniowym jest obszarem

A. izolowanym.
B. kontrolowanym.
C. ograniczonym.
D. nadzorowanym.
W radioterapii z użyciem przyspieszacza liniowego łatwo pomylić pojęcia związane z klasyfikacją stref pracy z promieniowaniem, bo nazwy brzmią podobnie, a w praktyce klinicznej używa się ich czasem trochę „na skróty”. Warto to sobie dobrze poukładać, bo od tego zależy poprawne projektowanie osłon, organizacja pracy i bezpieczeństwo personelu oraz pacjentów. Określenie „obszar izolowany” nie jest standardowym terminem w ochronie radiologicznej. Kojarzy się raczej z izolacją epidemiologiczną, pomieszczeniami sterylnymi czy strefami o kontrolowanej czystości mikrobiologicznej. W pracowni z przyspieszaczem liniowym najważniejsze jest nie odizolowanie kogokolwiek „od świata”, ale takie zaprojektowanie osłon betonowych, ołowianych, drzwi i przepustów technicznych, żeby promieniowanie rozproszone i przenikliwe nie wychodziło poza dopuszczalne poziomy dawek. Z mojego doświadczenia używanie pojęcia „izolowany” w kontekście promieniowania tylko zaciemnia obraz i nie pomaga w zrozumieniu wymogów prawnych. Pojęcie „obszar ograniczony” też bywa mylące. Każda pracownia radioterapii ma w pewnym sensie ograniczony dostęp, bo nie wpuszcza się tam osób z ulicy, ale w przepisach ochrony radiologicznej kluczowe są pojęcia „nadzorowany” i „kontrolowany”. Sam fakt, że trzeba zapukać do drzwi albo mieć przepustkę, nie definiuje jeszcze kategorii radiologicznej. Liczy się poziom możliwego narażenia, wyniki obliczeń osłonnych, częstość przebywania osób w danym miejscu i wyniki pomiarów dozymetrycznych. Częsty błąd polega też na automatycznym zakładaniu, że skoro w danym miejscu stoi przyspieszacz liniowy, to musi to być obszar kontrolowany. Tymczasem obszar kontrolowany zarezerwowany jest zwykle dla stref, gdzie potencjalne dawki mogą być wyższe i wymagają zaostrzonego reżimu: ścisłej kontroli wejść, obowiązkowego stosowania indywidualnych środków ochrony, rygorystycznej ewidencji dawek, szczególnych procedur pracy. Dobrze zaprojektowany bunkier akceleratora, z prawidłowo dobraną grubością osłon i odpowiednim układem pomieszczeń, bardzo często kwalifikuje się jako obszar nadzorowany, bo dawki poza polem napromieniania i za ścianami są już stosunkowo niskie. Typowym błędem myślowym jest skupianie się na samym fakcie obecności źródła promieniowania, a nie na realnych poziomach narażenia, które wynika z mocy dawki, czasu pracy urządzenia, odległości i skuteczności osłon. Dlatego w radioterapii mówi się, że kluczowe jest nie tylko urządzenie, ale cały system ochrony radiologicznej: projekt, pomiary odbiorcze, okresowa kontrola, aktualizacja oceny ryzyka. Właściwa klasyfikacja jako obszar nadzorowany pomaga dobrać adekwatne procedury i nie przesadzać ani w jedną, ani w drugą stronę – ani nie bagatelizować zagrożenia, ani nie wprowadzać nieuzasadnionych ograniczeń, które utrudniają normalną pracę zespołu.

Pytanie 30

Pojawienie się w zapisie EKG patologicznego załamka Q lub QS może wskazywać na

A. blok lewej odnogi pęczka Hisa.
B. bliznę po zawale podwsierdziowym.
C. bliznę po zawale pełnościennym.
D. blok prawej odnogi pęczka Hisa.
Patologiczny załamek Q albo kompleks QS wielu osobom kojarzy się ogólnie z poważnym uszkodzeniem mięśnia sercowego, więc łatwo tu o skrót myślowy w stronę „jakiejś poważnej blokady przewodzenia” albo „każdego typu zawału”. To jest dość typowy błąd. W blokach odnóg pęczka Hisa obraz EKG zmienia się przede wszystkim w obrębie zespołu QRS, ale w inny sposób. W bloku lewej odnogi pęczka Hisa QRS jest szeroki, zwykle ≥ 120 ms, z charakterystycznym kształtem „M” lub „RR'” w odprowadzeniach V5–V6, I, aVL. Często obserwujemy brak prawidłowych małych załamków q w odprowadzeniach bocznych, natomiast nie mówimy tu o patologicznych załamkach Q w sensie blizny pozawałowej, tylko o zaburzeniu sekwencji depolaryzacji komór. Sygnał elektryczny idzie najpierw przez prawą komorę, później przez lewą, stąd ten zniekształcony, szeroki zespół. W bloku prawej odnogi z kolei typowy jest obraz rSR' w V1–V2, szeroki QRS, z poszerzoną końcową częścią zespołu w odprowadzeniach prawokomorowych. Znowu, dominuje zaburzona kolejność pobudzenia komór, a nie utrwalona martwica ściany. Załamek Q w tym kontekście nie jest cechą diagnostyczną bloku prawej odnogi. Kolejna częsta pomyłka to wiązanie patologicznych załamków Q z zawałem podwsierdziowym. Zawał podwsierdziowy, czyli niedokrwienie obejmujące głównie warstwę podwsierdziową, ma zwykle charakter „non-Q”, bez typowych, głębokich załamków Q. W EKG dominuje obniżenie odcinka ST, zmiany załamka T, ale nie powstaje klasyczna blizna transmuralna, która odwraca wektor pobudzenia i daje trwały Q lub QS. Z mojego doświadczenia wynika, że uproszczenie „każdy zawał = załamki Q” jest bardzo mylące. Standardy interpretacji EKG i wytyczne kardiologiczne dość mocno to rozróżniają: patologiczny Q lub QS jest typowy dla przebytego zawału pełnościennego, a nie dla bloków odnóg ani dla zawału ograniczonego do warstw podwsierdziowych. Dlatego przy analizie EKG warto zawsze patrzeć na szerokość QRS, morfologię w konkretnych odprowadzeniach i kontekst kliniczny, zamiast automatycznie łączyć każdy nietypowy kształt z tym samym rozpoznaniem.

Pytanie 31

Która sekwencja w obrazowaniu MR jest stosowana do uwidocznienia naczyń krwionośnych?

A. EPI
B. STIR
C. DWI
D. TOF
W obrazowaniu MR różne sekwencje są projektowane pod konkretne zadania i łatwo się pomylić, zwłaszcza gdy kojarzymy je tylko z nazw skrótowych. W pytaniu chodzi o sekwencję służącą typowo do uwidaczniania naczyń krwionośnych, czyli o technikę angiografii MR. Tę rolę pełni sekwencja TOF (Time-of-Flight), która wykorzystuje efekt napływu świeżej, niezsaturowanej krwi do objętości obrazowanej i dzięki temu naczynia są bardzo dobrze widoczne, zwykle jako jasne struktury na ciemniejszym tle tkanek. To jest w zasadzie standardowa technika MRA bez kontrastu, szczególnie w badaniach naczyń mózgowych i szyjnych. EPI, czyli Echo Planar Imaging, jest natomiast sekwencją bardzo szybką, używaną głównie w obrazowaniu funkcjonalnym (fMRI) oraz w sekwencjach dyfuzyjnych DWI. Daje duże pokrycie w krótkim czasie, ale ma sporo artefaktów zniekształcających obraz, dlatego nie jest typową sekwencją do precyzyjnego odwzorowania światła naczyń. Kto kojarzy EPI z „nowoczesnym” obrazowaniem, może odruchowo uznać ją za dobrą do wszystkiego, co jest po prostu pewnym skrótem myślowym, ale niestety błędnym. DWI (Diffusion Weighted Imaging) służy przede wszystkim do oceny dyfuzji wody w tkankach. Jest kluczowa np. w diagnostyce udaru niedokrwiennego mózgu, gdzie pokazuje ognisko świeżego zawału, ale to nie jest sekwencja, na której standardowo ocenia się sam przebieg naczyń. Owszem, zmiany naczyniowe pośrednio wpływają na obraz w DWI, ale nie zobaczymy tu tak wyraźnie światła tętnic jak w TOF. STIR (Short Tau Inversion Recovery) to sekwencja tłumiąca sygnał tłuszczu, bardzo przydatna np. w obrazowaniu układu kostno-stawowego, szpiku czy tkanek miękkich, gdy chcemy uwidocznić obrzęk, zmiany zapalne, nacieki. Nie jest natomiast projektowana do angiografii MR i nie daje takiego kontrastu między krwią w naczyniach a otoczeniem, jak specjalistyczne techniki przepływowe. Typowy błąd polega na tym, że kojarzymy nazwę sekwencji z jakimś „efektem specjalnym” (np. szybkość, tłumienie tłuszczu, dyfuzja) i zakładamy, że to będzie dobre też do naczyń. Tymczasem w praktyce klinicznej do oceny naczyń używa się wyspecjalizowanych protokołów MRA, a Time-of-Flight jest jednym z podstawowych rozwiązań, szczególnie gdy badanie ma być wykonane bez kontrastu.

Pytanie 32

Czas repetycji w obrazowaniu metodą rezonansu magnetycznego to

A. czas między dwoma impulsami częstotliwości radiowej.
B. czas mierzony od impulsu odwracającego 180° do impulsu 90°.
C. czas mierzony od impulsu 90° do szczytu amplitudy sygnału odebranego w cewce.
D. czas kąta przeskoku.
Poprawnie – czas repetycji (TR, od ang. repetition time) w obrazowaniu metodą rezonansu magnetycznego to odstęp czasu między dwoma kolejnymi impulsami częstotliwości radiowej 90° pobudzającymi ten sam wycinek. Mówiąc prościej: mierzysz od jednego „strzału” RF przygotowującego magnetyzację pod sekwencję do następnego takiego samego „strzału”. Ten parametr jest kluczowy, bo decyduje, ile czasu mają protony na relaksację podłużną (T1) przed kolejnym pobudzeniem. Im krótszy TR, tym silniejsze jest ważenie T1, a im dłuższy TR, tym bardziej obraz zbliża się do ważenia T2 lub PD, bo różnice w T1 się częściowo „wyrównują”. W praktyce technik MR dobiera TR w zależności od celu badania i zaleceń protokołu: dla obrazów T1-zależnych stosuje się z reguły krótkie czasy repetycji (rzędu kilkuset ms), a dla T2-zależnych – zdecydowanie dłuższe (kilka tysięcy ms). Ma to bezpośredni wpływ nie tylko na kontrast tkanek, ale też na czas trwania całej sekwencji i komfort pacjenta w gantrze. Moim zdaniem, dobrze jest od razu łączyć w głowie TR z pojęciem „odpoczynku” magnetyzacji po impulsie RF – za krótki odpoczynek zmienia kontrast, ale skraca badanie, za długi – poprawia pewne aspekty diagnostyczne, ale wydłuża czas skanowania. W nowoczesnych protokołach klinicznych parametry TR są ściśle zdefiniowane w wytycznych producentów i rekomendacjach towarzystw radiologicznych, więc w praktyce zawodowej bardzo często operuje się gotowymi zestawami sekwencji, ale zrozumienie, że TR to właśnie czas między impulsami RF, pozwala świadomie modyfikować badanie, np. przy artefaktach czy u pacjentów, którzy nie wytrzymują długiego skanowania.

Pytanie 33

Jak zgodnie ze standardem należy ustawić pacjenta do badania rentgenowskiego w skosie tylnym prawym?

A. Tyłem do kasety, prawa strona przylega do kasety, lewa strona odwiedziona od kasety.
B. Przodem do kasety, prawa strona przylega do kasety, lewa strona odwiedziona od kasety.
C. Przodem do kasety, lewa strona przylega do kasety, prawa strona odwiedziona od kasety.
D. Tyłem do kasety, lewa strona przylega do kasety, prawa strona odwiedziona od kasety.
Prawidłowa odpowiedź wynika bezpośrednio z zasad nazewnictwa projekcji w radiologii. Określenie „skos tylny prawy” (RPO – right posterior oblique) oznacza, że do kasety przylega prawa część tylnej powierzchni ciała pacjenta. Innymi słowy: pacjent stoi tyłem do kasety, jest lekko obrócony, tak żeby prawa strona pleców i tułowia dotykała kasety, a lewa strona była odsunięta – czyli odwiedziona od kasety. Takie ustawienie odpowiada właśnie odpowiedzi: „Tyłem do kasety, prawa strona przylega do kasety, lewa strona odwiedziona od kasety”.
W standardach radiologicznych przyjęło się, że w projekcjach skośnych pierwsze słowo („tylny” albo „przedni”) mówi, czy do detektora bliżej jest powierzchnia tylna (PA/tył do kasety) czy przednia (AP/przodem do kasety), a określenie „prawy/lewy” wskazuje, która strona ciała przylega do kasety. To jest bardzo praktyczne, bo od razu wiadomo, jak ustawić pacjenta, niezależnie czy robisz RTG kręgosłupa lędźwiowego, klatki piersiowej, czy stawu krzyżowo-biodrowego w skośnych projekcjach.
Moim zdaniem warto sobie to utrwalić na schemacie: w projekcjach tylnych skośnych (RPO, LPO) pacjent stoi tyłem do kasety, a w przednich skośnych (RAO, LAO) – przodem. Potem tylko pamiętasz, że „prawy” albo „lewy” to strona bliższa kasety. W praktyce technik radiologii podczas ustawiania pacjenta kontroluje, czy bark, biodro i odpowiednia strona klatki lub tułowia rzeczywiście dotykają kasety, a przeciwna strona jest lekko odsunięta, co zapewnia właściwy kąt skośny, redukcję nakładania się struktur i zgodność ze standardami obrazowania. Takie prawidłowe pozycjonowanie poprawia jakość diagnostyczną zdjęcia i zmniejsza ryzyko konieczności powtarzania ekspozycji, co od razu przekłada się na mniejsze narażenie pacjenta na promieniowanie.

Pytanie 34

W badaniu cystografii wstępującej środek kontrastowy należy podać

A. bezpośrednio do układu kielichowo-miedniczkowego.
B. wstecznie do moczowodu.
C. przez powłoki skórne do miedniczki nerkowej.
D. bezpośrednio do pęcherza moczowego.
Prawidłowo – w cystografii wstępującej środek kontrastowy zawsze podajemy bezpośrednio do pęcherza moczowego, najczęściej przez cewnik założony przez cewkę moczową. Jest to badanie „dolnych dróg moczowych”, więc interesuje nas obraz pęcherza, czasem także odpływy wsteczne do moczowodów, a nie układ kielichowo‑miedniczkowy nerki. Technicznie wygląda to tak, że pacjent ma założony jałowy cewnik, pęcherz opróżnia się z moczu, a następnie powoli wypełnia rozcieńczonym środkiem cieniującym. W trakcie wypełniania wykonuje się zdjęcia RTG w różnych projekcjach, a potem też w fazie mikcji (cystografia mikcyjna), żeby ocenić ewentualny odpływ pęcherzowo‑moczowodowy, uchyłki, przetoki czy pęknięcie ściany pęcherza. Z mojego doświadczenia w pracowni radiologicznej bardzo ważne jest, żeby nie przepełnić pęcherza – zwykle trzymamy się objętości około fizjologicznej pojemności pęcherza, a u dzieci nawet mniej, zgodnie z masą ciała i zaleceniami lekarza. Standardy dobrej praktyki mówią też o zachowaniu pełnej aseptyki przy zakładaniu cewnika, kontroli ewentualnych przeciwwskazań (zakażenie układu moczowego, świeże krwawienie), stosowaniu odpowiedniego kontrastu jodowego rozpuszczalnego w wodzie oraz dokładnym poinformowaniu pacjenta o przebiegu badania. Warto kojarzyć, że każda nazwa badania coś sugeruje: „cysto‑” odnosi się do pęcherza moczowego, tak jak „pielo‑” do miedniczki nerkowej. Dzięki temu łatwiej odróżnić cystografię (kontrast w pęcherzu) od urografii czy pielografii (kontrast w górnych drogach moczowych).

Pytanie 35

Pozytywny środek cieniujący najczęściej stosowany w rentgenodiagnostyce powinien charakteryzować się

A. niską osmolalnością.
B. wysoką lipofilnością.
C. niską hydrofilnością.
D. wysoką lepkością.
Prawidłowa odpowiedź to niska osmolalność, bo właśnie ten parametr w praktyce najbardziej decyduje o bezpieczeństwie pozytywnych środków cieniujących stosowanych w rentgenodiagnostyce (np. w TK, urografii, angiografii). Środki kontrastowe o wysokiej osmolalności mocno „ściągają” wodę z komórek i przestrzeni śródmiąższowej do światła naczyń. To powoduje nagłe zwiększenie objętości osocza, obciążenie układu krążenia, ryzyko nudności, wymiotów, bólów głowy, a nawet zaburzeń hemodynamicznych. Dlatego we współczesnych standardach radiologicznych preferuje się środki niskoosmolalne lub izoosmolalne względem osocza. Z mojego doświadczenia to jest jedna z pierwszych rzeczy, na które zwraca się uwagę przy doborze kontrastu u pacjentów z niewydolnością nerek, niewydolnością krążenia czy u osób starszych. Niższa osmolalność oznacza mniejsze ryzyko nefrotoksyczności kontrastowej (CIN), mniejsze ryzyko bólu przy podaniu dotętniczym oraz ogólnie lepszą tolerancję. W praktyce w pracowniach TK czy angiografii używa się głównie nowoczesnych jodowych środków niskoosmolalnych, niejonowych, które są dobrze rozpuszczalne w wodzie (wysoka hydrofilność), łatwo wydalane przez nerki i mają dobry profil bezpieczeństwa. Wysoka lepkość jest raczej niepożądana, bo utrudnia przepływ środka przez cienkie cewniki i może powodować większy opór przy wstrzykiwaniu. Z kolei wysoka lipofilność nie jest cechą pożądaną dla kontrastów dożyl­nych – środek powinien być hydrofilny, żeby swobodnie krążyć w osoczu i być szybko wydalony. Tak więc w praktyce klinicznej niska osmolalność to absolutna podstawa przy wyborze dobrego, nowoczesnego środka cieniującego.

Pytanie 36

Które zaburzenie rytmu serca zarejestrowano na elektrokardiogramie?

Ilustracja do pytania
A. Blok przedsionkowo-komorowy.
B. Migotanie przedsionków.
C. Częstoskurcz komorowy.
D. Blok prawej odnogi pęczka Hisa.
Na zapisanym EKG widać typowy obraz częstoskurczu komorowego: szerokie, zniekształcone zespoły QRS (>120 ms), bardzo szybka i regularna akcja serca oraz brak wyraźnych, poprzedzających je załamków P. Kompleksy mają jednolity, „monomorficzny” kształt, co sugeruje ognisko arytmii w jednym, stałym miejscu w mięśniu komór. Moim zdaniem to jest jeden z tych zapisów, które warto mieć „w pamięci wzrokowej” – jak tylko zobaczysz taką serię szerokich, szybkich QRS-ów, od razu powinna zapalić się lampka: VT, stan zagrożenia życia. W praktyce klinicznej częstoskurcz komorowy jest najczęściej związany z chorobą niedokrwienną serca, blizną pozawałową, kardiomiopatiami albo ciężkimi zaburzeniami elektrolitowymi (np. hipokaliemia). Standardy postępowania (np. wytyczne ERC i ESC) podkreślają, że przy niestabilnym hemodynamicznie VT podstawą leczenia jest natychmiastowa kardiowersja elektryczna zsynchronizowana. Jeśli pacjent jest stabilny, stosuje się leki antyarytmiczne, np. amiodaron, czasem lidokainę. W diagnostyce EKG bardzo pomaga zasada: szybki rytm z szerokimi QRS traktujemy jak VT, dopóki nie udowodnimy, że to coś innego – to podejście zwiększa bezpieczeństwo pacjenta. W pracy technika wykonującego EKG ważne jest szybkie rozpoznanie takiego obrazu, natychmiastowe poinformowanie lekarza i zadbanie o poprawną kalibrację zapisu, bo na ostrym dyżurze liczy się każda sekunda. Dobrą praktyką jest też opisanie na wydruku: „podejrzenie VT” – ułatwia to komunikację w zespole.

Pytanie 37

Zestaw rentgenogramów przedstawia

Ilustracja do pytania
A. patologiczny obraz nadgarstków.
B. obraz osteopenii.
C. proces gojenia się złamania.
D. proces rozwoju kośćca dziecka.
Na przedstawionym zestawie rentgenogramów łatwo się pomylić, jeśli patrzy się tylko na ogólną „jasność” kości i liczne przejaśnienia. Wiele osób odruchowo myśli o osteopenii, bo kościec dziecka wygląda delikatniej, a warstwa korowa jest cieńsza niż u dorosłych. To jednak typowy błąd interpretacyjny. Osteopenia w RTG to uogólnione zmniejszenie gęstości mineralnej kości, z poszerzeniem beleczkowania, ścieńczeniem kory i zatarciem struktury beleczkowej w porównaniu do oczekiwanego obrazu dla danego wieku. Tu mamy sytuację odwrotną: obraz w pełni zgodny z rozwojem szkieletu dziecka, z wyraźnymi jądrami kostnienia i prawidłową strukturą trzonów. Podobnie myląca może być koncepcja procesu gojenia się złamania. W gojącym się złamaniu widzielibyśmy linię złamania lub przynajmniej zniekształcenie zarysu kości oraz powstawanie kostniny – najpierw miękkiej (słabo widocznej), potem bardziej zagęszczonej, otaczającej miejsce urazu. Na zdjęciu z zadania brak jakichkolwiek cech urazowych: nie ma przemieszczenia, ubytku ciągłości korowej, nie widzimy nieregularnych zgrubień typowych dla kostniny. Tu granice trzonów są równe, gładkie, bez deformacji. Trzeci trop, czyli patologiczny obraz nadgarstków, też bywa często wybierany, bo obecność wielu osobnych jąder kostnienia może wyglądać „podejrzanie”. W patologiach, takich jak krzywica, dysplazje kostne czy zapalenia, spodziewamy się zniekształconych nasad, poszerzenia i rozmycia stref przynasadowych, kubkowatych zniekształceń, nieregularnych jąder kostnienia albo destrukcji kostnej. Tutaj natomiast jądra są o regularnym kształcie, dobrze odgraniczone, rozmieszczone symetrycznie. Z mojego doświadczenia najczęstszy błąd polega na tym, że osoba opisująca nie bierze pod uwagę wieku pacjenta i nie porównuje obrazu z typowymi normami rozwoju kostnego. W diagnostyce obrazowej zawsze trzeba myśleć kontekstowo: to, co u dorosłego byłoby ewidentnie patologiczne, u dziecka może być całkowicie fizjologicznym etapem dojrzewania szkieletu. Dlatego tak ważne jest, żeby przy ocenie RTG dłoni i nadgarstka pamiętać o zasadach oceny wieku kostnego, znać typową liczbę jąder kostnienia dla danego wieku i nie mylić fizjologicznych chrząstek wzrostowych z liniami złamania czy cechami osteopenii.

Pytanie 38

Który radioizotop stosuje się do badania scyntygraficznego kości?

A. ⁶⁷Ga
B. ⁹⁹ᵐTc
C. ¹²³I
D. ²⁰¹Tl
W scyntygrafii kości kluczowe jest dobranie radioizotopu, który dobrze pokazuje metabolizm tkanki kostnej, a jednocześnie ma parametry fizyczne odpowiednie do pracy z gammakamerą. Typowym błędem jest kojarzenie dowolnego popularnego radioizotopu z każdym badaniem scyntygraficznym – bo „skoro to medycyna nuklearna, to pewnie wszystko jedno”. Niestety, tak to nie działa. Każdy izotop ma swoją specyfikę biologiczną i fizyczną, więc jest przypisany do konkretnych badań. Galu-67 używa się głównie do oceny procesów zapalnych i niektórych chłoniaków, dawniej był szerzej stosowany np. w diagnostyce chorób nowotworowych klatki piersiowej. Ma inny mechanizm wychwytu, nie jest znakowany z fosfonianami kości, przez co nie daje tak selektywnego obrazu metabolizmu kostnego jak znaczniki technetowe. Dlatego do rutynowej scyntygrafii kości jest po prostu niepraktyczny i niezalecany w aktualnych standardach. Tali-201 kojarzy się przede wszystkim z perfuzyjną scyntygrafią mięśnia sercowego. Ten izotop zachowuje się biologicznie podobnie do potasu i gromadzi się w żywych kardiomiocytach, pokazując ukrwienie serca. Użycie go do kości nie miałoby sensu, bo nie ma naturalnego mechanizmu selektywnego wychwytu w tkance kostnej. To jest dobry przykład, że sama „popularność” izotopu nie oznacza, że nadaje się do każdego narządu. Jod-123 to z kolei klasyka w badaniach tarczycy (scyntygrafia tarczycy, ocena wola, guzków, funkcji gruczołu), ewentualnie w niektórych badaniach receptorowych w OUN. Wykorzystuje się naturalną fizjologię jodu – jego wychwyt przez komórki pęcherzykowe tarczycy. Kość nie ma takich mechanizmów, więc jod-123 nie dałby obrazu metabolizmu kostnego. Typowy błąd myślowy przy tym pytaniu polega na tym, że zdający koncentruje się na rozpoznaniu znanych symboli (Ga, Tl, I) zamiast skojarzyć: „kości = fosfoniany = technet-99m”. W nowoczesnych pracowniach medycyny nuklearnej to właśnie 99mTc związany z odpowiednim nośnikiem fosfonianowym jest złotym standardem w scyntygrafii kości, zarówno jedno-, jak i trójfazowej. Warto więc łączyć konkretny izotop z typowym narządem lub typem badania, a nie traktować wszystkich radioizotopów jako zamiennych.

Pytanie 39

Jak określa się rekonstrukcję obrazów TK, której wynikiem są obrazy dwuwymiarowe tworzone w dowolnej płaszczyźnie przez wtórną obróbkę zestawionych ze sobą wielu przekrojów poprzecznych?

A. Maksymalnej intensywności MIP.
B. Cieniowanych powierzchni SSD.
C. Odwzorowania objętości VTR.
D. Wielopłaszczyznowa MPR.
W tym pytaniu chodzi o technikę, która z zestawu wielu cienkich przekrojów poprzecznych TK tworzy dwuwymiarowe obrazy w dowolnie wybranej płaszczyźnie. To jest właśnie istota wielopłaszczyznowej rekonstrukcji MPR. Częsty błąd polega na wrzucaniu do jednego worka wszystkich metod „rekonstrukcji 3D”, podczas gdy one się dość mocno różnią matematycznie i pod względem tego, co finalnie widzimy na monitorze. Odwzorowania objętości, określane jako VTR lub częściej VR (volume rendering), to technika stricte objętościowa. Komputer tworzy trójwymiarowy model, w którym każdemu wokselowi przypisuje się przezroczystość i kolor, a potem symuluje się oświetlenie. Efektem jest obraz 3D, którym można obracać, a nie klasyczna, płaska przekrojowa projekcja. To świetne narzędzie np. w planowaniu zabiegów naczyniowych czy chirurgii ortopedycznej, ale nie spełnia definicji z pytania, bo nie tworzy po prostu 2D przekroju w dowolnej płaszczyźnie, tylko wizualizację całej objętości. Podobnie rekonstrukcja cieniowanych powierzchni SSD (shaded surface display) koncentruje się na powierzchniach – wybiera określony próg gęstości (np. dla kości) i wyświetla tylko struktury powyżej tego progu, nadając im efekt światłocienia. To daje ładny model kości czy naczyń, ale jest to też metoda 3D, uproszczona względem VR, i z definicji nie jest klasycznym obrazem przekrojowym 2D w wybranej płaszczyźnie. Maksymalna intensywność MIP (maximum intensity projection) z kolei polega na tym, że dla każdego piksela na obrazie wybierana jest maksymalna wartość z całej grubości objętości w danym kierunku. Świetnie uwidacznia to naczynia w angiografii TK czy ogniska o wysokiej gęstości, ale znowu – to projekcja przez objętość, a nie zwykły przekrój. Typowym błędem myślowym jest utożsamianie „dowolnej płaszczyzny” z „dowolną wizualizacją 3D”. W diagnostyce obrazowej przyjmuje się raczej jasny podział: MPR = rekonstrukcje przekrojowe 2D w różnych płaszczyznach, a VR/SSD/MIP = zaawansowane techniki wizualizacji objętościowej lub projekcyjnej. Z praktycznego punktu widzenia do dokładnego pomiaru, oceny ciągłości struktur i analizy anatomii wciąż podstawą są MPR, a pozostałe metody traktuje się jako uzupełnienie, a nie zamiennik.

Pytanie 40

Jakie wiązki promieniowania emituje medyczny akcelerator liniowy?

A. Elektronowe i neutronowe.
B. Protonowe i neutronowe.
C. Fotonowe i elektronowe.
D. Fotonowe i protonowe.
Medyczny akcelerator liniowy w radioterapii bywa mylony z innymi typami akceleratorów cząstek, co prowadzi do różnych ciekawych, ale jednak błędnych skojarzeń. W odpowiedziach pojawiają się protony i neutrony, bo kojarzą się z nowoczesnymi metodami leczenia onkologicznego. W praktyce klinicznej klasyczny linac, jaki stoi na typowym oddziale radioterapii, generuje wyłącznie elektrony i pośrednio z nich – promieniowanie fotonowe o wysokiej energii. Żadne protony czy neutrony nie są tam terapeutycznie emitowane jako wiązka użytkowa. Protony wykorzystuje się w tzw. protonoterapii, ale do tego służą specjalne instalacje: cyklotrony, synchrotrony, gantry protonowe. To jest osobna gałąź radioterapii, z inną fizyką dawki (pik Bragga), inną infrastrukturą osłonową i zupełnie innym kosztem. Myląc akcelerator liniowy z ośrodkiem protonowym, pomijamy bardzo ważną różnicę techniczną: w linacu tor przyspieszania jest liniowy, a konstrukcja zoptymalizowana jest właśnie pod kątem wiązek fotonowych i elektronowych. Neutrony natomiast nie są w standardzie terapeutycznym w teleterapii megawoltowej. Owszem, przy bardzo wysokich energiach fotonów mogą powstawać tzw. neutrony fotoprodukowane, ale traktuje się je jako niepożądane promieniowanie uboczne, uwzględniane w ochronie radiologicznej, a nie jako wiązkę leczniczą. Dlatego skojarzenie „protonowe i neutronowe” albo „elektronowe i neutronowe” wynika zwykle z mieszania pojęć: ktoś słyszał o terapiach cząstkami naładowanymi albo o promieniowaniu neutronowym w reaktorach, i przenosi to automatycznie na zwykły akcelerator liniowy. Z punktu widzenia poprawnej fizyki medycznej i standardów radioterapii, prawidłowy zestaw wiązek z linaca to: fotony megawoltowe do leczenia głębokich guzów i elektrony o różnych energiach do zmian powierzchownych. To właśnie na tych dwóch typach promieniowania opiera się codzienna praca większości ośrodków radioterapii.