Wyniki egzaminu

Informacje o egzaminie:
  • Zawód: Technik elektroradiolog
  • Kwalifikacja: MED.08 - Świadczenie usług medycznych w zakresie diagnostyki obrazowej, elektromedycznej i radioterapii
  • Data rozpoczęcia: 13 czerwca 2026 23:27
  • Data zakończenia: 13 czerwca 2026 23:34

Egzamin zdany!

Wynik: 31/40 punktów (77,5%)

Wymagane minimum: 20 punktów (50%)

Nowe
Analiza przebiegu egzaminu- sprawdź jak rozwiązywałeś pytania
Pochwal się swoim wynikiem!
Szczegółowe wyniki:
Pytanie 1

Na rentgenogramie stopy uwidocznione jest złamanie

Ilustracja do pytania
A. paliczka bliższego palca I i II.
B. I i V kości śródstopia.
C. III i IV kości śródstopia.
D. paliczka bliższego palca I i V.
Prawidłowo rozpoznałeś, że złamanie dotyczy III i IV kości śródstopia. Na tym zdjęciu RTG w projekcji grzbietowo‑podeszwowej widać ciąg kości śródstopia ustawionych równolegle. W dobrym opisie zawsze „jedziemy” po kolei: od I do V kości, oceniając ciągłość warstwy korowej, zarys jamy szpikowej oraz ewentualne przemieszczenie odłamów. W przypadku III i IV kości śródstopia linia korowa jest ewidentnie przerwana, widoczna jest szczelina złamania przebiegająca poprzecznie, z lekką zmianą osi trzonu. To jest typowy obraz złamania trzonów kości śródstopia, często urazowego, np. po urazie skrętnym lub uderzeniu przodostopia. Moim zdaniem kluczowy na takim zdjęciu jest właśnie spokojny, systematyczny przegląd każdej kości, zamiast „rzucania okiem” na całą stopę. W praktyce klinicznej przy złamaniu III i IV kości śródstopia pacjent będzie zgłaszał ból i tkliwość uciskową w środkowej części przodostopia, a w badaniu fizykalnym pojawi się obrzęk i ograniczenie obciążania kończyny. Standardy opisowe w radiologii zalecają, żeby przy złamaniach śródstopia zawsze podać: które kości są złamane (numer I–V), lokalizację w obrębie kości (podstawa, trzon, głowa), typ złamania (poprzeczne, skośne, wieloodłamowe) oraz stopień przemieszczenia. Tu mamy złamania trzonów III i IV kości, wyraźnie oddzielone od sąsiednich struktur, bez zajęcia stawów śródstopno‑paliczkowych. W praktyce technika zdjęcia też ma znaczenie: prawidłowe ułożenie stopy i odpowiednia ekspozycja pozwalają odróżnić cienkie linie złamania od nakładających się cieni czy naczyń. W codziennej pracy dobrze jest porównywać szerokość i przebieg jamy szpikowej wszystkich kości śródstopia – jeśli dwie z nich nagle „łamią linię”, to zwykle właśnie tam kryje się złamanie.

Pytanie 2

W jakich jednostkach mierzy się natężenie dźwięku?

A. W grejach (Gy).
B. W hercach (Hz).
C. W amperach (A).
D. W decybelach (dB).
Natężenie dźwięku w praktyce medycznej i technicznej opisujemy w decybelach (dB), więc wybrana odpowiedź jest jak najbardziej prawidłowa. Decybel to jednostka logarytmiczna, która porównuje poziom mierzonego sygnału (np. ciśnienia akustycznego) do wartości odniesienia. W akustyce medycznej najczęściej używa się poziomu ciśnienia akustycznego wyrażanego w dB SPL (Sound Pressure Level), gdzie punktem odniesienia jest minimalne słyszalne ciśnienie dla zdrowego ucha. Dzięki skali logarytmicznej możemy w wygodny sposób opisać bardzo duży zakres natężeń – od ledwo słyszalnego szeptu, aż po dźwięki uszkadzające słuch. W audiometrii tonalnej, którą spotkasz w diagnostyce elektromedycznej, wynik badania słuchu zapisuje się właśnie w decybelach HL (Hearing Level). Na audiogramie widzisz progi słyszenia pacjenta w dB HL dla różnych częstotliwości (w Hz), ale samo „jak głośno” jest zawsze w decybelach. Moim zdaniem to jeden z kluczowych nawyków: częstotliwość = herce, głośność / natężenie = decybele. W praktyce BHP i ochrony słuchu też operuje się decybelami, np. dopuszczalne poziomy hałasu na stanowisku pracy (np. 85 dB przez 8 godzin). W gabinecie laryngologicznym czy pracowni audiometrycznej ustawiasz poziom bodźca w dB, a nie w hercach czy amperach. W diagnostyce obrazowej i fizyce medycznej też czasem spotyka się dB, np. przy opisie wzmocnienia/ tłumienia sygnału w ultrasonografii, ale tam chodzi bardziej o poziom sygnału elektrycznego lub ultradźwiękowego. Dobrą praktyką jest zawsze doprecyzowanie, o jaki „rodzaj” dB chodzi (dB SPL, dB HL, dB(A)), ale fundament pozostaje taki sam: natężenie dźwięku opisujemy w decybelach.

Pytanie 3

W medycznym przyspieszaczu liniowym jest generowana wiązka fotonów o energii w zakresie

A. 0,1 + 0,3 MeV
B. 4 + 25 MeV
C. 1 + 3 MeV
D. 100 + 150 MeV
Zakres energii wiązki fotonów w medycznym przyspieszaczu liniowym jest ściśle związany z jego przeznaczeniem: ma to być urządzenie terapeutyczne, a nie diagnostyczne. Odpowiedzi z zakresami 0,1–0,3 MeV oraz 1–3 MeV odzwierciedlają raczej myślenie kategoriami aparatury diagnostycznej albo historycznych urządzeń niskoenergetycznych. Foton o energii 0,1–0,3 MeV (czyli 100–300 keV) to typowy poziom dla klasycznego RTG czy mammografii, czasem także dolny zakres tomografii komputerowej. Takie promieniowanie bardzo silnie oddziałuje z tkankami powierzchownymi, co skutkuje wysoką dawką na skórze i szybkim spadkiem dawki w głąb. W radioterapii głębiej położonych guzów byłoby to kompletnie niepraktyczne i niezgodne z aktualnymi standardami leczenia, bo nie osiągnęlibyśmy pożądanej dawki w objętości guza, a za to mocno uszkodzilibyśmy skórę i tkanki podskórne. Zakres 1–3 MeV to z kolei coś pomiędzy klasycznym aparatem kobaltowym (ok. 1,25 MeV) a dolnym progiem typowego akceleratora megawoltowego. Współcześnie liniowe akceleratory medyczne do teleterapii są projektowane tak, by generować fotony o energii co najmniej kilku MeV, ponieważ dopiero wtedy uzyskujemy efekt budowy dawki w głębi (build-up) i lepszy rozkład dawki w tkankach. Zbyt niska energia wiązki powoduje zbyt duże obciążenie skóry i słabą penetrację, co przeczy idei radioterapii megawoltowej. Z drugiej strony zakres 100–150 MeV bardziej pasuje do wiązek protonowych lub wysokoenergetycznych elektronów w fizyce eksperymentalnej, a nie do klasycznych fotonów z akceleratora terapeutycznego. Tak wysokie energie fotonów byłyby ekstremalnie trudne do opanowania pod względem ochrony radiologicznej (produkcja neutronów, rozbudowane osłony), a w rutynowej onkologii po prostu nie ma takiej potrzeby. Typowym błędem jest tu mieszanie pojęć: ktoś kojarzy „im wyższa energia, tym lepiej penetruje”, więc intuicyjnie wybiera bardzo wysokie wartości, albo odwrotnie – kojarzy promieniowanie z diagnostyki RTG i wybiera zbyt niskie zakresy. Tymczasem współczesna radioterapia opiera się na fotonach rzędu kilku do kilkunastu MeV, z górnym zakresem w okolicy 20–25 MeV, co zapewnia optymalny kompromis między głębokością dawki, jakością planu a bezpieczeństwem pacjenta i personelu.

Pytanie 4

Na obrazie cyfrowej angiografii subtrakcyjnej strzałką zaznaczono

Ilustracja do pytania
A. tętnicę szyjną wspólną prawą.
B. żyłę płucną górną prawą.
C. pień ramienno-głowowy.
D. pień płucny.
Na obrazie cyfrowej angiografii subtrakcyjnej (DSA) strzałka rzeczywiście wskazuje pień ramienno‑głowowy, czyli pierwszą dużą gałąź łuku aorty wychodzącą po prawej stronie pacjenta. W klasycznej anatomii naczyniowej łuku aorty kolejność odejścia naczyń jest dość stała: najpierw pień ramienno‑głowowy, potem tętnica szyjna wspólna lewa, a następnie tętnica podobojczykowa lewa. Na obrazie DSA w projekcji AP pień ramienno‑głowowy jest widoczny jako stosunkowo krótki, szeroki pień, który następnie dzieli się na tętnicę szyjną wspólną prawą i tętnicę podobojczykową prawą. To rozwidlenie, takie jakby „Y”, jest bardzo charakterystyczne i właśnie w jego okolicy zwykle kieruje się wzrok przy ocenie tego typu badań.
Moim zdaniem, w praktyce technika obrazowania ma tu ogromne znaczenie. Przy dobrze wykonanej angiografii z podaniem kontrastu do aorty wstępującej łuk aorty i jego główne odgałęzienia wypełniają się jednocześnie, co pozwala łatwo rozpoznać pień ramienno‑głowowy po jego położeniu najbardziej po prawej stronie oraz po tym, że dalej dzieli się na dwa duże naczynia. Z kolei tętnica szyjna wspólna prawa będzie już gałęzią wtórną, bardziej dogłowowo i przyśrodkowo, o przebiegu prawie pionowym ku górze.
W dobrych praktykach radiologicznych podkreśla się, że przy interpretacji DSA nie wystarczy patrzeć na sam fragment wskazany strzałką, tylko trzeba „czytać” cały układ naczyń: skąd naczynie wychodzi, w jakiej kolejności, pod jakim kątem, jakie ma dalsze rozgałęzienia. To bardzo pomaga odróżnić np. pień ramienno‑głowowy od tętnicy szyjnej wspólnej prawej. W codziennej pracy (np. przy planowaniu zabiegów wewnątrznaczyniowych, implantacji stentów w łuku aorty, czy przy kwalifikacji do zabiegów na tętnicach szyjnych) prawidłowa identyfikacja pnia ramienno‑głowowego jest kluczowa, bo od niej zależy wybór odpowiedniego dostępu naczyniowego, rodzaju cewnika oraz bezpieczeństwo całej procedury. Dobrze, że kojarzysz ten obraz z anatomią łuku aorty, bo to jest dokładnie to, czego oczekują od personelu pracowni hemodynamicznej i radiologii zabiegowej.

Pytanie 5

Podczas wykonywania zdjęć wewnątrzustnych zębów górnych linia Campera powinna przebiegać w stosunku do płaszczyzny podłogi

A. równolegle.
B. pod kątem 50°.
C. pod kątem 30°.
D. prostopadle.
Prawidłowo – przy wykonywaniu zdjęć wewnątrzustnych zębów górnych linia Campera powinna przebiegać równolegle do płaszczyzny podłogi. Linia Campera to odcinek łączący skrzydełko nosa z górnym brzegiem małżowiny usznej (tragusem). W stomatologii i technice zdjęć wewnątrzustnych traktuje się ją jako orientacyjną płaszczyznę poziomą twarzy. Ustawienie jej równolegle do podłogi stabilizuje pozycję głowy pacjenta i zapewnia powtarzalne warunki ekspozycji. Z mojego doświadczenia, jeśli głowa jest dobrze ustawiona względem linii Campera, łatwiej uniknąć zniekształceń geometrycznych, skróceń czy wydłużeń zębów na obrazie. W praktyce wygląda to tak, że prosisz pacjenta, żeby usiadł prosto, patrzył mniej więcej na wprost, a potem delikatnie korygujesz pochylenie głowy tak, aby linia od skrzydełka nosa do tragusa była możliwie pozioma. To jest szczególnie istotne przy zdjęciach zębów górnych, gdzie łatwo o nachylenie głowy do tyłu lub do przodu, co od razu psuje projekcję. W dobrych praktykach radiologii stomatologicznej zawsze podkreśla się, że pozycjonowanie pacjenta jest tak samo ważne jak dobór parametrów ekspozycji. Właściwe ustawienie głowy względem linii Campera pomaga też zachować prawidłową relację łuku zębowego do wiązki promieniowania, co poprawia czytelność przestrzeni międzykorzeniowych, wierzchołków korzeni i okolicy przywierzchołkowej. W nowoczesnych pracowniach robi się to często „na oko”, ale mimo wszystko opierając się właśnie na tej prostej zasadzie – linia Campera równoległa do podłogi.

Pytanie 6

Podczas badania gammakamerą źródłem promieniowania jest

A. kolimator.
B. pacjent.
C. fotopowielacz.
D. detektor.
Poprawnie – w klasycznym badaniu gammakamerą to pacjent jest faktycznym źródłem promieniowania. Do organizmu podaje się radiofarmaceutyk, czyli związek chemiczny połączony z radioizotopem (np. technet-99m). Ten izotop emituje promieniowanie gamma z wnętrza ciała. Gammakamera nic sama nie „wysyła” w stronę pacjenta, ona tylko rejestruje to, co wychodzi z organizmu. To jest podstawowa różnica między medycyną nuklearną a np. RTG – w RTG źródłem promieniowania jest lampa rentgenowska, a w scyntygrafii źródłem staje się sam pacjent po podaniu radiofarmaceutyku. W praktyce klinicznej pozwala to ocenić funkcję narządów, a nie tylko ich anatomię. Przykład: w scyntygrafii kości radiofarmaceutyk gromadzi się tam, gdzie jest zwiększony metabolizm kostny, więc na obrazie widzimy „gorące ogniska” np. przerzutów. W scyntygrafii perfuzyjnej płuc oceniamy przepływ krwi przez miąższ płucny na podstawie rozmieszczenia znacznika. Wszystko to jest możliwe właśnie dlatego, że promieniowanie wychodzi z wnętrza ciała, a nie z zewnątrz. Z mojego doświadczenia wielu uczniów myli to z RTG i myśli, że gammakamera świeci jak lampa, a pacjent tylko „pochłania”. A jest dokładnie odwrotnie: pacjent świeci (w sensie emituje kwanty gamma), a kamera je łapie. Z punktu widzenia ochrony radiologicznej też się tak go traktuje – po podaniu radioizotopu pacjent jest traktowany jak źródło promieniowania i obowiązują określone zasady postępowania, ograniczanie czasu przebywania personelu blisko pacjenta, zalecenia wypisowe dla chorego itp. To jest standard w medycynie nuklearnej, opisany w wytycznych IAEA, EANM i krajowych rekomendacjach.

Pytanie 7

Do wykonania stomatologicznego zdjęcia rentgenowskiego techniką kąta prostego promień centralny należy ustawić prostopadle do

A. filmu rentgenowskiego i osi długiej zęba.
B. dwusiecznej kąta zawartego między filmem a osią zęba.
C. płaszczyzny zgryzu.
D. linii Campera.
W technice kąta prostego (ang. paralleling technique) kluczowa zasada brzmi: promień centralny musi być ustawiony prostopadle jednocześnie do filmu rentgenowskiego (lub sensora) oraz do osi długiej zęba. To właśnie opisuje odpowiedź z filmem rentgenowskim i osią długą zęba. Dzięki temu uzyskujemy minimalne zniekształcenia geometryczne – obraz nie jest ani wydłużony, ani skrócony, tylko możliwie wiernie odwzorowuje rzeczywistą długość i kształt zęba. Moim zdaniem to jedna z ważniejszych zasad w radiologii stomatologicznej, bo w praktyce klinicznej lekarz bardzo polega na dokładnym odwzorowaniu długości korzeni, np. przy planowaniu leczenia endodontycznego, ocenie zmian okołowierzchołkowych czy kontroli po leczeniu kanałowym. W technice kąta prostego film umieszcza się możliwie równolegle do osi długiej zęba, najczęściej przy pomocy specjalnych uchwytów pozycjonujących. Potem lampa RTG jest ustawiana tak, aby wiązka padała dokładnie pod kątem 90° do tej pary: film–ząb. To jest standard zgodny z nowoczesnymi zaleceniami radiologii stomatologicznej, bo zapewnia powtarzalność projekcji, lepszą jakość diagnostyczną i mniejsze ryzyko błędnej interpretacji. W praktyce, jeśli promień nie jest prostopadły do filmu i osi zęba, pojawiają się typowe błędy: skrócenie korzeni (foreshortening), wydłużenie (elongation) albo nałożenie się struktur. Technik, który dobrze opanuje ustawianie promienia w tej technice, dużo rzadziej musi powtarzać zdjęcia, co przekłada się też na mniejsze narażenie pacjenta na promieniowanie jonizujące. To jest po prostu dobra praktyka i zgodna z zasadą ALARA – jak najmniejsza dawka przy zachowaniu jakości diagnostycznej.

Pytanie 8

Nieostrość geometryczna obrazu rentgenowskiego zależy od

A. wielkości ziarna luminoforu folii wzmacniającej.
B. grubości emulsji błony rentgenowskiej.
C. wielkości ogniska optycznego.
D. ilości promieniowania rozproszonego.
Problem nieostrości obrazu w radiografii często myli się z innymi zjawiskami, jak kontrast czy ziarnistość. W tym pytaniu chodzi konkretnie o nieostrość geometryczną, czyli o rozmycie krawędzi wynikające z geometrii układu: ognisko – obiekt – detektor. Podstawowa sprawa: im większe rzeczywiste ognisko anody, tym większy półcień i gorsza ostrość. To jest klasyczna definicja nieostrości geometrycznej, omawiana w fizyce medycznej i w standardach opisujących jakość obrazowania. Ilość promieniowania rozproszonego oczywiście pogarsza jakość obrazu, ale w inny sposób. Rozproszenie głównie obniża kontrast, powoduje „zamglenie” całego obrazu, ale nie jest źródłem typowej nieostrości geometrycznej. Z promieniowaniem rozproszonym walczy się kratką przeciwrozproszeniową, odpowiednim polem naświetlania, kolimacją wiązki oraz prawidłowym doborem kV, a nie przez zmianę ogniska. To jest inny aspekt jakości zdjęcia. Grubość emulsji błony rentgenowskiej ma znaczenie dla czułości, kontrastu i pewnej ziarnistości obrazu w klasycznych systemach analogowych, ale nie jest głównym czynnikiem definiującym nieostrość geometryczną. Można powiedzieć, że dotyczy raczej właściwości materiału rejestrującego niż geometrii wiązki. Podobnie wielkość ziarna luminoforu w folii wzmacniającej wpływa na tzw. nieostrość strukturalną: im większe ziarno, tym większe rozmycie i mniejsza rozdzielczość przestrzenna, ale to nie jest to samo, co nieostrość geometryczna wynikająca z wielkości ogniska i odległości w układzie. Typowy błąd myślowy polega na wrzucaniu wszystkich efektów pogorszenia jakości obrazu do jednego worka pod hasłem „nieostrość”. W praktyce trzeba rozróżniać: nieostrość geometryczną (ognisko, odległości), nieostrość ruchową (ruch pacjenta, zbyt długi czas ekspozycji) oraz nieostrość wynikającą z systemu rejestracji (błona, folia, piksel w detektorze cyfrowym). Dopiero takie rozróżnienie pozwala świadomie dobrać parametry ekspozycji i osprzęt, zgodnie z zasadami dobrej praktyki radiologicznej.

Pytanie 9

Na zamieszczonym obrazie RM nadgarstka lewego strzałką wskazano kość

Ilustracja do pytania
A. główkowatą.
B. haczykowatą.
C. księżycowatą.
D. łódeczkowatą.
Na obrazie MR w projekcji czołowej strzałka wskazuje typową lokalizację kości księżycowatej (os lunatum) w szeregu bliższym nadgarstka. Kość księżycowata leży pośrodku między kością łódeczkowatą od strony promieniowej a kością trójgraniastą od strony łokciowej, bezpośrednio przylega do powierzchni stawowej dalszej nasady kości promieniowej. Na obrazach MR ma charakterystyczny, mniej więcej półksiężycowaty kształt, z wyraźnie widoczną warstwą podchrzęstną i gąbczastą strukturą w środku. W prawidłowym badaniu, takim jak na tym zdjęciu, widzimy równomierny sygnał ze szpiku kostnego i gładkie obrysy powierzchni stawowych. Z mojego doświadczenia w praktyce technika obrazowania nadgarstka bardzo ważne jest prawidłowe pozycjonowanie ręki i zastosowanie cienkich warstw w sekwencjach T1 i T2 z saturacją tłuszczu, bo dopiero wtedy szczegóły anatomii szeregu bliższego są naprawdę czytelne. Kość księżycowata ma duże znaczenie kliniczne: to właśnie ona jest najczęściej zajęta w chorobie Kienböcka (martwica jałowa), gdzie na MR obserwuje się obniżenie sygnału w T1 i obrzęk szpiku w sekwencjach T2-zależnych. Radiolog, opisując MR nadgarstka zgodnie z dobrymi praktykami, zawsze ocenia położenie i kształt lunatum pod kątem ewentualnej niestabilności nadgarstka, podwichnięcia czy konfliktu z kością promieniową. W standardach opisowych zwraca się też uwagę na szerokość szpar stawowych między łódeczkowatą, księżycowatą i główkowatą, bo ich zaburzenie może świadczyć o uszkodzeniu więzadeł międzykostnych. Umiejętność pewnego rozpoznawania kości księżycowatej na MR bardzo ułatwia dalszą orientację w złożonej anatomii nadgarstka, a później dokładne lokalizowanie zmian pourazowych i zwyrodnieniowych.

Pytanie 10

Który radiofarmaceutyk należy podać pacjentowi w scyntygrafii perfuzyjnej mózgu?

A. Tc-99m MDP
B. Tc-99m HM-PAO
C. I-123 NaI
D. <b>I-131 NaI</b>
Prawidłowo wskazany radiofarmaceutyk w scyntygrafii perfuzyjnej mózgu to Tc-99m HM-PAO. Jest to lipofilny związek znakowany technetem-99m, który bardzo dobrze przenika przez barierę krew–mózg i w pierwszej fazie rozkłada się proporcjonalnie do przepływu mózgowego. Dzięki temu obraz z gammakamery odzwierciedla regionalny przepływ krwi w mózgu, czyli dokładnie to, co chcemy ocenić w badaniu perfuzyjnym. W praktyce klinicznej Tc-99m HM-PAO (lub podobny związek Tc-99m ECD) jest standardem w diagnostyce napadów padaczkowych, ocenie niedokrwienia, demencji czy w kwalifikacji pacjentów po udarach. Z mojego doświadczenia w medycynie nuklearnej najważniejsze jest, że podanie musi być wykonane w spoczynku lub w określonym momencie (np. w trakcie napadu padaczkowego), bo radiofarmaceutyk „zamraża” perfuzję z chwili podania. Technet-99m ma dobre właściwości fizyczne: energię promieniowania gamma 140 keV i krótki okres półtrwania ok. 6 godzin, co jest optymalnym kompromisem między jakością obrazu a dawką dla pacjenta. HM-PAO po przejściu przez barierę krew–mózg ulega przemianom w komórkach, przez co zostaje zatrzymany w tkance mózgowej na czas potrzebny do wykonania skanu. To właśnie odróżnia go od wielu innych radiofarmaceutyków, które albo w ogóle nie przechodzą do mózgu, albo nie odzwierciedlają perfuzji, tylko np. metabolizm czy wychwyt tarczycowy. W dobrych praktykach pracowni medycyny nuklearnej podkreśla się też znaczenie właściwego przygotowania preparatu HM-PAO, szybkiego podania po przygotowaniu zestawu znakowanego oraz kontroli jakości (np. sprawdzenie radiochemicznej czystości), żeby uzyskać wiarygodny, czytelny obraz perfuzji mózgu.

Pytanie 11

DSA to cyfrowa

A. angiografia subtrakcyjna.
B. arteriografia subtrakcyjna.
C. flebografia subtrakcyjna.
D. limfografia subtrakcyjna.
Prawidłowa odpowiedź to cyfrowa angiografia subtrakcyjna, czyli Digital Subtraction Angiography (DSA). Rozszyfrowanie skrótu jest tu kluczowe: „A” pochodzi od angiography, czyli obrazowania naczyń krwionośnych. W DSA chodzi dokładnie o to, żeby jak najczyściej uwidocznić tętnice i żyły po podaniu kontrastu jodowego, a jednocześnie „odjąć” (subtrakcyjnie) obraz kości i tkanek miękkich. Technicznie wygląda to tak, że najpierw rejestruje się obraz „maskę” bez kontrastu, a potem serię obrazów po jego podaniu. Komputer piksel po pikselu odejmuje maskę od kolejnych klatek, dzięki czemu zostaje głównie to, co się zmieniło, czyli kontrast w naczyniach. W praktyce klinicznej DSA jest standardem w diagnostyce zwężeń tętnic szyjnych, tętniaków mózgowych, malformacji naczyniowych, zmian w tętnicach wieńcowych, kończyn dolnych czy tętnic nerkowych. Często wykorzystuje się ją także jako badanie łączone z zabiegiem – tzw. procedury endowaskularne: angioplastyka balonowa, implantacja stentów, embolizacja. Z mojego doświadczenia, w pracowniach hemodynamiki i angiografii pacjent z istotnym zwężeniem tętnicy zwykle w tym samym „wejściu” ma robioną i diagnostykę (DSA), i leczenie. DSA wymaga dobrej jakości aparatu angiograficznego, stabilnego ułożenia pacjenta, odpowiedniej dawki kontrastu oraz synchronizacji ekspozycji z podaniem kontrastu. Z punktu widzenia dobrych praktyk ważne jest ograniczanie dawki promieniowania (ALARA), monitorowanie ilości kontrastu i kontrola ryzyka nefropatii pokontrastowej. Cyfrowa arteriografia, flebografia czy limfografia mogą być wykonywane, ale jako techniki szczegółowe – DSA dotyczy ogólnie angiografii, a nie tylko jednego typu naczynia.

Pytanie 12

Na obrazie rentgenowskim strzałką zaznaczono

Ilustracja do pytania
A. tętnik aorty piersiowej.
B. rozwarstwienie aorty brzusznej.
C. tętnik aorty brzusznej.
D. rozwarstwienie aorty piersiowej.
Na przedstawionym obrazie kontrastowej angiografii widoczny jest odcinek aorty przebiegający w jamie brzusznej, czyli aorta brzuszna – i to właśnie ją zaznaczono strzałką. Świadczy o tym kilka elementów: położenie struktur mniej więcej na wysokości trzonów kręgów lędźwiowych, przebieg naczynia w linii pośrodkowej ciała oraz obecność rozdętego workowatego poszerzenia typowego dla tętniaka aorty brzusznej poniżej odejścia tętnic trzewnych. W badaniach obrazowych, zwłaszcza przy klasycznej angiografii czy angio-TK, kluczowe jest zawsze odniesienie się do orientacji anatomicznej: od przepony w dół mówimy o aorcie brzusznej, a powyżej – o piersiowej. W praktyce technika radiologiczna powinna zwracać uwagę na prawidłowe wypełnienie światła naczynia kontrastem, odpowiedni czas ekspozycji i projekcję (najczęściej AP), tak aby wyraźnie uwidocznić aortę i ewentualne patologie, jak tętniaki czy zwężenia. Moim zdaniem warto wyrobić sobie nawyk „czytania” obrazu od góry do dołu: najpierw łuk aorty, potem zstępująca piersiowa, przejście przez rozwór aortowy przepony i dalej aorta brzuszna aż do jej rozdwojenia na tętnice biodrowe wspólne. W codziennej pracy technika i lekarza radiologa poprawne rozpoznanie odcinka aorty ma ogromne znaczenie, bo od tego zależy np. kwalifikacja do zabiegu endowaskularnego (EVAR), dobór długości stent-graftu czy planowanie zakresu skanowania w angio-TK. Dobre praktyki mówią też, żeby zawsze oceniać nie tylko sam tętniak, ale cały przebieg aorty brzusznej – od tętnic nerkowych aż do rozwidlenia – bo zmiany często są wielopoziomowe.

Pytanie 13

Badanie przewodu pokarmowego metodą podwójnego kontrastu wiąże się z podaniem pacjentowi

A. barytu i powietrza.
B. barytu i Magnevistu.
C. podwójnej ilości barytu.
D. podwójnej ilości Magnevistu.
Prawidłowa odpowiedź odnosi się do klasycznej techniki tzw. podwójnego kontrastu w badaniach przewodu pokarmowego, głównie żołądka, dwunastnicy i jelita grubego. W tej metodzie zawsze chodzi o połączenie środka cieniującego na bazie barytu z gazem, najczęściej powietrzem lub dwutlenkiem węgla. Baryt (siarczan baru) działa jako kontrast dodatni – silnie pochłania promieniowanie rentgenowskie i na zdjęciu wychodzi jako struktura biała, wyraźnie odcinająca się od tła. Powietrze natomiast to kontrast ujemny – nie pochłania promieniowania, więc daje obraz ciemny, wypełnia światło przewodu pokarmowego i „rozdmuchuje” ściany. Dzięki temu kombinacja barytu i powietrza pozwala bardzo ładnie uwidocznić fałdy błony śluzowej, drobne nadżerki, polipy, guzki czy nieregularności obrysu. W praktyce radiologicznej, zgodnie z typowymi procedurami, podaje się najpierw baryt, a następnie pacjent połyka tabletki musujące albo otrzymuje powietrze przez zgłębnik, żeby uzyskać równomierne rozdęcie. Moim zdaniem to jedna z bardziej „wdzięcznych” technik, bo dobrze wykonane badanie podwójnym kontrastem daje bardzo szczegółowy obraz i jest świetne diagnostycznie, zwłaszcza tam, gdzie endoskopia jest ograniczona albo pacjent jej nie toleruje. Warto pamiętać, że w odróżnieniu od badań z kontrastem jodowym czy paramagnetycznym, baryt w RTG przewodu pokarmowego nie wchłania się z przewodu i działa czysto miejscowo. Standardy opisów radiologicznych przy tej technice zakładają ocenę zarysu ściany, fałdów, perystaltyki oraz obecności ubytków cienia lub sztywności ściany, co w dużej mierze jest możliwe właśnie dzięki temu, że mamy jednocześnie biały kontrast barytowy i ciemne tło powietrzne.

Pytanie 14

W standardowym badaniu EEG elektrody P3, P4 i Pz umieszcza się na skórze głowy pacjenta nad płatami

A. ciemieniowymi.
B. czołowymi.
C. potylicznymi.
D. skroniowymi.
Prawidłowo – elektrody P3, P4 i Pz w standardowym badaniu EEG leżą nad płatami ciemieniowymi. Wynika to bezpośrednio z międzynarodowego systemu 10–20, który opisuje rozmieszczenie elektrod na skórze głowy. Litera „P” w nazwie elektrody oznacza właśnie obszar parietalny (ciemieniowy), cyfry 3 i 4 – odpowiednio lewą i prawą półkulę, a „z” – elektrodę położoną w linii pośrodkowej (zero line). W praktyce klinicznej takie oznaczenia są standardem, więc dobrze jest je mieć „w małym palcu”.
Moim zdaniem znajomość tego schematu to absolutna podstawa przy pracy z EEG – zarówno przy zakładaniu elektrod, jak i późniejszej interpretacji zapisu. Prawidłowe położenie P3, P4 i Pz pozwala ocenić czynność bioelektryczną kory ciemieniowej, która odpowiada m.in. za czucie somatyczne, integrację bodźców, orientację przestrzenną. W napadach padaczkowych pochodzenia ciemieniowego zmiany napadowe mogą się właśnie tam najlepiej ujawniać, dlatego dokładne umiejscowienie tych elektrod ma realne znaczenie diagnostyczne.
W dobrych pracowniach technik zawsze mierzy głowę (od glabeli do inionu oraz między wyrostkami sutkowatymi) i wyznacza punkty 10% i 20%, zamiast „na oko” kłaść elektrody. Dzięki temu P3, P4, Pz trafiają dokładnie tam, gdzie przewiduje standard międzynarodowy. W nowoczesnych systemach EEG często korzysta się też z czapek z zaznaczonymi pozycjami, ale zasada jest ta sama – P = płat ciemieniowy. Znajomość tej logiki pomaga też szybko skojarzyć inne elektrody: F – czołowe, T – skroniowe, O – potyliczne, C – centralne, co bardzo ułatwia analizę zapisu i komunikację z lekarzem opisującym badanie.

Pytanie 15

Po wykonanej radioterapii do dokumentacji pacjenta należy wpisać dawkę promieniowania w jednostce

A. Bekerel (Bq)
B. Kiur (Ci)
C. Grej (Gy)
D. Siwert (Sv)
Prawidłową jednostką dawki pochłoniętej w radioterapii jest grej (Gy). W dokumentacji po napromienianiu zawsze wpisujemy dawkę w Gy, ponieważ ta jednostka opisuje ile energii promieniowania zostało pochłonięte przez tkankę: 1 Gy = 1 dżul na kilogram. To jest dokładnie to, co nas interesuje przy planowaniu i ocenie skuteczności leczenia onkologicznego – ile energii oddaliśmy do guza i tkanek zdrowych. W praktyce klinicznej zapis wygląda np. tak: „Dawka całkowita: 50 Gy w 25 frakcjach po 2 Gy”, albo przy brachyterapii: „HDR 7 Gy na frakcję do punktu referencyjnego”. Moim zdaniem warto od początku przyzwyczajać się do czytania i pisania takich zapisów, bo to jest codzienny chleb w radioterapii. Grej jest jednostką układu SI i jest standardem w wytycznych międzynarodowych (ICRU, ICRP), w planach leczenia, w systemach TPS i w kartach informacyjnych. Oczywiście w radiologii i ochronie radiologicznej pojawiają się też inne jednostki, jak siwert (Sv) dla dawki równoważnej i skutecznej czy bekerel (Bq) dla aktywności źródła, ale to są inne wielkości fizyczne. W radioterapii, przy opisie konkretnego napromieniania pacjenta, wpisujemy właśnie dawkę pochłoniętą w Gy. W dokumentacji dodatkowo często zaznacza się rozkład dawki (DVH), dawki na narządy krytyczne też w Gy, np. „maks. dawka do rdzenia kręgowego 45 Gy”. To wszystko musi być spójne, dlatego użycie greja nie jest kwestią mody, tylko po prostu standardem i wymogiem poprawnej dokumentacji medycznej.

Pytanie 16

Wyniosłość międzykłykciowa znajduje się na nasadzie

A. bliższej kości piszczelowej.
B. dalszej kości udowej.
C. bliższej kości łokciowej.
D. dalszej kości ramiennej.
Wyniosłość międzykłykciowa leży na nasadzie bliższej kości piszczelowej, dokładnie pomiędzy kłykciem przyśrodkowym i bocznym. To taki charakterystyczny „grzbiecik” kostny widoczny szczególnie dobrze na zdjęciu RTG kolana w projekcji AP. Anatomicznie tworzą ją guzki międzykłykciowe oraz pole międzykłykciowe przednie i tylne. To miejsce przyczepu bardzo ważnych struktur: więzadła krzyżowego przedniego (ACL) i tylnego (PCL), a także części włókien łąkotek. Z mojego doświadczenia, jeśli ktoś dobrze kojarzy tę wyniosłość, dużo łatwiej mu później ogarniać patologie więzadeł na obrazach. W praktyce radiologicznej i ortopedycznej wyniosłość międzykłykciowa jest punktem orientacyjnym przy ocenie ustawienia kości piszczelowej względem kości udowej, szczególnie w urazach kolana. Na TK czy MR kolana często opisuje się przemieszczenia fragmentów tej wyniosłości przy awulsyjnych uszkodzeniach ACL, tzw. złamanie eminencji międzykłykciowej. Dobra znajomość tej struktury jest też kluczowa przy planowaniu rekonstrukcji więzadeł krzyżowych, bo tunele kostne w kości piszczelowej lokalizuje się właśnie w okolicy tej wyniosłości. W standardach opisu badań obrazowych kolana (RTG, MR) zaleca się zwracanie uwagi na ciągłość zarysu wyniosłości międzykłykciowej, jej wysokość, obecność odłamów i ewentualne zwapnienia. Moim zdaniem warto też zapamiętać, że na zdjęciu RTG kolana wyniosłość międzykłykciowa powinna „wpasowywać się” mniej więcej w dół międzykłykciowy kości udowej – zaburzenie tej relacji może sugerować podwichnięcie albo inne nieprawidłowości ustawienia stawu.

Pytanie 17

Miejscem wykonania pomiaru densytometrycznego z kości przedramienia jest

A. koniec dalszy kości promieniowej strony dominującej.
B. środek trzonu kości promieniowej strony niedominującej.
C. środek trzonu kości promieniowej strony dominującej.
D. koniec dalszy kości promieniowej strony niedominującej.
Prawidłowo wskazane miejsce pomiaru densytometrycznego w obrębie kości przedramienia to koniec dalszy kości promieniowej strony niedominującej. W praktyce oznacza to zwykle lewy nadgarstek u osoby praworęcznej. Właśnie ten obszar jest standardowo wykorzystywany w densytometrii obwodowej (pDXA, QCT), bo zawiera dużo kości beleczkowej, bardzo wrażliwej na utratę masy kostnej w osteoporozie. Dzięki temu badanie jest czułe na wczesne zmiany. Strona niedominująca jest wybierana celowo – z mojego doświadczenia to prosty sposób, żeby ograniczyć wpływ dodatkowych obciążeń mechanicznych, mikrourazów czy zmian zwyrodnieniowych charakterystycznych dla ręki częściej używanej w pracy, sporcie czy codziennych czynnościach. To pozwala uzyskać wynik bardziej reprezentatywny dla ogólnego stanu szkieletu, a nie tylko dla „przepracowanej” kończyny. W wytycznych dotyczących densytometrii podkreśla się, że badaniem referencyjnym do rozpoznawania osteoporozy jest pomiar BMD w odcinku lędźwiowym kręgosłupa i w bliższym odcinku kości udowej metodą DXA. Pomiar z dalszego końca kości promieniowej strony niedominującej traktuje się jako badanie uzupełniające, bardzo przydatne u pacjentów, u których nie można wykonać standardowego DXA (np. po rozległych operacjach, z deformacjami kręgosłupa, endoprotezami obu bioder). Warto też pamiętać, że densytometr wymaga prawidłowego ułożenia kończyny: nadgarstek musi być ustawiony płasko, bez rotacji, z prawidłowym zakresem skanowania obejmującym dalszą nasadę kości promieniowej. Moim zdaniem kluczowe w pracy technika jest powtarzalne pozycjonowanie, bo dopiero wtedy kolejne badania w czasie dają wiarygodne porównanie i można ocenić rzeczywistą dynamikę utraty masy kostnej.

Pytanie 18

Emisja fali elektromagnetycznej występuje w procesie rozpadu promieniotwórczego

A. gamma.
B. alfa.
C. beta plus.
D. beta minus.
W tym pytaniu kluczowe jest rozróżnienie między promieniowaniem cząstkowym a elektromagnetycznym. Promieniowanie alfa to strumień ciężkich cząstek – jąder helu (dwa protony i dwa neutrony). One mają dużą masę i ładunek dodatni, przez co bardzo silnie jonizują ośrodek, ale praktycznie nie są falą elektromagnetyczną, tylko typowo promieniowaniem korpuskularnym. W praktyce medycznej cząstki alfa są rzadziej wykorzystywane diagnostycznie, bardziej w bardzo specyficznych terapiach celowanych, a ich zasięg w tkankach jest minimalny. Dlatego kojarzenie alfa z falą elektromagnetyczną to takie trochę uproszczenie, które potrafi się w głowie zakodować, ale jest po prostu fizycznie błędne. Podobnie promieniowanie beta plus i beta minus to emisja cząstek, a nie fotonów. W rozpadzie beta minus z jądra emitowany jest elektron oraz antyneutrino, natomiast w rozpadzie beta plus – pozyton i neutrino. Elektron i pozyton to również cząstki naładowane, więc zachowują się w tkankach zupełnie inaczej niż fotony gamma: mają krótki zasięg, tor jest zakrzywiany przez pola magnetyczne, a charakter jonizacji jest inny. W PET faktycznie używamy izotopów beta plus, ale obraz rejestrowany jest nie z samego pozytonu, tylko z fotonów gamma powstających w anihilacji pozytonu z elektronem. I to jest ważne rozróżnienie, bo łatwo pomylić: „w PET jest beta plus, więc to chyba fala elektromagnetyczna”. Nie, fala elektromagnetyczna to dopiero gamma po anihilacji. W standardach fizyki medycznej i ochrony radiologicznej (ICRP, IAEA) promieniowanie alfa i beta klasyfikuje się jako promieniowanie korpuskularne, a gamma i X jako promieniowanie fotonowe, czyli elektromagnetyczne. Moim zdaniem warto sobie to poukładać: alfa i beta – cząstki, gamma i X – fotony. Dzięki temu później dużo łatwiej zrozumieć dobór osłon (ołów dla fotonów, lekkie materiały dla cząstek), charakter dawek oraz różnice w zastosowaniach diagnostycznych i terapeutycznych.

Pytanie 19

„Ognisko zimne” w obrazie scyntygraficznym określa się jako

A. zmianę o większej aktywności hormonalnej.
B. zmianę najczęściej o charakterze łagodnym.
C. obszar gromadzący znacznik jak reszta miąższu.
D. obszar niegromadzący radioznacznika.
Pojęcie „ogniska zimnego” w scyntygrafii oznacza dokładnie obszar, który nie gromadzi radioznacznika, albo gromadzi go istotnie mniej niż otaczający, prawidłowy miąższ. Na obrazie z gammakamery taki obszar wygląda jak ubytek zliczeń, „dziura” w obrazie, miejsce ciemniejsze lub wręcz bez sygnału, podczas gdy reszta narządu świeci prawidłowo. Z mojego doświadczenia to jedno z podstawowych pojęć w medycynie nuklearnej, a mimo to często myli się je z terminami z USG czy TK.
W praktyce klinicznej zimne ognisko może oznaczać np. torbiel, zwapnienie, martwicę, guz pozbawiony czynnego miąższu, a w tarczycy także nowotwór złośliwy – dlatego w standardach postępowania (np. w diagnostyce guzków tarczycy) podkreśla się, że guzek zimny wymaga dalszej oceny, często biopsji cienkoigłowej. Sam wygląd „zimny” nie oznacza automatycznie, że zmiana jest łagodna albo złośliwa, tylko że w tym miejscu nie ma prawidłowo funkcjonującej tkanki wychwytującej radiofarmaceutyk.
W dobrych praktykach opisu badań scyntygraficznych zawsze porównuje się dystrybucję radioznacznika w obrębie całego narządu, oceniając czy ognisko jest izo-, hiper- czy hipouptake, czyli odpowiednio: prawidłowe, „gorące” lub właśnie „zimne”. Ważne jest też korelowanie obrazu scyntygraficznego z innymi metodami obrazowania (USG, TK, MR) oraz z objawami klinicznymi pacjenta. Dzięki temu technik czy lekarz medycyny nuklearnej może właściwie zinterpretować, czy zimne ognisko to np. torbiel, stary zawał narządowy, obszar pooperacyjny czy potencjalnie istotna zmiana onkologiczna.
Moim zdaniem warto zapamiętać to w prosty sposób: zimne ognisko = brak wychwytu = „dziura” w obrazie, która zawsze wymaga chwili zastanowienia i zwykle dalszej diagnostyki.

Pytanie 20

Obiektywną metodą badania słuchu jest audiometria

A. tonalna.
B. impedancyjna.
C. mowy.
D. wysokoczęstotliwościowa.
Prawidłowa odpowiedź to audiometria impedancyjna, bo jest to badanie obiektywne, czyli takie, w którym wynik nie zależy od reakcji i współpracy pacjenta, tylko od pomiaru parametrów fizycznych układu słuchowego. W audiometrii impedancyjnej mierzy się impedancję akustyczną ucha środkowego – głównie ruchomość błony bębenkowej i łańcucha kosteczek oraz odruchy mięśnia strzemiączkowego. W praktyce wykonuje się tympanometrię i badanie odruchu z mięśnia strzemiączkowego. Pacjent nie musi naciskać przycisku ani sygnalizować, że coś słyszy – aparat rejestruje zmiany ciśnień i odbitego dźwięku samodzielnie. To jest kluczowe np. u małych dzieci, osób udających niedosłuch albo pacjentów nieprzytomnych. W protokołach otolaryngologicznych i audiologicznych audiometria impedancyjna jest standardem w diagnostyce niedosłuchów przewodzeniowych (np. wysiękowe zapalenie ucha środkowego, otoskleroza), perforacji błony bębenkowej, dysfunkcji trąbki słuchowej. Pozwala szybko ocenić, czy problem jest w uchu środkowym, czy raczej w uchu wewnętrznym. Moim zdaniem to jedno z bardziej „technicznych” badań słuchu, bo operator musi umieć dobrze uszczelnić przewód słuchowy, ustawić ciśnienie i poprawnie zinterpretować krzywą tympanometryczną (typ A, B, C itd.). W pracy technika elektroradiologii bardzo często łączy się audiometrię tonalną z impedancyjną, ale właśnie ta druga daje nam obiektywny obraz funkcji ucha środkowego, zgodnie z dobrymi praktykami i rekomendacjami audiologicznymi.

Pytanie 21

Które zdjęcia należy wykonać pacjentom z chorobą reumatoidalną stawów kolanowych?

A. AP i boczne stawu kolanowego prawego.
B. AP i boczne stawu kolanowego lewego.
C. AP i boczne obu stawów kolanowych.
D. AP obu stawów kolanowych i osiowe rzepek.
Prawidłowo wskazano, że u pacjentów z reumatoidalnym zapaleniem stawów kolanowych wykonuje się projekcje AP i boczne obu stawów kolanowych. W RZS zmiany są zwykle wielostawowe, symetryczne i postępujące, dlatego standardem jest obrazowanie obu kolan, a nie tylko jednego, nawet jeśli pacjent zgłasza ból głównie po jednej stronie. W projekcji AP oceniamy przestrzeń stawową, ustawienie osi kończyny, ewentualne podwichnięcia, nadżerki kostne w obrębie kłykci, obecność osteoporozy przystawowej. Projekcja boczna pozwala lepiej zobaczyć zarys rzepki, powierzchnie stawowe, wysięk w jamie stawu (tzw. objaw zatarcia zarysu fałdów tłuszczowych), a także deformacje zgięciowe. Moim zdaniem ważne jest też to, że wykonując badanie obu kolan, mamy punkt odniesienia – czasem jedno kolano jest zajęte mocniej, drugie słabiej, ale porównanie symetrii zmian bardzo pomaga w ocenie zaawansowania RZS. W wielu ośrodkach przy podejrzeniu chorób zapalnych stawów stosuje się tzw. „serię reumatologiczną” RTG – zawsze z uwzględnieniem obu stron ciała (np. obu rąk, obu stóp, obu kolan). To po prostu dobra praktyka, bo RZS jest chorobą układową, a nie problemem jednego, przypadkowego stawu. W praktyce technik radiologii powinien pamiętać, że zlecenie „stawy kolanowe w RZS” domyślnie oznacza projekcje AP i boczne obu kolan, z prawidłowym ułożeniem, centrowaniem i ochroną gonad, a nie ograniczanie się tylko do strony bardziej bolesnej.

Pytanie 22

Na obrazie TK klatki piersiowej w przekroju poprzecznym strzałką oznaczono

Ilustracja do pytania
A. oskrzele główne lewe.
B. oskrzele główne prawe.
C. aortę wstępującą.
D. aortę zstępującą.
Na przedstawionym przekroju poprzecznym TK klatki piersiowej strzałka wskazuje lewe oskrzele główne. W tomografii pamiętamy, że obrazy standardowo oglądamy w tzw. projekcji radiologicznej: tak jakby pacjent leżał na plecach, a my patrzymy od jego stóp w stronę głowy. Czyli prawa strona pacjenta jest po lewej stronie ekranu (oznaczona literą R), a lewa strona pacjenta – po prawej. To jest pierwszy klucz do poprawnego rozpoznawania struktur anatomicznych na TK. Lewe oskrzele główne odchodzi od tchawicy bardziej poziomo, jest dłuższe i przebiega pod łukiem aorty, kierując się w stronę lewego wnęki płuca. Na obrazie widać je jako strukturę o powietrznej gęstości (ciemną), otoczoną cienką ścianą, zlokalizowaną po stronie przeciwnej do oznaczenia R, tuż przy rozwidleniu tchawicy. Z mojego doświadczenia to jedno z klasycznych miejsc, które każdy technik i lekarz musi umieć „z marszu” zidentyfikować, bo od poprawnej orientacji w okolicy wnęk płucnych zależy m.in. prawidłowe ocenianie węzłów chłonnych śródpiersia, zmian nowotworowych czy ocena szerzenia się procesu zapalnego. W praktyce klinicznej, przy planowaniu bronchoskopii, zabiegów torakochirurgicznych albo przy ocenie naciekania guza płuca na oskrzele, dokładna znajomość przebiegu lewego oskrzela głównego jest absolutnie podstawowa. Dobre praktyki w diagnostyce obrazowej mówią, żeby zawsze zaczynać analizę TK klatki od ustalenia orientacji (R/L, przód/tył), potem identyfikować główne naczynia (aorta wstępująca, łuk, aorta zstępująca, pień płucny) i dopiero na tym tle lokalizować tchawicę i oskrzela. Dzięki temu dużo łatwiej odróżnić lewe oskrzele główne od struktur naczyniowych czy od prawego oskrzela, które jest krótsze, szersze i bardziej pionowe. W praktyce egzaminacyjnej takie zadania bardzo dobrze sprawdzają, czy ktoś naprawdę rozumie anatomię w obrazowaniu, a nie tylko „zgaduje z kształtu”.

Pytanie 23

Która sekwencja w obrazowaniu MR jest stosowana do uwidocznienia naczyń krwionośnych?

A. DWI
B. TOF
C. STIR
D. EPI
W obrazowaniu MR różne sekwencje są projektowane pod konkretne zadania i łatwo się pomylić, zwłaszcza gdy kojarzymy je tylko z nazw skrótowych. W pytaniu chodzi o sekwencję służącą typowo do uwidaczniania naczyń krwionośnych, czyli o technikę angiografii MR. Tę rolę pełni sekwencja TOF (Time-of-Flight), która wykorzystuje efekt napływu świeżej, niezsaturowanej krwi do objętości obrazowanej i dzięki temu naczynia są bardzo dobrze widoczne, zwykle jako jasne struktury na ciemniejszym tle tkanek. To jest w zasadzie standardowa technika MRA bez kontrastu, szczególnie w badaniach naczyń mózgowych i szyjnych. EPI, czyli Echo Planar Imaging, jest natomiast sekwencją bardzo szybką, używaną głównie w obrazowaniu funkcjonalnym (fMRI) oraz w sekwencjach dyfuzyjnych DWI. Daje duże pokrycie w krótkim czasie, ale ma sporo artefaktów zniekształcających obraz, dlatego nie jest typową sekwencją do precyzyjnego odwzorowania światła naczyń. Kto kojarzy EPI z „nowoczesnym” obrazowaniem, może odruchowo uznać ją za dobrą do wszystkiego, co jest po prostu pewnym skrótem myślowym, ale niestety błędnym. DWI (Diffusion Weighted Imaging) służy przede wszystkim do oceny dyfuzji wody w tkankach. Jest kluczowa np. w diagnostyce udaru niedokrwiennego mózgu, gdzie pokazuje ognisko świeżego zawału, ale to nie jest sekwencja, na której standardowo ocenia się sam przebieg naczyń. Owszem, zmiany naczyniowe pośrednio wpływają na obraz w DWI, ale nie zobaczymy tu tak wyraźnie światła tętnic jak w TOF. STIR (Short Tau Inversion Recovery) to sekwencja tłumiąca sygnał tłuszczu, bardzo przydatna np. w obrazowaniu układu kostno-stawowego, szpiku czy tkanek miękkich, gdy chcemy uwidocznić obrzęk, zmiany zapalne, nacieki. Nie jest natomiast projektowana do angiografii MR i nie daje takiego kontrastu między krwią w naczyniach a otoczeniem, jak specjalistyczne techniki przepływowe. Typowy błąd polega na tym, że kojarzymy nazwę sekwencji z jakimś „efektem specjalnym” (np. szybkość, tłumienie tłuszczu, dyfuzja) i zakładamy, że to będzie dobre też do naczyń. Tymczasem w praktyce klinicznej do oceny naczyń używa się wyspecjalizowanych protokołów MRA, a Time-of-Flight jest jednym z podstawowych rozwiązań, szczególnie gdy badanie ma być wykonane bez kontrastu.

Pytanie 24

Zarejestrowany na obrazie TK artefakt jest spowodowany

Ilustracja do pytania
A. wysokim stężeniem środka cieniującego.
B. metalowym implantem.
C. nieliniowym osłabieniem wiązki.
D. ruchem mimowolnym.
Prawidłowo powiązałeś obraz z obecnością metalowego implantu. Na przedstawionym skanie TK widoczny jest bardzo typowy artefakt metaliczny: centralny, ekstremalnie jasny obszar (wysoka gęstość, wartości HU wykraczające poza skalę) oraz promieniste smugi i pasma wychodzące na zewnątrz. To tzw. streak artifacts. Metal bardzo silnie pochłania promieniowanie rentgenowskie, przez co detektory rejestrują skrajne wartości sygnału, a algorytm rekonstrukcji obrazu „gubi się” i tworzy te charakterystyczne smugi. Z mojego doświadczenia, tak wygląda np. endoproteza, śruba kostna, proteza stawu, czasem klips naczyniowy – zawsze coś metalowego o dużej gęstości. W praktyce technik TK powinien od razu kojarzyć taki obraz z metalem w polu badania i wiedzieć, że może to istotnie utrudniać ocenę struktur sąsiednich. Standardem jest wtedy stosowanie technik redukcji artefaktów: odpowiednie ułożenie pacjenta, dobór wyższej kV, włączenie algorytmów MAR (Metal Artifact Reduction) w konsoli, czasem rekonstrukcja iteracyjna lub dual-energy CT. Warto pamiętać, że artefakty od ruchu wyglądają inaczej – dają rozmycie, podwójne kontury, ząbkowanie krawędzi, a nie ostre, promieniste smugi wychodzące z jednego bardzo gęstego punktu. Również wysoki kontrast jodowy zwykle nie powoduje aż tak dramatycznych smug, choć może dawać tzw. blooming. W nowoczesnych protokołach TK zawsze uwzględnia się obecność metalu, bo ma to wpływ na dawkę, jakość obrazu i sposób interpretacji – radiolog musi wiedzieć, że część zmian może być zwyczajnie „ukryta” w artefaktach metalicznych. Moim zdaniem to jedno z ważniejszych rozpoznań artefaktu, bo występuje bardzo często w praktyce szpitalnej, szczególnie na ortopedii i neurochirurgii.

Pytanie 25

Zamieszczone na ilustracji obrazy dotyczą badania

Ilustracja do pytania
A. densytometrycznego.
B. dopplerowskiego.
C. scyntygraficznego.
D. audiometrycznego.
Prawidłowo powiązałeś ilustrację z badaniem densytometrycznym. Na obrazie widać typowy wynik densytometrii kości biodrowej: po lewej stronie projekcję kości z zaznaczonymi prostokątami pomiarowymi, a po prawej kolorowy wykres gęstości mineralnej kości (BMD, bone mineral density) w funkcji wieku, z opisanymi strefami: normy, osteopenii i osteoporozy. To właśnie jest standardowy wydruk z aparatu DEXA (DXA – dual-energy X-ray absorptiometry), czyli złotego standardu w diagnostyce osteoporozy według zaleceń WHO i większości towarzystw osteologicznych. Densytometria wykorzystuje niskoenergetyczne promieniowanie rentgenowskie o dwóch różnych energiach i na podstawie stopnia pochłaniania promieniowania oblicza masę mineralną kości w g/cm². Kluczowe parametry to T-score i Z-score; na ilustracji widać skale T-score oraz zakresy kolorystyczne, co jest bardzo charakterystyczne właśnie dla tego badania. W praktyce badanie densytometryczne wykonuje się głównie w okolicy szyjki kości udowej i kręgosłupa lędźwiowego, czasem w obrębie przedramienia. Służy ono nie tylko do rozpoznawania osteoporozy, ale też do oceny ryzyka złamań, monitorowania skuteczności leczenia farmakologicznego oraz decyzji o włączeniu lub modyfikacji terapii. Z mojego punktu widzenia warto pamiętać, że przy prawidłowym wykonywaniu DEXA bardzo ważne jest prawidłowe ułożenie pacjenta, unikanie artefaktów (np. metal, guzki zwapniałe) oraz stosowanie się do protokołów kalibracji aparatu – od tego zależy wiarygodność wyniku. W dobrych pracowniach technik zawsze weryfikuje pozycjonowanie szyjki kości udowej i odpowiednie zaznaczenie ROI, dokładnie tak jak sugeruje pokazany obraz.

Pytanie 26

Który typ głowicy ultrasonograficznej przedstawiono na ilustracji?

Ilustracja do pytania
A. Sektorową.
B. Endokawitarną.
C. Konweksową.
D. Liniową.
Na ilustracji pokazano klasyczną głowicę liniową, co widać po jej prostym, wydłużonym, prostokątnym froncie roboczym. Powierzchnia kontaktu z ciałem jest płaska, a krawędź aktywna ma kształt linii – stąd właśnie nazwa „liniowa”. W takiej głowicy elementy piezoelektryczne są ułożone w jednej linii, a wiązka ultradźwiękowa jest wysyłana równolegle, co daje obraz o przekroju prostokątnym, z równą szerokością od powierzchni skóry aż w głąb. Moim zdaniem to jedna z najbardziej charakterystycznych sond i warto ją rozpoznawać „na pierwszy rzut oka”.
W praktyce klinicznej głowice liniowe wykorzystuje się głównie do badań struktur położonych płytko: tarczycy, naczyń (USG dopplerowskie tętnic szyjnych, żył kończyn dolnych), narządu ruchu (ścięgna, mięśnie, stawy), piersi, moszny czy badania tkanek podskórnych. Zwykle pracują na wyższych częstotliwościach, np. 7–15 MHz, co zapewnia bardzo dobrą rozdzielczość przestrzenną kosztem mniejszej głębokości penetracji. To zgodne z dobrymi praktykami – do tkanek powierzchownych wybieramy wysoką częstotliwość i właśnie sondę liniową. W wielu zaleceniach, np. w standardach badań naczyniowych, wyraźnie podkreśla się, że do oceny tętnic szyjnych i żył kończyn należy stosować głowice liniowe wysokoczęstotliwościowe, bo tylko one dają wystarczająco szczegółowy obraz ściany naczynia i zmian miażdżycowych. Z mojego doświadczenia w pracowniach USG to jest taka „sonda pierwszego wyboru” przy każdym badaniu, gdzie interesuje nas drobny detal anatomiczny tuż pod skórą, np. nerwy obwodowe, drobne guzy podskórne czy kontrole po zabiegach chirurgicznych. Rozpoznanie jej kształtu jest więc podstawową, ale bardzo praktyczną umiejętnością w diagnostyce ultrasonograficznej.

Pytanie 27

W pozytonowej emisyjnej tomografii komputerowej PET radioznacznik podawany jest pacjentowi najczęściej

A. doustnie.
B. doodbytniczo.
C. dożylnie.
D. domięśniowo.
W pozytonowej tomografii emisyjnej (PET) standardem klinicznym jest dożylne podanie radioznacznika, najczęściej w postaci radiofarmaceutyku 18F-FDG rozpuszczonego w roztworze fizjologicznym. Podanie dożylne zapewnia bardzo szybkie i przewidywalne dotarcie substancji do krwiobiegu, a następnie jej dystrybucję do tkanek zgodnie z ich metabolizmem glukozy czy innymi cechami biologicznymi. Dzięki temu personel może precyzyjnie kontrolować czas od podania do rozpoczęcia skanowania, co jest kluczowe dla jakości obrazów i porównywalności badań. W praktyce wygląda to podobnie jak zwykły wenflon na oddziale – zakłada się wkłucie obwodowe, podaje dawkę radiofarmaceutyku, a potem pacjent odpoczywa w wyciszonym pomieszczeniu, żeby dystrybucja była stabilna i bez zbędnej aktywności mięśniowej. Moim zdaniem ważne jest zapamiętanie, że PET to badanie funkcjonalne, a nie klasyczne obrazowanie anatomiczne, dlatego farmakokinetyka radioznacznika ma ogromne znaczenie. Drogę dożylną wybiera się też dlatego, że pozwala na dokładne obliczenie podanej aktywności w MBq na kilogram masy ciała, co jest wymagane przez wytyczne EANM i IAEA. Umożliwia to później prawidłową rekonstrukcję obrazu, obliczanie SUV (standardized uptake value) oraz porównywanie wyników między różnymi badaniami i ośrodkami. Dodatkowo podanie dożylne zmniejsza zmienność związaną z wchłanianiem z przewodu pokarmowego czy z mięśnia, co byłoby dużym problemem w tak czułej metodzie, jak PET. W wielu procedurach hybrydowych, np. PET/CT onkologiczne, ten schemat jest absolutnie dominujący i traktowany jako złoty standard postępowania.

Pytanie 28

Które środki kontrastujące wykorzystywane są w diagnostyce rezonansem magnetycznym?

A. Środki na bazie gadolinu.
B. Środki na bazie siarczanu baru.
C. Jodowe, nierozpuszczalne w wodzie.
D. Jodowe, rozpuszczalne w wodzie.
Prawidłowo – w diagnostyce rezonansem magnetycznym standardowo stosuje się paramagnetyczne środki kontrastujące na bazie gadolinu. Gadolinium samo w sobie jest silnie toksycznym metalem ciężkim, ale w kontrastach MR występuje w postaci chelatów, czyli związków kompleksowych, które wiążą jon gadolinu i dzięki temu znacznie zmniejszają jego toksyczność i poprawiają bezpieczeństwo kliniczne. Mechanizm działania takiego kontrastu jest inny niż w klasycznej radiologii: gadolin nie pochłania promieniowania rentgenowskiego, tylko skraca czasy relaksacji T1 (głównie) i T2 protonów wody w tkankach. W praktyce oznacza to, że struktury, które gromadzą gadolin, stają się jaśniejsze (hiperintensywne) na obrazach T1-zależnych. W codziennej pracy używa się go np. w diagnostyce guzów mózgu, zmian demielinizacyjnych w SM, ocenie zapalenia opon, w badaniach serca (blizna pozawałowa, kardiomiopatie) czy przy ocenie unaczynienia guzów wątroby i nerek. Moim zdaniem warto zapamiętać, że kontrast MR to przede wszystkim gadolin, a nie jod czy bar. Dobre praktyki mówią o konieczności oceny czynności nerek (eGFR) przed podaniem gadolinu, szczególnie u pacjentów z niewydolnością nerek, ze względu na ryzyko nefrogennego układowego zwłóknienia (NSF) przy starszych preparatach. Obecnie preferuje się tzw. środki makrocykliczne, które są bardziej stabilne chemicznie i uznawane za bezpieczniejsze. W MR stosuje się też specjalne protokoły dynamiczne po kontraście (np. badania wątroby, piersi), gdzie obserwuje się fazy wzmocnienia w czasie, co pomaga różnicować zmiany łagodne i złośliwe. W praktyce technika i lekarz opisujący zawsze powinni dobrać odpowiednią dawkę, sekwencje T1-zależne i czas podania, żeby wzmocnienie kontrastowe było maksymalnie diagnostyczne.

Pytanie 29

Ile razy i jak zmieni się wartość natężenia promieniowania X przy zwiększeniu odległości OF ze 100 cm do 200 cm?

A. Czterokrotnie się zwiększy.
B. Dwukrotnie się zmniejszy.
C. Czterokrotnie się zmniejszy.
D. Dwukrotnie się zwiększy.
Poprawna odpowiedź wynika bezpośrednio z tzw. prawa odwrotności kwadratu odległości. W diagnostyce rentgenowskiej przyjmuje się, że natężenie promieniowania X (a w praktyce: ilość fotonów docierających na jednostkę powierzchni, czyli ekspozycja) jest odwrotnie proporcjonalne do kwadratu odległości od ogniska lampy rentgenowskiej. Matematycznie zapisuje się to jako I ~ 1/d². Jeśli zwiększamy odległość ognisko–film/detektor (OF) z 100 cm do 200 cm, to odległość rośnie dwukrotnie, ale natężenie nie spada „tylko” dwa razy, tylko cztery razy, bo 2² = 4. Czyli promieniowanie na detektorze będzie czterokrotnie mniejsze. Moim zdaniem to jedno z kluczowych praw, które trzeba mieć w małym palcu w pracowni RTG. W praktyce oznacza to, że jeżeli z jakiegoś powodu musisz zwiększyć OF z 100 do 200 cm (np. przy zdjęciach klatki piersiowej wykonywanych w większej odległości, żeby zmniejszyć powiększenie serca i zniekształcenia geometryczne), to żeby utrzymać podobną gęstość optyczną obrazu, trzeba odpowiednio zwiększyć ładunek mAs mniej więcej czterokrotnie. Standardowe zalecenia w radiografii mówią wprost: podwojenie odległości wymaga około czterokrotnego zwiększenia mAs dla utrzymania ekspozycji. Jednocześnie, z punktu widzenia ochrony radiologicznej, zwiększenie odległości jest korzystne dla personelu – im dalej od źródła, tym mniejsze narażenie, dokładnie na tej samej zasadzie. Właśnie dlatego w dobrych praktykach BHP w radiologii podkreśla się zasadę „distance, shielding, time” – odległość jest jednym z podstawowych środków ochrony. Warto też pamiętać, że zmiana OF wpływa nie tylko na dawkę, ale i na parametry geometryczne obrazu (ostrość, powiększenie), więc technik zawsze musi łączyć fizykę promieniowania z wymaganiami jakości obrazu i zasadami ochrony pacjenta.

Pytanie 30

Co jest przyczyną artefaktu widocznego na obrazie MR?

Ilustracja do pytania
A. Pulsacyjny przepływ krwi.
B. Ruch narządu lub pacjenta.
C. Zjawisko zaniku sygnału.
D. Zjawisko zawijania fazy.
Prawidłowo wskazany został ruch narządu lub pacjenta jako przyczyna widocznego artefaktu. W badaniach MR oko, gałki oczne, język, żuchwa, a nawet drobne drżenia głowy bardzo łatwo „psują” obraz, bo sekwencje są stosunkowo długie i sygnał z kolejnych linii k‑przestrzeni zbierany jest w czasie. Jeśli w trakcie akwizycji pacjent poruszy głową albo np. mrugnie, informacje z różnych momentów zostają nałożone na siebie i rekonstrukcja obrazu daje charakterystyczne rozmycia, podwójne kontury, przesunięcia czy „smugi” w kierunku kodowania fazy. Na prezentowanym przekroju przez oczodoły widać typowy obraz – struktury nie są ostre, brzegi są jakby „pociągnięte”, co nie wygląda ani na zanik sygnału, ani na klasyczne zawijanie fazy. W praktyce, zgodnie z dobrymi standardami pracowni MR, zawsze dąży się do minimalizacji ruchu: dokładne unieruchomienie głowy (podkładki, maski, pianki), jasne instrukcje dla pacjenta, krótsze sekwencje, techniki motion‑correction, a w badaniach u dzieci czasem sedacja zgodnie z procedurami anestezjologicznymi. Moim zdaniem kluczowe jest też spokojne wytłumaczenie pacjentowi, dlaczego musi leżeć nieruchomo – to naprawdę robi różnicę. W opisie badania warto wspomnieć o obecności artefaktów ruchowych, bo mogą one ograniczać wiarygodność oceny np. nerwów wzrokowych czy struktur tylnego dołu. Z perspektywy technika dobrze jest od razu, na konsoli, krytycznie ocenić jakość obrazów i w razie wyraźnych artefaktów rozważyć powtórzenie wybranych sekwencji, zamiast oddawać badanie z mocno zniekształconym obrazem.

Pytanie 31

W standardowym badaniu elektrokardiologicznym elektrodę C4 należy umocować

A. w IV międzyżebrzu przy prawym brzegu mostka.
B. w IV międzyżebrzu przy lewym brzegu mostka.
C. w V międzyżebrzu w linii środkowo-obojczykowej lewej.
D. w połowie odległości między punktem C2 i C4.
W rozmieszczeniu elektrod przedsercowych w EKG łatwo pomylić się, bo punkty anatomiczne są do siebie relatywnie blisko, a oznaczenia V1–V6 lub C1–C6 bywają mylące. Podstawą jest jednak trzymanie się ściśle opisanych w wytycznych lokalizacji, bo każde przesunięcie zmienia obraz elektryczny serca rejestrowany przez aparat. Wiele osób intuicyjnie próbuje „uśredniać” położenie elektrod, na przykład umieszczając je w połowie drogi między dwiema innymi. To podejście kusi, zwłaszcza kiedy ktoś myśli kategoriami geometrii na klatce piersiowej, ale w EKG tak się nie robi. Punkt dla elektrody V3 rzeczywiście znajduje się pomiędzy V2 i V4, natomiast C4/V4 to konkretny, samodzielny punkt – nie umieszcza się go w połowie odległości między jakimikolwiek innymi elektrodami. To jest typowy błąd: pomylenie roli V3 z lokalizacją V4. Kolejna pułapka to mylenie poziomu żeber. IV międzyżebrze przy lewym brzegu mostka to klasyczne miejsce dla V2, a nie dla V4. Jeżeli elektrodę C4/V4 przykleimy tam, gdzie powinna być V2, uzyskamy obraz przesunięty bardziej ku przegrodzie i podstawie serca, przez co koniuszek i ściana przednia będą reprezentowane nieprawidłowo. To może dawać mylące wrażenie innej osi serca lub maskować wczesne zmiany niedokrwienne. Podobnie IV międzyżebrze przy prawym brzegu mostka to lokalizacja V1. Ta elektroda „patrzy” na prawą komorę i przegrodę, więc zamiana jej miejsca z V4/C4 kompletnie wypacza układ przedsercowy. W praktyce klinicznej takie przesunięcia prowadzą czasem do kuriozalnych opisów: np. „nietypowe uniesienie ST w V1–V2”, które tak naprawdę wynika tylko z błędnego położenia elektrod. Typowy błąd myślowy polega na tym, że ktoś uważa: „skoro wszystkie elektrody są na klatce piersiowej, to centymetr w tę czy w tamtą nie zrobi różnicy”. Niestety w EKG robi i to sporą. Dlatego w dobrych praktykach diagnostyki elektromedycznej zawsze podkreśla się: najpierw dokładna identyfikacja żeber i linii anatomicznych (mostek, linia środkowo‑obojczykowa, linie pachowe), dopiero potem przyklejanie elektrod. Utrzymywanie standaryzacji pozycji jest kluczowe, żeby zapis z dzisiaj dało się wiarygodnie porównać z zapisem sprzed tygodnia czy roku, a także z normami populacyjnymi.

Pytanie 32

Które informacje należy zamieścić na strzykawce z radiofarmaceutykiem przygotowanym przez technika elektroradiologa?

A. Czas okresu inkubacji, radioaktywność, inicjały technika.
B. Czas okresu inkubacji, stężenie, inicjały technika.
C. Typ radiofarmaceutyku, radioaktywność, godzina przygotowania.
D. Typ radiofarmaceutyku, stężenie, godzina przygotowania.
Poprawnie wskazany zestaw informacji na etykiecie strzykawki z radiofarmaceutykiem – typ radiofarmaceutyku, radioaktywność i godzina przygotowania – wynika bezpośrednio z praktyki medycyny nuklearnej i zasad bezpieczeństwa radiologicznego. Typ radiofarmaceutyku (np. 99mTc-MDP, 99mTc-DTPA, 18F-FDG) pozwala jednoznacznie zidentyfikować, co dokładnie podajemy pacjentowi i do jakiego badania jest to przeznaczone. To ważne, bo inne radiofarmaceutyki mają różne wskazania, drogi podania, rozkład w organizmie i dawki. Radioaktywność (najczęściej w MBq) jest kluczowa, bo na jej podstawie technik i lekarz oceniają, czy dawka podawana pacjentowi jest zgodna z protokołem i z zasadą ALARA. Dzięki temu można też przeliczyć dawkę, jeśli podanie następuje po pewnym czasie od przygotowania i trzeba uwzględnić fizyczny czas połowicznego zaniku. Godzina przygotowania jest potrzebna właśnie do tego, żeby skorygować aktywność z uwzględnieniem rozpadu promieniotwórczego i mieć pewność, że w momencie iniekcji aktywność mieści się w założonym zakresie. W praktyce w pracowniach medycyny nuklearnej przyjęte jest, że etykieta na strzykawce zawiera minimum: nazwę radiofarmaceutyku, aktywność przeliczoną na konkretną godzinę odniesienia (czas kalibracji) oraz tę godzinę. Często dodaje się też dane pacjenta lub numer zlecenia, ale to już zależy od procedur wewnętrznych. Moim zdaniem warto od razu wyrabiać sobie nawyk patrzenia na etykietę pod kątem tych trzech rzeczy: co to jest, ile MBq i kiedy przygotowane – bo to realnie wpływa na jakość badania i bezpieczeństwo pacjenta.

Pytanie 33

Które zaburzenie rytmu serca zarejestrowano na elektrokardiogramie?

Ilustracja do pytania
A. Blok prawej odnogi pęczka Hisa.
B. Częstoskurcz komorowy.
C. Blok przedsionkowo-komorowy.
D. Migotanie przedsionków.
Na zapisanym EKG widać typowy obraz częstoskurczu komorowego: szerokie, zniekształcone zespoły QRS (>120 ms), bardzo szybka i regularna akcja serca oraz brak wyraźnych, poprzedzających je załamków P. Kompleksy mają jednolity, „monomorficzny” kształt, co sugeruje ognisko arytmii w jednym, stałym miejscu w mięśniu komór. Moim zdaniem to jest jeden z tych zapisów, które warto mieć „w pamięci wzrokowej” – jak tylko zobaczysz taką serię szerokich, szybkich QRS-ów, od razu powinna zapalić się lampka: VT, stan zagrożenia życia. W praktyce klinicznej częstoskurcz komorowy jest najczęściej związany z chorobą niedokrwienną serca, blizną pozawałową, kardiomiopatiami albo ciężkimi zaburzeniami elektrolitowymi (np. hipokaliemia). Standardy postępowania (np. wytyczne ERC i ESC) podkreślają, że przy niestabilnym hemodynamicznie VT podstawą leczenia jest natychmiastowa kardiowersja elektryczna zsynchronizowana. Jeśli pacjent jest stabilny, stosuje się leki antyarytmiczne, np. amiodaron, czasem lidokainę. W diagnostyce EKG bardzo pomaga zasada: szybki rytm z szerokimi QRS traktujemy jak VT, dopóki nie udowodnimy, że to coś innego – to podejście zwiększa bezpieczeństwo pacjenta. W pracy technika wykonującego EKG ważne jest szybkie rozpoznanie takiego obrazu, natychmiastowe poinformowanie lekarza i zadbanie o poprawną kalibrację zapisu, bo na ostrym dyżurze liczy się każda sekunda. Dobrą praktyką jest też opisanie na wydruku: „podejrzenie VT” – ułatwia to komunikację w zespole.

Pytanie 34

W badaniu EEG w systemie „10-20” elektrody w okolicy skroniowej oznaczone są literą

A. T
B. F
C. P
D. O
Prawidłowo – w klasycznym systemie „10–20” do opisu elektrod w okolicy skroniowej używa się litery T, od angielskiego „temporal”. Jest to standard międzynarodowy, stosowany w pracowniach EEG na całym świecie, więc warto go mieć w małym palcu. Elektrody skroniowe to m.in. T3, T4, T5, T6 w starszej nomenklaturze, a w nowszej – odpowiednio T7, T8, P7, P8, ale litera T cały czas oznacza region skroniowy. Cyfra parzysta zawsze odnosi się do półkuli prawej, a nieparzysta do lewej, a litera określa płat mózgu: F – czołowy (frontal), C – centralny, P – ciemieniowy (parietal), O – potyliczny (occipital), a właśnie T – skroniowy (temporal). Z mojego doświadczenia w pracowni EEG, szybkie i pewne kojarzenie tych oznaczeń bardzo ułatwia zarówno prawidłowe rozmieszczenie elektrod na głowie, jak i późniejszą interpretację zapisu, szczególnie w diagnostyce padaczek skroniowych, napadów częściowych czy zmian pourazowych. W praktyce, jeżeli w opisie badania EEG pojawia się np. „zmiany napadowe w okolicy T3–T5”, od razu wiadomo, że chodzi o lewą okolicę skroniową, często z zajęciem tylnych rejonów tego płata. Dobra znajomość systemu 10–20 jest też wymagana w standardach szkoleniowych techników EEG i neurofizjologii klinicznej, bo od poprawnego rozmieszczenia elektrod zależy wiarygodność badania. Moim zdaniem to jest taki absolutny fundament – jak alfabet w czytaniu – bez tego każda dalsza interpretacja EEG robi się mocno niepewna.

Pytanie 35

Wskaż przyczynę powstania artefaktu widocznego na obrazie MR.

Ilustracja do pytania
A. Niejednorodność pola magnetycznego.
B. Wymiary obiektu przekroczyły pole widzenia.
C. Nieprawidłowa kalibracja aparatu.
D. Błędny dobór cewki gradientowej.
Prawidłowo powiązałeś artefakt z przekroczeniem pola widzenia (FOV) przez obrazowany obiekt. Na pokazanym obrazie MR mózgowia widać typowy przykład tzw. wrap-around albo aliasingu: struktury anatomiczne, które „nie mieszczą się” w zadanym polu widzenia, są składane z powrotem na przeciwległą krawędź obrazu. Dzieje się tak, bo system MR próbuje przypisać sygnał z obszaru poza FOV do najbliższej pozycji wynikającej z zakresu próbkowania w przestrzeni k‑przestrzeni. W praktyce wygląda to tak, że np. część tkanek z przodu lub z tyłu głowy pojawia się jakby „nad” mózgiem albo w innym nielogicznym miejscu przekroju. Z mojego doświadczenia, przy głowie ten artefakt widzi się dość często, gdy technik ustawi zbyt małe FOV w kierunku fazowym, bo chce poprawić rozdzielczość albo skrócić czas badania. Standardową dobrą praktyką jest tak dobrać FOV i kierunek kodowania fazy, żeby całe ciało pacjenta w danym przekroju znajdowało się wewnątrz pola widzenia, albo zastosować techniki antyaliasingowe (np. oversampling w kierunku fazowym, no phase wrap, sat bandy). W opisach MR radiolodzy zwracają uwagę, czy artefakt aliasingu nie maskuje istotnych struktur, zwłaszcza w okolicy czaszki, kręgosłupa szyjnego i kończyn. W codziennej pracy technika jest to też kwestia komfortu – jak FOV jest za małe, badanie często trzeba powtarzać, co wydłuża czas i irytuje pacjenta. Dlatego warto odruchowo sprawdzać, czy głowa, brzuch czy inny badany obszar naprawdę mieści się w polu widzenia w obu kierunkach kodowania.

Pytanie 36

Zamieszczone badanie elektrokardiograficzne wykazało u pacjenta

Ilustracja do pytania
A. niemiaro­wość zatokową.
B. migotanie przedsionków.
C. ekstrasystolię nadkomorową.
D. migotanie komór.
Na tym zapisie EKG łatwo pomylić migotanie przedsionków z innymi zaburzeniami rytmu, szczególnie jeśli patrzy się tylko na pojedyncze fragmenty, a nie na cały obraz. Jednym z częstych błędów jest uznanie, że widoczna jest ekstrasystolia nadkomorowa. W przypadku pojedynczych pobudzeń nadkomorowych mamy jednak wyraźnie dominujący rytm podstawowy (najczęściej zatokowy), z prawidłowymi załamkami P i w miarę równymi odstępami RR, a co jakiś czas pojawia się „wcześniejszy” zespół QRS, często z nieco zmienionym załamkiem P lub bez niego. Na pokazanym EKG nie ma takiego dominującego, uporządkowanego rytmu – wszystkie odstępy RR są nieregularne, a to już wyklucza prostą ekstrasystolię. Drugi typowy trop to niemiarowość zatokowa. W rytmie zatokowym zawsze widzimy wyraźne, dodatnie załamki P przed każdym zespołem QRS, o podobnym kształcie, z zachowaną kolejnością P–QRS–T. Niemiarowość polega wtedy na stopniowych zmianach odstępów RR, najczęściej związanych z fazą oddechu, ale struktura załamków pozostaje zachowana. Tutaj brakuje klasycznych załamków P – zamiast nich w linii izoelektrycznej są drobne, nieregularne fale, a zmiany RR są chaotyczne, nie „płynne”. To już nie pasuje do prostego rytmu zatokowego z oddechową niemiarowością. Trzecie błędne skojarzenie to migotanie komór. W migotaniu komór zapis wygląda dramatycznie inaczej: nie ma w ogóle rozpoznawalnych zespołów QRS, tylko nieregularne, szerokie, zmienne co do amplitudy i częstotliwości fale – zapis jest zupełnie „bezkształtny” i odpowiada nagłemu zatrzymaniu krążenia. Na naszym EKG zespoły QRS są wyraźne, stosunkowo wąskie i powtarzalne, co jednoznacznie wyklucza VF. Typowym błędem myślowym jest skupianie się tylko na samej niemiarowości i automatyczne przypisanie jej do „niemiaro­wości zatokowej”, bez sprawdzenia, czy załamki P w ogóle występują i czy zachowana jest prawidłowa sekwencja przewodzenia. Dobra praktyka w diagnostyce EKG to zawsze systematyczne przejście: obecność i kształt załamków P, zależność P–QRS, szerokość QRS, regularność RR. Jeśli tego się trzymamy, dużo łatwiej uniknąć takich pomyłek.

Pytanie 37

Teleradioterapia 4D na etapie planowania leczenia wykorzystuje obrazy

A. klasycznej rentgenografii, wykonane w fazie oddechowej.
B. klasycznej rentgenografii, wykonane przy wstrzymanym oddechu.
C. tomografii komputerowej, wykonane w fazie oddechowej.
D. tomografii komputerowej, wykonane przy wstrzymanym oddechu.
Kluczowy problem w tym pytaniu polega na zrozumieniu, czym w ogóle jest teleradioterapia 4D i po co się ją stosuje. Cała koncepcja radioterapii 4D opiera się na uwzględnieniu ruchu guza i narządów krytycznych w czasie, głównie ruchu oddechowego. Jeżeli użyjemy obrazu, który ten ruch „zamraża” albo w ogóle go nie pokazuje, to tracimy podstawową przewagę tej techniki. Dlatego bazowanie na klasycznej rentgenografii jest po prostu niewystarczające. Zdjęcie RTG to dwuwymiarowa projekcja, bez informacji o głębokości, o objętości guza i bez możliwości dokładnego wyznaczenia struktur trójwymiarowych. W planowaniu radioterapii, a tym bardziej 4D, wymagany jest pełny obraz 3D, który zapewnia właśnie tomografia komputerowa. Rentgenografia może być przydatna co najwyżej do weryfikacji położenia pacjenta (np. portal images, kV images), ale nie jako baza do planu 4D. Kolejny częsty błąd to przekonanie, że wstrzymany oddech jest automatycznie „lepszy”, bo wszystko się mniej rusza. Faktycznie stosuje się techniki breath-hold (np. DIBH w leczeniu piersi), ale to jest inny koncept niż radioterapia 4D. Wstrzymany oddech daje nam jedną ustaloną pozycję guza i narządów, więc z założenia nie odwzorowuje pełnego cyklu oddechowego. Radioterapia 4D ma właśnie ten ruch pokazać i opisać, a nie go wyeliminować. Dlatego obraz TK przy wstrzymanym oddechu może być fajny do zmniejszenia marginesów w klasycznym 3D/IMRT/VMAT, ale nie spełnia idei 4D. Typowym błędem myślowym jest też mieszanie pojęć: ktoś wie, że TK jest złotym standardem w planowaniu i że kontrola oddechu jest ważna, więc łączy to w jedną koncepcję, wybierając tomografię przy wstrzymanym oddechu. Tymczasem w 4D potrzebujemy całej serii obrazów w różnych fazach oddechowych, zsynchronizowanych z sygnałem oddechowym pacjenta. Stąd poprawna odpowiedź to tomografia komputerowa wykonana w fazach oddechowych, czyli 4D CT. To jest zgodne z nowoczesnymi wytycznymi radioterapii, gdzie dąży się do jak najlepszego odwzorowania dynamiki ruchu guza, a nie tylko jego pojedynczej pozycji.

Pytanie 38

Która metoda diagnostyczna służy do określenia gęstości minerału kostnego w ujęciu objętościowym g/cm³?

A. Ilościowa tomografia komputerowa.
B. Absorpcjometria pojedynczej energii promieniowania rentgenowskiego.
C. Absorpcjometria podwójnej energii promieniowania rentgenowskiego.
D. Ilościowa metoda ultradźwiękowa.
W tym pytaniu łatwo się złapać na skojarzeniach z klasyczną densytometrią, bo większość osób od razu myśli o DXA jako o „badaniu gęstości kości”. Trzeba jednak rozróżnić dwie rzeczy: pomiar powierzchniowy (arealny) w g/cm² i pomiar objętościowy w g/cm³. W metodach opartych na promieniowaniu rentgenowskim w projekcji 2D, takich jak absorpcjometria podwójnej energii (DXA) czy pojedynczej energii, wynik jest de facto gęstością masy na powierzchnię, a nie na objętość. To jest bardzo przydatne klinicznie, bo na DXA opierają się oficjalne kryteria rozpoznawania osteoporozy (T-score według WHO), ale fizycznie nie jest to gęstość objętościowa. DXA (podwójna energia) wykorzystuje dwa widma energii promieniowania, co pozwala odróżnić kość od tkanek miękkich i uzyskać precyzyjny pomiar BMD, lecz nadal jest to wartość przeliczona na cm², wynikająca z projekcyjnego charakteru badania. Jednoenergetyczna absorpcjometria rentgenowska to starsza, mniej dokładna technika, historycznie stosowana głównie w badaniach obwodowych (nadgarstek, pięta). Ona także opiera się na projekcji 2D i nie daje wiarygodnej gęstości w g/cm³. Wiele osób intuicyjnie zakłada, że skoro jest „absorpcjometria”, to musi oznaczać bezpośredni pomiar gęstości fizycznej, ale to jest właśnie typowy błąd myślowy: mylenie gęstości mineralnej w sensie klinicznym (BMD arealna) z gęstością objętościową. Z kolei ilościowa metoda ultradźwiękowa w ogóle nie mierzy gęstości w jednostkach g/cm³. W ultrasonografii ilościowej analizuje się prędkość rozchodzenia się fali w kości i tłumienie (BUA – Broadband Ultrasound Attenuation). Na tej podstawie szacuje się jakość kości, ryzyko złamań i pośrednio strukturę beleczkową, ale wynik jest podawany w jednostkach charakterystycznych dla ultradźwięków, nie w standardowych jednostkach gęstości masowej. Z mojego doświadczenia sporo osób myśli, że „ilościowa” = „absolutna w g/cm³”, co też jest mylące. Jedyną z wymienionych metod, która naprawdę potrafi wyznaczyć gęstość mineralną w ujęciu objętościowym, jest ilościowa tomografia komputerowa, ponieważ wykorzystuje obrazowanie 3D i kalibrację z fantomem referencyjnym, a wynik odnosi do objętości tkanki kostnej. To właśnie różni QCT od metod projekcyjnych i ultradźwiękowych i dlatego pozostałe odpowiedzi, choć brzmią sensownie, nie spełniają kryterium pomiaru w g/cm³.

Pytanie 39

Pracownia radioterapii z przyspieszaczem liniowym jest obszarem

A. nadzorowanym.
B. izolowanym.
C. kontrolowanym.
D. ograniczonym.
W radioterapii z użyciem przyspieszacza liniowego łatwo pomylić pojęcia związane z klasyfikacją stref pracy z promieniowaniem, bo nazwy brzmią podobnie, a w praktyce klinicznej używa się ich czasem trochę „na skróty”. Warto to sobie dobrze poukładać, bo od tego zależy poprawne projektowanie osłon, organizacja pracy i bezpieczeństwo personelu oraz pacjentów. Określenie „obszar izolowany” nie jest standardowym terminem w ochronie radiologicznej. Kojarzy się raczej z izolacją epidemiologiczną, pomieszczeniami sterylnymi czy strefami o kontrolowanej czystości mikrobiologicznej. W pracowni z przyspieszaczem liniowym najważniejsze jest nie odizolowanie kogokolwiek „od świata”, ale takie zaprojektowanie osłon betonowych, ołowianych, drzwi i przepustów technicznych, żeby promieniowanie rozproszone i przenikliwe nie wychodziło poza dopuszczalne poziomy dawek. Z mojego doświadczenia używanie pojęcia „izolowany” w kontekście promieniowania tylko zaciemnia obraz i nie pomaga w zrozumieniu wymogów prawnych. Pojęcie „obszar ograniczony” też bywa mylące. Każda pracownia radioterapii ma w pewnym sensie ograniczony dostęp, bo nie wpuszcza się tam osób z ulicy, ale w przepisach ochrony radiologicznej kluczowe są pojęcia „nadzorowany” i „kontrolowany”. Sam fakt, że trzeba zapukać do drzwi albo mieć przepustkę, nie definiuje jeszcze kategorii radiologicznej. Liczy się poziom możliwego narażenia, wyniki obliczeń osłonnych, częstość przebywania osób w danym miejscu i wyniki pomiarów dozymetrycznych. Częsty błąd polega też na automatycznym zakładaniu, że skoro w danym miejscu stoi przyspieszacz liniowy, to musi to być obszar kontrolowany. Tymczasem obszar kontrolowany zarezerwowany jest zwykle dla stref, gdzie potencjalne dawki mogą być wyższe i wymagają zaostrzonego reżimu: ścisłej kontroli wejść, obowiązkowego stosowania indywidualnych środków ochrony, rygorystycznej ewidencji dawek, szczególnych procedur pracy. Dobrze zaprojektowany bunkier akceleratora, z prawidłowo dobraną grubością osłon i odpowiednim układem pomieszczeń, bardzo często kwalifikuje się jako obszar nadzorowany, bo dawki poza polem napromieniania i za ścianami są już stosunkowo niskie. Typowym błędem myślowym jest skupianie się na samym fakcie obecności źródła promieniowania, a nie na realnych poziomach narażenia, które wynika z mocy dawki, czasu pracy urządzenia, odległości i skuteczności osłon. Dlatego w radioterapii mówi się, że kluczowe jest nie tylko urządzenie, ale cały system ochrony radiologicznej: projekt, pomiary odbiorcze, okresowa kontrola, aktualizacja oceny ryzyka. Właściwa klasyfikacja jako obszar nadzorowany pomaga dobrać adekwatne procedury i nie przesadzać ani w jedną, ani w drugą stronę – ani nie bagatelizować zagrożenia, ani nie wprowadzać nieuzasadnionych ograniczeń, które utrudniają normalną pracę zespołu.

Pytanie 40

Którą strukturę anatomiczną zaznaczono na radiogramie stawu kolanowego?

Ilustracja do pytania
A. Nadkłykieć przyśrodkowy.
B. Nadkłykieć boczny.
C. Kłykieć boczny.
D. Kłykieć przyśrodkowy.
Na radiogramie w projekcji AP widoczny jest staw kolanowy, a strzałka wskazuje na wystającą ponad powierzchnię stawową część dalszej kości udowej po stronie przyśrodkowej. To właśnie nadkłykieć przyśrodkowy kości udowej. Nadkłykcie są zlokalizowane powyżej kłykci – są bardziej wyniosłe, służą głównie jako miejsca przyczepu więzadeł i mięśni, a nie jako część bezpośrednio tworząca powierzchnię stawową. Na zdjęciu dobrze widać, że zaznaczona struktura leży ponad przyśrodkowym przedziałem szczeliny stawowej, a jej zarys nie wchodzi w obręb powierzchni stawowej – to typowy obraz nadkłykcia.
W praktyce klinicznej prawidłowe rozróżnienie kłykci i nadkłykci ma znaczenie np. przy opisie złamań (wg standardów AO, przy kwalifikacji do leczenia operacyjnego) czy przy planowaniu dostępu chirurgicznego w endoprotezoplastyce kolana. Nadkłykieć przyśrodkowy jest miejscem przyczepu m.in. więzadła pobocznego piszczelowego, dlatego jego uszkodzenia mogą być związane z niestabilnością przyśrodkową stawu kolanowego. W opisach radiologicznych zgodnych z dobrymi praktykami (np. zalecenia towarzystw radiologicznych) zawsze podaje się, czy zmiana obejmuje kłykieć, czy nadkłykieć, bo od tego zależy zarówno biomechanika stawu, jak i ryzyko wtórnej choroby zwyrodnieniowej. Moim zdaniem warto sobie nawykowo na każdym RTG kolana „od góry do dołu” nazwać: nadkłykcie, kłykcie, powierzchnię stawową, szczelinę stawową i nasadę kości piszczelowej – wtedy takie pytania robią się naprawdę proste i bardzo praktyczne na dyżurze czy w pracowni RTG.