Odpowiedź 61 mm jest poprawna, bo przy produkcji fryzów bukowych o określonych wymiarach brutto trzeba uwzględnić bardzo konkretne straty podczas procesu suszenia i obróbki. Drewno bukowe w stanie mokrym zawiera dużo wody, która podczas suszenia odparowuje. Skurcz drewna, szczególnie w kierunku grubości, jest naprawdę zauważalny – czasem aż do kilku procent. Jeżeli zamawiamy fryzy o grubości 57 mm, to musimy wziąć pod uwagę, że po wysuszeniu i obróbce wymiary się zmniejszą. Fachowcy zawsze kalkulują tzw. naddatki na obróbkę i skurcz – w przypadku bukowca przyjmuje się, że z surowca o grubości ok. 61 mm uzyskamy po suszeniu i struganiu odpowiedni wymiar finalny 57 mm. Stosuje się tu normy takie jak PN-D-94021, które jasno opisują minimalne grubości tarcicy mokrej dla konkretnego wymiaru gotowego. Praktyka pokazuje, że próba zastosowania mniejszego przekroju kończy się niedoróbkami i odrzutami, bo drewno pęka, krzywi się albo po prostu nie jest możliwe do wyprowadzenia na odpowiedni wymiar. Moim zdaniem, lepiej zawsze mieć ten naddatek niż potem walczyć z reklamą czy reklamacją produktu. To taki typowy przypadek, gdzie technologia idzie w parze z praktyką stolarską – twarde dane, ale i życiowe doświadczenie. Warto zapamiętać, że nie tylko buk, ale każdy gatunek drewna ma swoje charakterystyczne wartości skurczu – dla buka te 61 mm to naprawdę wynik wielu lat doświadczeń i norm branżowych.
Bardzo często przy planowaniu produkcji drewnianych fryzów pojawia się pokusa, by zastosować jak najcieńszą tarcicę w stanie mokrym, bo wydaje się, że to oszczędność materiału i pieniędzy. Jednak podejście to jest mylące, bo nie bierze pod uwagę rzeczywistych strat podczas suszenia i dalszej obróbki. Przykładowo – wybierając grubość 53 mm, można odnieść wrażenie, że po odparowaniu wody i delikatnym przetarciu uzyska się pożądane 57 mm, ale fizyka drewna mówi coś zupełnie innego. Drewno bukowe charakteryzuje się sporym skurczem – i to nie tylko wzdłuż długości, ale przede wszystkim w grubości. Jeśli wybierzemy zbyt cienką tarcicę, po wysuszeniu okaże się, że brakuje kilku milimetrów do wymiaru, a cały materiał idzie do odrzutu. Z kolei wybór grubości 60 mm wydaje się „prawie dobry”, ale normy i wieloletnia praktyka potwierdzają, że to wciąż za mało – już po pierwszym suszeniu i obróbce może zabraknąć tego jednego, kluczowego milimetra. W branży stolarskiej to prawdziwa różnica, bo każda odchyłka wymiarowa oznacza kłopoty na etapie montażu lub finalnej kontroli jakości. Inna sprawa to odpowiedź 128 mm – tu chyba ktoś pomylił grubość z szerokością lub długością, bo taki wymiar nie ma żadnego uzasadnienia technologicznego i prowadzi do niepotrzebnych strat materiału, kosztów i problemów z dalszą obróbką. Moim zdaniem, takie błędne założenia wynikają głównie z nieznajomości norm lub nieuwzględniania naddatków technologicznych, co w praktyce jest częstym problemem początkujących stolarzy. Warto pamiętać, że w technice drewna nic nie dzieje się „na styk”, a każde niedoszacowanie kończy się stratami. Standardy takie jak PN-D-94021 jasno określają te wartości i przestrzeganie ich naprawdę się opłaca.