Wybór wkładki o większej średnicy dźwiękowodu jest tutaj jak najbardziej logiczny i zgodny z praktyką protetyki słuchu. Większa średnica kanału dźwiękowego oznacza mniejsze tłumienie sygnału akustycznego, szczególnie w zakresie wyższych częstotliwości, które i tak są najbardziej „wrażliwe” na wszelkie zwężenia, nieszczelności i zmiany geometrii. Mówiąc prościej: szerszy dźwiękowód działa jak lepszy przewód akustyczny, mniej gubi energię w paśmie wysokotonowym. Z mojego doświadczenia, przy aparatach BTE i klasycznych wkładkach indywidualnych, zmiana średnicy dźwiękowodu potrafi dać odczuwalny wzrost wzmocnienia powyżej 2–3 kHz bez konieczności dalszego podkręcania ustawień w oprogramowaniu. Ma to znaczenie zwłaszcza u pacjentów z typowym niedosłuchem wysokoczęstotliwościowym, gdzie brakuje rozumienia spółgłosek szczelinowych, typu /s/, /ś/, /f/, /sz/. Standardowe zalecenia dopasowania (NAL-NL2, DSL) też zakładają, że akustyczne sprzężenie ucho–aparat musi być zoptymalizowane, a średnica dźwiękowodu jest jednym z kluczowych parametrów. W praktyce dobrych gabinetów protetycznych często robi się tak: jeśli aparat jest już „na limicie” wzmocnienia, a brakuje jeszcze trochę wysokich tonów, to zamiast na siłę zwiększać MPO czy kompresję, sprawdza się właśnie rozwiązania otoplastyczne – w tym zmianę średnicy dźwiękowodu. Oczywiście trzeba uważać na możliwość sprzężenia zwrotnego, ale przy właściwym dopasowaniu i kontroli na pomiarach REM z użyciem sondy w uchu, większa średnica dźwiękowodu daje bardzo sensowną poprawę transmisji wysokich częstotliwości, bez psucia komfortu i bez nadmiernego hałasowania aparatu.
To pytanie dość sprytnie miesza różne typy wierceń i rozwiązań wentylacyjnych, które kojarzą się z akustyką wkładki, ale nie wszystkie realnie podnoszą wzmocnienie w zakresie wysokich częstotliwości. Intuicyjnie wiele osób myśli: więcej otworów, więcej „przewiewu”, to pewnie i więcej wysokich tonów. W praktyce jest często odwrotnie – otwory wentylacyjne i dodatkowe wiercenia raczej rozładowują ciśnienie akustyczne w uchu i zmniejszają efektywne wzmocnienie, zwłaszcza w górnym paśmie. Wiercenia typu Y oraz wiercenia równoległe są stosowane głównie po to, żeby poprawić komfort noszenia, zmniejszyć efekt okluzji, czasem trochę wygładzić charakterystykę przenoszenia w niższych częstotliwościach. Nie są to rozwiązania projektowane jako „booster” dla wysokich tonów, tylko jako sposób na kontrolę rezonansów i ciśnienia w przewodzie słuchowym. Jeśli zaczniemy wprowadzać dodatkowe kanały w wkładce, część energii akustycznej – szczególnie w średnim i wysokim paśmie – po prostu ucieka, zamiast być sprawnie doprowadzona do błony bębenkowej. Podobnie z otworem wentylacyjnym typu Vario-Ventil: jego główna rola to regulowana wentylacja ucha, redukcja efektu okluzji oraz poprawa komfortu przy dłuższym noszeniu aparatu. Moim zdaniem to bardzo fajne rozwiązanie dla osób wrażliwych na własny głos czy uczucie zatkania, ale z punktu widzenia wzmocnienia wysokich częstotliwości jest to raczej kompromis niż zysk. Im większa i bardziej „aktywna” wentylacja, tym mniejsze akustyczne uszczelnienie i tym większa utrata wzmocnienia, przede wszystkim w wyższych częstotliwościach. Typowy błąd myślowy polega na utożsamianiu „większego otwarcia” wkładki z lepszym przenoszeniem wysokich tonów, bo kojarzy się to z głośnikami wysokotonowymi w akustyce ogólnej. W uchu jest jednak inaczej: aparat słuchowy pracuje w bardzo małej, zamkniętej objętości i każdy dodatkowy kanał jest jak zawór upustu energii. Dlatego, gdy brakuje wzmocnienia wysokich częstotliwości i nie mamy już pola manewru w ustawieniach aparatu, standardowe dobre praktyki protetyczne sugerują optymalizację geometrii dźwiękowodu – w tym zwiększenie jego średnicy – a nie dokładanie wierceń czy zwiększanie wentylacji. Warto o tym pamiętać przy projektowaniu wkładek, żeby nie wpaść w pułapkę „im więcej otworów, tym lepiej”, bo akustycznie to po prostu nie działa.