W tym pytaniu chodzi dokładnie o to, żeby „trafić” w charakter ubytku, a nie tylko wzmocnić dźwięk ogólnie. Przy ubytkach wysokoczęstotliwościowych (czyli gdy pacjent traci słuch głównie w zakresie wyższych częstotliwości, np. 2–8 kHz) kluczowe jest selektywne wzmocnienie właśnie tego fragmentu pasma. Wielokanałowy aparat słuchowy pozwala podzielić pasmo częstotliwości na wiele niezależnych kanałów i w każdym z nich osobno ustawić wzmocnienie, kompresję, MPO i charakterystykę częstotliwościową. Dzięki temu można np. zostawić bardzo małe wzmocnienie w niskich częstotliwościach (żeby nie przegrzewać basu i nie powodować efektu dudnienia), a jednocześnie mocno podbić zakres 3–6 kHz, gdzie są spółgłoski odpowiedzialne za zrozumiałość mowy. W praktyce, przy dopasowaniu aparatu wg metod NAL-NL2 czy DSL, program dopasowujący wykorzystuje właśnie możliwości wielokanałowe, żeby odwzorować zalecaną krzywą wzmocnienia w funkcji częstotliwości. To jest taki standard branżowy: im bardziej stromy i „poszarpany” audiogram, tym bardziej potrzeba dużej liczby kanałów, żeby sensownie to skorygować. Moim zdaniem bez wielokanałowości przy typowej presbyacusis czy ubytku hałasowym po prostu nie da się komfortowo dopasować aparatu – pacjent będzie narzekał, że wszystko jest głośniejsze, ale spółgłoski dalej niewyraźne. Przy dobrze ustawionym, wielokanałowym aparacie można natomiast poprawić SII (speech intelligibility index), zachować naturalność barwy głosu i jednocześnie ograniczyć zjawiska nieprzyjemnej głośności w obszarach, gdzie słuch jest jeszcze prawie prawidłowy. To właśnie dlatego ta odpowiedź jest zgodna z dobrą praktyką kliniczną i wytycznymi nowoczesnego doboru aparatów słuchowych.
Przy ubytkach wysokoczęstotliwościowych najważniejsze nie jest to, ile mamy programów użytkownika ani jaki jest typ obudowy, tylko jak precyzyjnie możemy sterować wzmocnieniem w funkcji częstotliwości. Częsty błąd myślowy polega na tym, że skoro pacjent ma różne sytuacje akustyczne, to dwa czy trzy programy akustyczne w aparacie załatwią sprawę. Programy są oczywiście przydatne, ale one przełączają gotowe zestawy ustawień, nie rozwiązują problemu samej charakterystyki częstotliwościowej. Jeśli aparat nie ma wystarczającej liczby kanałów, to nawet pięć programów nie pozwoli precyzyjnie podnieść tylko wysokich częstotliwości, a zostawić niskie prawie bez zmian. Inne uproszczenie to przekonanie, że „wystarczy przynajmniej dwa kanały”. Dwukanałowy aparat pozwala bardzo zgrubnie podzielić pasmo np. na część niską i wysoką, ale przy typowym ubytku wysokoczęstotliwościowym audiogram nie jest przecież linią prostą – spadek jest stopniowy, czasem z lokalnymi dołkami. Minimalna funkcjonalność kliniczna to zwykle kilka–kilkanaście kanałów, żeby dopasować się do kształtu krzywej i uniknąć nadmiernego wzmocnienia tam, gdzie go nie potrzeba. Kolejne złudzenie to wiara, że sama słuchawka RIC automatycznie poprawi stosunek sygnału do szumu i rozwiąże problem wysokich częstotliwości. RIC ma swoje zalety: częściej lepsze przenoszenie wysokich tonów, mniejsza okluzja, możliwość użycia otwartego dopasowania. Ale jeśli procesor nie jest odpowiednio wielokanałowy, to nawet najlepsza słuchawka nie pozwoli na selektywne podniesienie dźwięków 3–8 kHz przy oszczędzaniu niskich. W praktyce dobre dopasowanie do ubytku wysokoczęstotliwościowego opiera się na precyzyjnym modelowaniu charakterystyki częstotliwościowej według metody typu NAL czy DSL, a to wymaga wielu niezależnych kanałów obróbki. Skupianie się tylko na liczbie programów, minimalnej liczbie kanałów czy rodzaju obudowy to takie trochę patrzenie na aparat „od zewnątrz”, zamiast na to, co kluczowe, czyli dokładne dopasowanie wzmocnienia do przebiegu audiogramu.