Prawidłowe jest dobranie dopasowania otwartego przy ubytku słuchu głównie w zakresie wysokich częstotliwości, czyli mniej więcej 4 000–8 000 Hz. W takim typowym „wysokoczęstotliwościowym” niedosłuchu pacjent ma jeszcze całkiem niezachowane słyszenie w niskich i średnich częstotliwościach, a problem dotyczy przede wszystkim spółgłosek wysokotonowych (s, sz, f, ś, ć, itp.). Otwarte dopasowanie, najczęściej w postaci cienkiego dźwiękowodu i otwartej kopułki RIC/RITE lub miniBTE, pozwala na swobodny przepływ dźwięków niskoczęstotliwościowych przez kanał słuchowy bez sztucznej okluzji. Dzięki temu nie pogarszamy naturalnego słyszenia resztkowego w basach i średnich, a aparat „dokłada” głównie wzmocnienie tam, gdzie jest ono potrzebne, czyli w wysokich częstotliwościach. Z punktu widzenia dobrych praktyk audiologicznych i protetycznych takie rozwiązanie ogranicza efekt okluzji (brak uczucia „zatkanego ucha”), zmniejsza ryzyko sprzężenia zwrotnego i poprawia akceptację aparatu przez pacjenta. W wytycznych wielu producentów oraz w zaleceniach opartych na metodach doboru typu NAL-NL2 czy DSL podkreśla się, że otwarte dopasowanie jest optymalne, gdy próg słyszenia w niskich częstotliwościach jest stosunkowo dobry (np. do ok. 40 dB HL), a ubytek narasta stromo w kierunku 4–8 kHz. W praktyce gabinetowej oznacza to, że u osoby, która dobrze słyszy głos własny i niskie dźwięki otoczenia, ale skarży się na „niewyraźną mowę”, „gubienie końcówek wyrazów”, właśnie otwarte dopasowanie do ubytku wysokoczęstotliwościowego będzie najbardziej komfortowe i zgodne ze współczesnymi standardami dopasowania aparatów słuchowych.
W tym zadaniu łatwo się pomylić, bo intuicyjnie wiele osób myśli: im większy ubytek, tym bardziej trzeba „zamknąć” ucho, żeby nic nie uciekało. Tymczasem logika doboru otwartego dopasowania jest trochę inna – kluczowy jest kształt krzywej audiogramu, a nie tylko sama głębokość ubytku. Ubytki w zakresie 125–250 Hz czy 300–800 Hz to przede wszystkim strefa niskich częstotliwości, odpowiedzialnych za wrażenie głośności, barwę głosu, basowe elementy mowy. Jeśli w tych pasmach mamy wyraźny niedosłuch, stosowanie bardzo otwartego dopasowania zwykle nie ma sensu, bo tracimy możliwość skutecznego wzmocnienia niskich częstotliwości, a jednocześnie zwiększamy ryzyko sprzężenia zwrotnego. W takich sytuacjach zazwyczaj potrzebna jest bardziej zamknięta wkładka lub przynajmniej półotwarta, żeby lepiej kontrolować dźwięk w przewodzie słuchowym. Podobnie w przedziale 500–1 500 Hz – to kluczowe pasmo dla zrozumiałości mowy, szczególnie dla samogłosek i częściowo spółgłosek. Jeśli tu jest istotny ubytek, zbyt otwarte dopasowanie może spowodować, że aparat nie osiągnie wymaganego wzmocnienia zgodnie z docelowymi krzywymi wg NAL czy DSL, a pacjent dalej będzie miał słabą zrozumiałość. Typowy błąd myślowy polega na utożsamianiu „otwartego” z „bardziej komfortowym zawsze i dla każdego”. Moim zdaniem to takie uproszczenie jest bardzo zdradliwe. Otwarte dopasowanie ma sens głównie wtedy, gdy słuch w niskich częstotliwościach jest relatywnie dobry, a ubytek dotyczy głównie wysokich częstotliwości (4 000–8 000 Hz). Wtedy naturalne dźwięki niskotonowe wpadają do ucha „obok” aparatu, a system elektroakustyczny uzupełnia tylko to, czego ucho samo nie dosłyszy. W przypadku dominujących ubytków w niskich i średnich częstotliwościach wybór odpowiedzi związanych z pasmem 125–250 Hz, 300–800 Hz czy 500–1 500 Hz oznacza w praktyce zignorowanie tej zasady i prowadzi do konfiguracji, która jest sprzeczna z nowoczesnymi standardami doboru aparatów słuchowych i zwykle daje gorsze efekty słyszenia.