Prawidłowa odpowiedź dobrze oddaje aktualne zastosowanie testów słownych u dzieci. Istniejące, klasyczne testy mowy w języku polskim (listy wyrazowe, zdaniowe) były historycznie tworzone głównie z myślą o dorosłych, a u dzieci wykorzystuje się je przede wszystkim do oceny funkcjonalnego zysku z dopasowanych protez słuchowych, czyli aparatów lub implantów. W praktyce wygląda to tak, że wykonuje się badanie rozumienia mowy bez aparatu (stan referencyjny), a następnie w tych samych warunkach akustycznych mierzy się rozumienie mowy z aparatem słuchowym albo procesorem implantu ślimakowego. Różnica w procentach poprawnie powtórzonych słów lub zdań jest właśnie zyskiem z protezowania. W dobrych gabinetach audiologicznych i protetycznych łączy się wyniki testów słownych z pomiarami obiektywnymi, np. audiometrią tonalną, pomiarami w uchu rzeczywistym (REM/REAR, REIG) oraz kwestionariuszami funkcjonalnymi, żeby mieć pełniejszy obraz korzyści komunikacyjnych dziecka. Moim zdaniem szczególnie ważne jest, że testy mowy pokazują nie tylko „cyferki z audiogramu”, ale to, czy dziecko realnie lepiej rozumie nauczyciela w klasie, rodziców w domu, rówieśników na przerwie. Z tego powodu w rehabilitacji słuchu i mowy u dzieci zaleca się, zgodnie z dobrymi praktykami, okresowe powtarzanie testów słownych po dopasowaniu i modyfikacji ustawień aparatów, żeby na bieżąco weryfikować, czy konfiguracja urządzeń wspomagających rzeczywiście przekłada się na poprawę rozumienia mowy w warunkach zbliżonych do codziennego życia.
W tym pytaniu łatwo się pomylić, bo intuicyjnie kojarzymy testy słowne z szeroko pojętą diagnostyką słuchu. Warto jednak uporządkować pojęcia. Kluczowa rzecz: współcześnie u dzieci istniejące testy mowy są stosowane głównie do oceny funkcjonalnego zysku z protez słuchowych, a nie do podstawowej diagnostyki progu czy rodzaju niedosłuchu. Obiektywne określenie progu dyskryminacji, czyli najniższego poziomu, przy którym dziecko jest w stanie rozróżniać bodźce akustyczne, uzyskujemy przede wszystkim z audiometrii tonalnej, często wspieranej badaniami obiektywnymi typu ABR czy otoemisje. Testy słowne u dzieci są obarczone dużym wpływem rozwoju językowego, koncentracji, motywacji, dlatego nie traktuje się ich jako narzędzia do dokładnego wyznaczania progów dyskryminacji w sensie fizjologicznym. Podobnie, diagnozowanie rodzaju uszkodzenia słuchu – przewodzeniowe, odbiorcze, mieszane – opiera się na porównaniu progów przewodnictwa powietrznego i kostnego, tympanometrii, odruchach z mięśnia strzemiączkowego, ewentualnie badaniach obrazowych. Test słowny pokaże raczej, jak dziecko radzi sobie z mową przy danym ubytku, a nie powie, czy przyczyną jest np. płyn w jamie bębenkowej, uszkodzenie ślimaka czy nerwu słuchowego. Również określenie wielkości ubytku słuchu opiera się na audiometrii tonalnej (progi w dB HL dla różnych częstotliwości) i to ona stanowi standard złoty w diagnostyce. Testy słowne są tu tylko uzupełnieniem, pokazującym funkcjonalne konsekwencje niedosłuchu. Typowy błąd myślowy polega na tym, że skoro badanie jest „słowne”, to wydaje się bardziej naturalne i ważniejsze niż „pisanie kropek” przy tonach, ale z punktu widzenia norm i procedur klinicznych to właśnie audiometria tonalna i inne obiektywne pomiary wyznaczają próg i rodzaj ubytku. Testy mowy u dzieci wykorzystujemy dziś przede wszystkim do sprawdzenia, czy dopasowane aparaty słuchowe lub implant rzeczywiście poprawiają rozumienie mowy w praktyce, czyli są narzędziem oceny efektywności rehabilitacji, a nie podstawowej diagnostyki audiologicznej.