Prawo Stevensa mówi, że percypowana (odczuwana) głośność rośnie potęgowo w zależności od intensywności dźwięku, a nie liniowo. Czyli jeżeli fizyczne natężenie dźwięku wzrasta np. 10‑krotnie, to mózg nie odbiera tego jako 10 razy głośniej, tylko dużo mniej – zgodnie z funkcją potęgową o wykładniku mniejszym niż 1. W praktyce oznacza to, że skala fizyczna (natężenie, ciśnienie akustyczne, dB SPL) i skala subiektywna (jak głośno pacjent „czuje” dźwięk) nie pokrywają się. To jest absolutna podstawa psychoakustyki i stoi za tym, jak projektuje się aparaty słuchowe i systemy wzmocnienia. Moim zdaniem warto to sobie dobrze poukładać w głowie, bo potem łatwiej zrozumieć, czemu sama zmiana poziomu w dB nie mówi jeszcze wszystkiego o komforcie słyszenia. W logopedii audio i protetyce słuchu wykorzystuje się to prawo przy opisie skali sonów (głośność subiektywna), a także przy interpretacji krzywych głośności w audiometrii nadprogowej oraz przy ustawianiu kompresji w aparatach słuchowych. Protetyk nie może zakładać, że „+10 dB = pacjent słyszy dwa razy głośniej”, bo właśnie przez nieliniową, potęgową relację trzeba używać algorytmów dopasowania (NAL, DSL), które uwzględniają psychoakustyczny odbiór głośności. Dobre praktyki branżowe zalecają, żeby przy ocenie odczuć pacjenta odwoływać się do pojęcia głośności subiektywnej, a nie tylko do czystych wartości dB SPL, bo to właśnie prawo Stevensa lepiej opisuje realne wrażenie słuchowe niż proste zależności liniowe.
Prawo Stevensa bywa mylone z różnymi prostymi zależnościami fizycznymi, dlatego łatwo tu pójść w złą stronę. Intuicyjnie wiele osób myśli, że skoro mamy ciśnienie akustyczne, częstotliwość i poziom w dB, to odczuwana głośność powinna być po prostu liniową funkcją któregoś z tych parametrów. W realnym układzie słuchowym tak jednak nie jest. Ucho i mózg działają nieliniowo, a psychoakustyka właśnie to opisuje. Związek między ciśnieniem akustycznym a głośnością nie jest liniowy, bo samo przejście z ciśnienia do poziomu dźwięku w decybelach jest już logarytmiczne. Gdyby głośność rosła liniowo z ciśnieniem, każdy równy przyrost ciśnienia dawałby taki sam przyrost wrażeń słuchowych, co kompletnie nie zgadza się z doświadczeniem klinicznym ani z wynikami badań nadprogowych. Tak samo błędne jest myślenie, że głośność zależy liniowo od częstotliwości. Oczywiście, częstotliwość wpływa na wrażenie głośności (krzywe jednakowej głośności, krzywe Fletchera-Munsona), ale jest to zależność złożona, mocno nieliniowa i różna dla różnych poziomów dźwięku. Stąd standardowe korekcje w pomiarach (np. filtr A) i to, że ten sam poziom dB przy niskich częstotliwościach może być odczuwany jako cichszy niż przy średnich. Koncepcja potęgowej funkcji częstotliwości też nie opisuje poprawnie głośności, bo częstotliwość wpływa bardziej na barwę, lokalizację dźwięku i czułość ucha, niż na samą skalę odczuwanej głośności wprost. Kluczowy błąd myślowy polega na mieszaniu wielkości fizycznych (ciśnienie, intensywność, częstotliwość) z wrażeniami subiektywnymi, jakimi są głośność, wysokość czy barwa. Psychoakustyka, w tym prawo Stevensa, wprost podkreśla, że głośność jest potęgową funkcją intensywności akustycznej, a nie prostą funkcją ciśnienia lub częstotliwości. W praktyce protetycznej ignorowanie tej potęgowej relacji prowadzi do złego ustawiania wzmocnienia, zbyt agresywnej lub zbyt słabej kompresji i braku komfortu słuchowego, mimo że „na papierze” poziomy dB wydają się poprawne.