W tej sytuacji kluczowe jest rozróżnienie: aparat po stronie elektroakustycznej wydaje się sprawny (przy osłuchiwaniu generuje prawidłowy dźwięk, nie ma zniekształceń, nie słychać przesterowań ani przerw), a jednocześnie pacjent subiektywnie zgłasza zbyt słabe wzmocnienie. To klasyczny sygnał, że problem leży nie w uszkodzeniu sprzętu, tylko w dopasowaniu ustawień do aktualnego słuchu pacjenta. Dlatego zgodnie z dobrymi praktykami protetyki słuchu należy dokonać ponownego dopasowania aparatu słuchowego, czyli zweryfikować i zmodyfikować jego ustawienia. W praktyce oznacza to m.in. ponowną analizę audiogramu, sprawdzenie czy próg słyszenia nie uległ pogorszeniu, kontrolę mapy wzmocnień w oprogramowaniu (np. wg reguł NAL, DSL), a najlepiej wykonanie pomiarów in situ lub REM (pomiar w uchu pacjenta). Często okazuje się, że słuch od momentu pierwszego dopasowania zmienił się, pacjent inaczej toleruje głośność lub ma nowe potrzeby komunikacyjne (np. więcej rozmów w hałasie). Moim zdaniem dobrym nawykiem jest też dokładne dopytanie pacjenta w jakich sytuacjach czuje słabe wzmocnienie – czy w ciszy, w hałasie, przy mowie z daleka – i odpowiednio korygować kompresję, MPO, charakterystykę częstotliwościową. Standardem jest też zapisanie zmian w karcie pacjenta, żeby móc później porównać ustawienia i ocenić efekty. Sama wymiana baterii, rożka czy szukanie uszkodzeń mechanicznych ma sens dopiero wtedy, gdy osłuchowo coś nas niepokoi; tu mamy aparat brzmiący poprawnie, ale źle „dogadany” z uchem i oczekiwaniami użytkownika, więc dopasowanie jest pierwszym, najbardziej logicznym krokiem.
W tej sytuacji łatwo wpaść w pułapkę myślenia: pacjent słabo słyszy, więc na pewno coś jest ze sprzętem fizycznie nie tak. Stąd odruch, żeby od razu wymieniać rożek, baterię albo szukać uszkodzeń mechanicznych. Problem w tym, że w treści pytania wyraźnie zaznaczono, że aparat przy osłuchiwaniu sprawia wrażenie sprawnego. To oznacza, że charakterystyka dźwięku jest prawidłowa, nie ma trzasków, szumów ponad normę, przerw w pracy czy typowych objawów zużycia komponentów elektroakustycznych. Wymiana rożka może być potrzebna, gdy mamy do czynienia z zatkaniem parafiną, pęknięciem, nieszczelnością powodującą sprzężenia lub zmianą akustyki ujścia dźwięku. Tutaj jednak nie ma informacji o takich objawach, a subiektywne „słabo słyszę” przy sprawnym brzmieniu aparatu zwykle wskazuje raczej na nieoptymalne ustawienia niż na problem z rożkiem. Podobnie z baterią: jeśli aparat jest słyszalny w stetoskopie testowym, pracuje stabilnie i nie wyłącza się, to zakładanie od razu, że winna jest bateria, jest mało uzasadnione. Oczywiście w serwisie rutynowo sprawdza się poziom baterii, ale nie jest to główna odpowiedź na taki opis sytuacji. Szukanie uszkodzeń mechanicznych też ma sens, gdy mamy przesłanki: upadek aparatu, wilgoć, widoczne pęknięcia obudowy, brak dźwięku albo silne zniekształcenia. Tu mamy coś odwrotnego: dźwięk jest, jest poprawny, tylko dla pacjenta za słaby. Typowy błąd myślowy polega na tym, że całą uwagę kieruje się na „hardware”, zapominając o tym, że aparat słuchowy jest systemem dopasowywanym do konkretnego ucha i konkretnego audiogramu. Jeżeli audiogram się zmienił, jeśli pacjent inaczej toleruje głośność, jeśli początkowe ustawienia były zbyt zachowawcze, to wymiana elementów fizycznych nie rozwiąże problemu. Dlatego w dobrych standardach protetyki słuchu pierwszym krokiem przy takich zgłoszeniach jest ponowne dopasowanie parametrów: korekta wzmocnień w poszczególnych pasmach, ustawień kompresji, ewentualnie programów słuchowych. Dopiero gdy mimo prawidłowego dopasowania i prawidłowych pomiarów REM aparat nadal zachowuje się podejrzanie, szuka się dalej przyczyn serwisowych i mechanicznych. Z mojego doświadczenia większość takich zgłoszeń udaje się rozwiązać właśnie przy komputerze, w oprogramowaniu dopasowującym, a nie śrubokrętem i wymianą części.