Prawidłowa odpowiedź to audiometria tonalna, bo właśnie w tym badaniu możemy ocenić tzw. rezerwę ślimakową. Rezerwa ślimakowa to różnica między progiem przewodnictwa powietrznego a progiem przewodnictwa kostnego, czyli mówiąc prościej – ile „zyskujemy”, jeśli ominie się ucho zewnętrzne i środkowe i bodziec podamy bezpośrednio do ślimaka przez kość czaszki. W audiometrii tonalnej wykonuje się pomiar progów słyszenia zarówno drogą powietrzną (słuchawki), jak i kostną (wibrator kostny na wyrostku sutkowatym lub czole). Jeśli między tymi progami jest różnica, mówimy właśnie o rezerwie ślimakowej, która jest typowa dla niedosłuchów przewodzeniowych lub mieszanych. W praktyce protetyka słuchu to jest kluczowa informacja: duża rezerwa ślimakowa sugeruje, że ślimak pracuje całkiem przyzwoicie, a problem leży w uchu zewnętrznym lub środkowym, co wpływa na decyzję o aparacie, ustawieniach wzmocnienia i konieczności konsultacji laryngologicznej. W dobrych standardach diagnostycznych (np. zaleceniach audiologicznych) audiometria tonalna z przewodnictwem kostnym jest podstawą różnicowania typu niedosłuchu i nie da się jej zastąpić samą audiometrią mowy czy otoemisjami. Moim zdaniem to jedno z absolutnie podstawowych badań, bez którego nie ma sensu poważnie myśleć o doborze aparatu słuchowego – bo nie wiemy, jak naprawdę pracuje ślimak i ile tej rezerwy możemy „wykorzystać” przy protezowaniu.
W tym pytaniu bardzo łatwo pójść tropem skojarzeń i wybrać badanie, które ogólnie kojarzy się z „dokładnym” sprawdzeniem słuchu, ale rezerwa ślimakowa ma bardzo konkretne znaczenie i da się ją ocenić tylko na podstawie pewnego rodzaju pomiaru. Rezerwa ślimakowa to różnica między progiem przewodnictwa powietrznego a progiem przewodnictwa kostnego. Żeby ją obliczyć, trzeba mieć oba te progi w decybelach dla konkretnych częstotliwości. Takie dane daje wyłącznie audiometria tonalna z pomiarem zarówno drogą powietrzną, jak i kostną. Audiometria mowy, choć jest bardzo ważna przy ocenie rozumienia mowy, progu rozumienia i komfortu słuchowego, nie podaje nam osobno progów kostnych i powietrznych – operuje raczej procentem rozumienia i poziomem natężenia, przy którym pacjent rozumie określony odsetek słów. Z mojego doświadczenia sporo osób myli te pojęcia, bo audiometria mowy wydaje się „bardziej praktyczna”, ale do oceny rezerwy ślimakowej jest po prostu niewystarczająca. Otoemisje akustyczne z kolei badają funkcję komórek słuchowych zewnętrznych w ślimaku, są super czułe na wczesne uszkodzenia, ale nie mówią nam nic o różnicy między przewodnictwem kostnym a powietrznym, bo tam nie ma pomiaru progu słyszenia w klasycznym sensie. Wynik jest raczej typu: obecna/nieobecna otoemisja w danym paśmie częstotliwości. Audiometria impedancyjna (tympanometria, odruchy z mięśnia strzemiączkowego) służy głównie do oceny ucha środkowego: ruchomości błony bębenkowej, sztywności łańcucha kosteczek, obecności płynu, drożności trąbki słuchowej. To świetne badanie do potwierdzenia niedosłuchu przewodzeniowego, ale nie wyliczymy z niego rezerwy ślimakowej, bo nie dostajemy progów słyszenia drogą kostną i powietrzną na konkretnych częstotliwościach. Typowy błąd myślowy polega na tym, że skoro badanie jest „nowoczesne” albo „obiektywne” (jak otoemisje czy impedancja), to wydaje się lepsze do wszystkiego. W audiologii jednak każde badanie ma swoje jasno określone zastosowanie i do analizy rezerwy ślimakowej złotym standardem pozostaje klasyczna audiometria tonalna z przewodnictwem kostnym.