W tym pytaniu kluczowe jest zrozumienie, po co w ogóle stosuje się aparat wielokanałowy. Aparat wielokanałowy pozwala osobno wzmacniać różne zakresy częstotliwości (np. niskie, średnie, wysokie tony), tak żeby dopasować się do kształtu krzywej audiogramu. Jeżeli ubytek słuchu jest jednakowy w całym paśmie częstotliwości, czyli audiogram jest w miarę „płaski”, to nie ma potrzeby różnicowania wzmocnienia między kanałami – bo wszędzie potrzeba praktycznie takiego samego podbicia. W takiej sytuacji prostszy aparat, nawet z mniejszą liczbą kanałów, może zapewnić wystarczająco precyzyjne dopasowanie. W praktyce, przy równomiernym ubytku np. 40–50 dB HL od 250 Hz do 8 kHz, audioprotetyk ustawia podobne wzmocnienie dla całego pasma, bazując na standardowych formułach dopasowania (NAL-NL2, DSL itp.) i nie musi bawić się w skomplikowane różnicowanie wzmocnienia między częstotliwościami. W aparatach wielokanałowych największy sens ma to przy audiogramach „poszarpanych”, gdzie np. wysokie częstotliwości są dużo gorzej słyszalne niż niskie. Wtedy każdy kanał można ustawić inaczej: gdzie jest większy ubytek – większe wzmocnienie, gdzie mniejszy – łagodniejsze. Moim zdaniem warto to sobie skojarzyć tak: im bardziej „nierówny” audiogram, tym bardziej opłaca się wielokanałowość; im bardziej „płaski” ubytek, tym mniej krytyczna jest liczba kanałów, a ważniejsze stają się inne parametry aparatu, jak komfort, kompresja, redukcja szumów czy kierunkowość mikrofonów.
Wiele osób intuicyjnie zakłada, że skoro aparaty wielokanałowe są nowocześniejsze, to powinny być zawsze potrzebne, niezależnie od rodzaju ubytku. To jest typowy błąd myślowy: utożsamianie większej złożoności technicznej z koniecznością kliniczną. Kluczowe jest to, jak wygląda audiogram i jak bardzo różni się próg słyszenia w poszczególnych częstotliwościach. Ubytek spowodowany urazem akustycznym bardzo często ma charakter wysokoczęstotliwościowy – uszkodzeniu ulegają głównie komórki rzęsate zewnętrzne w okolicy 3–6 kHz. W takich przypadkach zwykle widzimy wyraźne „dołki” lub strome spadki w wysokich częstotliwościach, przy dość dobrym słyszeniu w niskich. Tu właśnie wielokanałowość ma ogromny sens, bo możemy mocno wzmacniać wysokie częstotliwości, a niskie zostawić prawie nienaruszone, zgodnie z zasadą maksymalnego zachowania naturalnego słyszenia tam, gdzie jest jeszcze sprawne. Podobnie w chorobie Meniere’a ubytek bywa niestabilny i często dotyczy głównie niskich częstotliwości, z czasem przybierając różne, dość nieregularne kształty audiogramu. Aparat wielokanałowy pozwala wtedy elastycznie dopasować wzmocnienie do aktualnego profilu słuchu pacjenta, a także lepiej kontrolować głośne dźwięki poprzez zróżnicowaną kompresję w poszczególnych pasmach. Ubytek wysokoczęstotliwościowy to wręcz modelowy przykład sytuacji, gdzie wielokanałowość jest bardzo przydatna: trzeba silnie wzmacniać sybilanty i spółgłoski szumowe (sz, s, f, ch), jednocześnie nie przeładowując niskich częstotliwości, żeby nie było efektu dudnienia i przegrubienia samogłosek. Standardy doboru aparatów (np. NAL-NL2, DSL v5) wyraźnie zakładają różne docelowe wzmocnienia w zależności od częstotliwości, zwłaszcza przy stromo opadających audiogramach. Jeżeli więc wybierze się którąś z tych odpowiedzi jako „nie wymagającą” aparatu wielokanałowego, to pomija się podstawową ideę: właśnie w nieregularnych, częstotliwościowo zróżnicowanych ubytkach wielokanałowość daje największą korzyść. To, co najmniej jej potrzebuje, to stosunkowo równy, płaski ubytek, gdzie wzmacnianie można prowadzić prawie jednakowo w całym paśmie.