Próba Lombarda wykorzystuje zjawisko, które każdy z nas zna z życia codziennego: gdy w otoczeniu robi się głośno, zaczynamy automatycznie mówić głośniej, żeby „przebić się” przez hałas. W diagnostyce słuchu to zachowanie jest używane jako test nadprogowy do wykrywania symulacji niedosłuchu. U osoby z prawidłowym słuchem, nawet jeśli udaje, że „słabo słyszy”, przy stopniowym zwiększaniu poziomu szumu w słuchawkach głos podczas czytania tekstu samoczynnie się podnosi. Organizm po prostu kompensuje zakłócenia, bo układ słuchowy je normalnie rejestruje. Jeżeli ktoś naprawdę ma istotny niedosłuch czuciowo-nerwowy czy przewodzeniowy, ten odruch Lombarda jest bardzo słaby albo wręcz nie występuje – pacjent nie ma potrzeby podnosić głosu, bo szumu prawie nie słyszy. W praktyce klinicznej próba Lombarda jest jednym z klasycznych testów stosowanych razem z innymi badaniami nadprogowymi, np. SISI, testem Stengera czy audiometrią nadprogową. W dobrych standardach diagnostycznych nie opiera się rozpoznania symulacji tylko na jednym teście, ale próba Lombarda jest wygodna, bo jest prosta, szybka, nie wymaga skomplikowanego sprzętu poza generatorem szumu i systemem odsłuchu. Moim zdaniem to fajne narzędzie „z życia wzięte”, bo bazuje na naturalnym zachowaniu mowy w hałasie, które trudno świadomie całkowicie kontrolować. W pracowni audiologicznej można ją stosować np. u osób zgłaszających nagły, znaczny ubytek słuchu przy jednocześnie bardzo niespójnych wynikach audiometrii tonalnej. Dobrą praktyką jest dokładne notowanie poziomu szumu, sposobu czytania i subiektnych obserwacji pacjenta, żeby wynik próby był wiarygodny i powtarzalny.
Próba Lombarda jest typowym badaniem nadprogowym, a jej sens łatwo zgubić, gdy mieszamy ją z innymi metodami diagnostycznymi. Jej istotą nie jest ani precyzyjny pomiar progów słyszenia, ani ocena rozumienia mowy w warunkach polowych, tylko wykorzystanie odruchowego podnoszenia głośności własnej mowy w narastającym szumie. Jeśli pacjent słyszy szum prawidłowo, jego układ słuchowy „zgłasza” zakłócenie i automatycznie zwiększa poziom głosu podczas czytania tekstu. Gdy ktoś naprawdę ma głęboki ubytek, ten mechanizm praktycznie zanika, bo hałas nie jest dla niego na tyle dokuczliwy, żeby wywołać kompensację. Stąd odpowiedź polegająca na „coraz głośniejszym czytaniu przy rosnącym szumie” dokładnie opisuje to zjawisko. Częstym błędem jest mylenie próby Lombarda z innymi technikami. Podawanie z różnej odległości dwóch tonów o tej samej wysokości kojarzy się raczej z prostymi próbami akumetrycznymi lub z zabiegami bardziej psychofizycznymi, ale nie ma to nic wspólnego z klasyczną definicją próby Lombarda. To działanie nie bada odruchowego podnoszenia głosu, tylko ewentualnie czułość słuchu w przestrzeni, co jest zupełnie innym zagadnieniem. Równie mylące jest przekonanie, że próba Lombarda polega na wykazywaniu rozbieżności między audiometrią tonalną a audiometrią mowy. Taka rozbieżność faktycznie może sugerować symulację lub niekonsekwentną współpracę pacjenta, ale to jest wniosek z analizy wyników dwóch różnych badań, a nie z samej próby Lombarda. To bardziej ogólna zasada interpretacji, stosowana zgodnie z dobrymi praktykami audiologicznymi, niż konkretny test. Ostatnia koncepcja, czyli traktowanie próby Lombarda jako badania rozumienia mowy w polu akustycznym, dotyczy raczej audiometrii słownej w polu wolnym, testów rozumienia mowy w szumie czy oceny działania aparatów słuchowych. Tam interesuje nas procent poprawnie rozpoznanych słów przy określonym poziomie sygnału i hałasu. W próbie Lombarda w ogóle nie analizujemy, ile pacjent zrozumiał, tylko jak zmienia głośność własnej mowy pod wpływem szumu. Moim zdaniem największy problem przy tych mylnych skojarzeniach to wrzucanie do jednego worka wszystkich badań „z mową i szumem”. W praktyce warto zapamiętać: Lombard = automatyczne podnoszenie głosu w hałasie jako marker prawdziwego słyszenia, a nie pomiar progów czy rozumienia mowy.