Słyszenie rozszczepienne (schisacusis) jest klasycznie kojarzone z niedosłuchem odbiorczym o lokalizacji pozaślimakowej, czyli z uszkodzeniem na poziomie nerwu słuchowego lub dalszych odcinków drogi słuchowej (kąt mostowo-móżdżkowy, pień mózgu). Chodzi o sytuację, gdy w audiometrii tonalnej progi słyszenia wyglądają jeszcze względnie przyzwoicie, natomiast w audiometrii słownej wynik jest wyraźnie gorszy, niż „powinien” być przy takich progach. Mówimy wtedy, że jest rozszczep między słyszeniem tonu a rozumieniem mowy. To właśnie jest schisacusis. W praktyce klinicznej taki obraz widzimy np. w guzach nerwu VIII (nerwiak osłonkowy), w neuropatii słuchowej, w niektórych zmianach demielinizacyjnych. Standardowo, zgodnie z dobrą praktyką, jeśli widzimy w badaniu: stosunkowo dobre progi tonalne, a bardzo niską maksymalną rozumianość mowy (np. 40–50% przy umiarkowanym niedosłuchu), to powinna nam się zapalić czerwona lampka – możliwa pozaślimakowa lokalizacja uszkodzenia. Wtedy zaleca się poszerzenie diagnostyki: ABR (BERA), ewentualnie MRI kąta mostowo-móżdżkowego. Z mojego doświadczenia to jest taki typowy przypadek, kiedy sama audiometria tonalna „oszukuje” i dopiero testy mowy oraz badania nadprogowe pokazują, że coś jest nie tak. Dla protetyka słuchu ma to też znaczenie praktyczne – nawet bardzo dobrze dopasowany aparat słuchowy nie poprawi znacząco rozumienia mowy, jeśli problem leży pozaślimakowo. Wtedy trzeba uczciwie omówić z pacjentem oczekiwany efekt, czasem rozważyć inne formy wsparcia, trening słuchowy, strategie komunikacyjne, a w skrajnych przypadkach konsultację pod kątem implantów pniowych.
Schisacusis, czyli słyszenie rozszczepienne, bywa mylone z różnymi innymi zjawiskami w audiologii, zwłaszcza przez to, że wielu osobom miesza się sam fakt niedosłuchu z lokalizacją uszkodzenia. Klucz jest taki: rozszczep dotyczy różnicy między wynikiem w audiometrii tonalnej a wynikiem w audiometrii słownej. Tony wyglądają jeszcze w miarę dobrze, a rozumienie mowy jest wyraźnie za słabe. To nie pasuje ani do typowego niedosłuchu przewodzeniowego, ani do typowego ślimakowego. W niedosłuchu przewodzeniowym problem leży w uchu zewnętrznym lub środkowym. Przewodzenie mechaniczne jest uszkodzone, ale narząd Cortiego i nerw słuchowy działają zwykle prawidłowo. W efekcie po odpowiednim wzmocnieniu (aparat, słuchawki w audiometrii) pacjent rozumie mowę bardzo dobrze, często blisko 100% przy odpowiednio wysokim poziomie dźwięku. Nie ma tu charakterystycznego rozszczepienia tonu i mowy, więc łączenie schisacusis z niedosłuchem przewodzeniowym to typowy błąd wynikający z myślenia: „skoro jest niedosłuch, to na pewno będzie też problem z mową”. W niedosłuchu odbiorczym o lokalizacji ślimakowej progi tonalne i rozumienie mowy zazwyczaj są ze sobą dość spójne: im gorsze progi, tym gorsza maksymalna rozumianość, ale bez takiego dramatycznego oderwania. Oczywiście bywa zniekształcenie dźwięku, rekrutacja głośności, wysokoczęstotliwościowe ubytki, ale wzorzec jest raczej „ślimakowy”, a nie pozaślimakowy. Mieszany niedosłuch z dużą komponentą odbiorczą także nie tworzy typowego obrazu schisacusis – tu mamy jednocześnie element przewodzeniowy i ślimakowy, ale uszkodzenie nerwu słuchowego czy struktur centralnych nie jest warunkiem koniecznym, więc rozumienie mowy zwykle da się przewidzieć z przebiegu audiogramu. Moim zdaniem główny błąd, który prowadzi do złej odpowiedzi, polega na utożsamianiu „gorszego rozumienia mowy” z „każdym cięższym niedosłuchem odbiorczym”. W schisacusis chodzi nie o sam stopień ubytku, ale o nielogiczną, nieproporcjonalnie słabą rozumianość mowy w stosunku do progów tonalnych. To jest typowe właśnie dla niedosłuchów odbiorczych pozaślimakowych, gdzie uszkodzone są włókna nerwowe albo dalsza droga słuchowa, a nie sam narząd Cortiego.