Wzmacniacz klasy D w aparacie słuchowym to w praktyce wzmacniacz impulsowy (przełączający), który pracuje w trybie zbliżonym do włącz/wyłącz tranzystorów mocy. Dzięki temu elementy końcowe prawie nie wchodzą w obszar liniowy, gdzie tracona jest największa ilość energii w postaci ciepła. Z tego właśnie powodu sprawność takich wzmacniaczy bez problemu przekracza 90%, a w nowoczesnych układach scalonych dla aparatów słuchowych realnie osiąga się nawet okolice 92–95% przy typowym obciążeniu słuchawką o małej impedancji. To jest ogromna różnica w porównaniu z klasycznymi wzmacniaczami klasy A czy AB, które w praktyce mają sprawności rzędu 20–60%. W aparatach słuchowych wysoka sprawność nie jest tylko ciekawostką z katalogu, ale absolutna podstawa: bez niej bateria typu 312 czy 13 rozładowałaby się w jeden–dwa dni, a obudowa aparatu nagrzewałaby się, co byłoby niekomfortowe i potencjalnie niebezpieczne dla skóry małżowiny. Producenci układów audio do aparatów słuchowych (np. Sonion, Knowles, TI w segmencie ultra‑low‑power) projektują końcówki mocy właśnie w klasie D, zoptymalizowane pod niskie napięcia zasilania (ok. 1–1,4 V) i bardzo mały pobór prądu spoczynkowego. Moim zdaniem warto zapamiętać prostą zasadę: jeśli mówimy o nowoczesnym, cyfrowym lub hybrydowym aparacie słuchowym, to końcówka mocy w klasie D ma sprawność „powyżej 90%” i to jest główny powód, dla którego te małe urządzenia mogą pracować kilka dni lub tygodni na jednej baterii, przy zachowaniu odpowiedniego poziomu wzmocnienia i dynamiki dźwięku.
Wzmacniacze klasy D często mylą się osobom uczącym się elektroakustyki z klasycznymi wzmacniaczami liniowymi klasy A, B czy AB, dlatego intuicyjnie wybierane są wartości sprawności typu 60–80%. To jest zrozumiałe, bo w wielu starszych urządzeniach audio faktycznie spotykano takie zakresy. W aparatach słuchowych sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Wzmacniacz klasy D pracuje w trybie przełączającym: tranzystory końcowe są albo w pełni załączone, albo wyłączone. W tych dwóch stanach straty mocy na elementach są minimalne, bo albo spadek napięcia jest bardzo mały przy dużym prądzie, albo prąd jest praktycznie zerowy przy pewnym napięciu. Straty występują głównie podczas przełączania i na elementach filtrujących, dlatego całkowita sprawność takich układów w dobrze zaprojektowanych aplikacjach przekracza 90%. Zakresy poniżej 50% czy 60–70% są typowe raczej dla wzmacniaczy klasy A lub źle obciążonych końcówek AB, gdzie tranzystor przez większość czasu pracuje w obszarze liniowym i duża część mocy zamienia się w ciepło. W małym, szczelnym aparacie słuchowym takie rozwiązanie byłoby kompletnie niepraktyczne – bateria rozładowywałaby się bardzo szybko, a obudowa mogłaby się nagrzewać. Również wartości 70–80% są charakterystyczne bardziej dla dużych wzmacniaczy klasy D pracujących w warunkach nieoptymalnych, np. przy zbyt małym obciążeniu, a nie dla wyspecjalizowanych układów niskonapięciowych stosowanych w protetyce słuchu. Typowym błędem myślowym jest tu „uśrednianie” wiedzy: ktoś pamięta, że wzmacniacze impulsowe mają sprawność wyższą niż liniowe, więc wybiera środek skali, np. 70–80%. W aparatach słuchowych projektanci muszą jednak wycisnąć z baterii absolutne maksimum, dlatego stosowane są układy o bardzo wysokiej sprawności, czyli właśnie powyżej 90%, co jest zgodne z dobrą praktyką branżową i kartami katalogowymi nowoczesnych wzmacniaczy klasy D do zastosowań medycznych.