W aparatach typu RIC (Receiver In Canal) kluczowe jest właśnie to, że słuchawka – czyli przetwornik elektroakustyczny – znajduje się bezpośrednio w przewodzie słuchowym zewnętrznym pacjenta, a nie w obudowie za uchem jak w klasycznym BTE. Dzięki temu znacznie skraca się akustyczna droga sygnału od słuchawki do błony bębenkowej, co z kolei ogranicza ryzyko powstawania sprzężenia zwrotnego, szczególnie przy dużych wzmocnieniach. Mówiąc prościej: dźwięk ma krótszą i bardziej kontrolowaną drogę, mniej „ucieka” na zewnątrz i trudniej o to, żeby z powrotem trafił do mikrofonu aparatu. To jest główny powód, dla którego w protokołach doboru aparatów i w zaleceniach producentów RIC-i są bardzo często sugerowane przy średnich i większych ubytkach słuchu, gdzie wymagane jest solidne wzmocnienie, a ryzyko feedbacku jest realnym problemem. W praktyce gabinetu protetyka słuchu oznacza to, że przy niedosłuchach typu 60–80 dB HL w wysokich częstotliwościach dużo łatwiej uzyskać docelowe wzmocnienie zgodnie z regułami NAL czy DSL bez ciągłej walki z sygnałem ostrzegającym o sprzężeniu zwrotnym. Moim zdaniem to właśnie jest największa przewaga konstrukcji RIC nad klasycznymi mini-BTE z cienkim wężykiem – możemy klientowi dać mocny aparat, a jednocześnie zachować stosunkowo dyskretną obudowę i rozsądny komfort akustyczny. Oczywiście nie oznacza to całkowitego braku sprzężenia, ale w połączeniu z cyfrowym systemem zarządzania feedbackiem, właściwie dobraną wkładką lub tipem i poprawnym osadzeniem słuchawki w uchu daje to bardzo stabilne, powtarzalne dopasowanie, zgodne z dobrymi praktykami branżowymi i zaleceniami producentów aparatów słuchowych.
Konstrukcja RIC wielu osobom intuicyjnie kojarzy się z małymi, delikatnymi aparatami, więc łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że główną zaletą jest tylko niewielki rozmiar i małe wzmocnienie. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie: tego typu rozwiązanie bardzo często stosuje się tam, gdzie właśnie trzeba zastosować stosunkowo duże wzmocnienie, a klasyczny BTE z cienkim wężykiem zaczyna mieć problemy ze sprzężeniem zwrotnym. Błędne jest też założenie, że umieszczenie słuchawki w przewodzie słuchowym „z definicji” oznacza małe wzmocnienie – typowe słuchawki RIC występują w różnych mocach (np. S, M, P, HP) i są projektowane specjalnie do obsługi szerokiego zakresu ubytków słuchu. Kolejne nieporozumienie dotyczy efektu okluzji. Sam fakt, że słuchawka znajduje się w kanale słuchowym, nie oznacza jeszcze jego minimalizacji. Tu decydujący jest sposób wentylacji wkładki lub tipa, średnica kanału wentylacyjnego oraz to, jak szczelnie rozwiązanie zamyka przewód słuchowy. Okluzję można nawet nasilić, jeśli zastosuje się pełną, szczelną wkładkę przy RIC-u. Dlatego stwierdzenie, że RIC „zawsze minimalizuje efekt okluzji” jest zbyt daleko idącym uproszczeniem. Podobnie z „eliminacją pogłosu” – pogłos to zjawisko akustyczne związane z pomieszczeniem, nie z samym typem aparatu. Aparat może wzmacniać sygnał w taki sposób, że subiektywnie pacjent mniej odczuwa odbicia dźwięku, ale mówienie o eliminacji pogłosu przez samą konstrukcję RIC jest nieprecyzyjne i w praktyce mijające się z rzeczywistością. Typowy błąd myślowy polega tu na mieszaniu kilku różnych pojęć: rozmiaru obudowy, komfortu noszenia, efektu okluzji i sprzężenia zwrotnego. Dobre praktyki w protetyce słuchu mówią jasno: wybierając RIC, patrzymy przede wszystkim na potrzebne wzmocnienie, ryzyko sprzężenia, możliwości akustyczne ucha pacjenta i dopiero na końcu na estetykę. Sama konstrukcja RIC nie gwarantuje ani małego wzmocnienia, ani braku okluzji, ani „magicznego” usunięcia pogłosu – jej główna przewaga techniczna to właśnie lepsza kontrola sprzężenia zwrotnego przy wyższych poziomach wzmocnienia, jeśli cały system (słuchawka, wkładka, dopasowanie i algorytmy cyfrowe) jest prawidłowo dobrany.