W stromoopadającym ubytku słuchu typu odbiorczego kluczowe jest bardzo precyzyjne dopasowanie wzmocnienia w różnych częstotliwościach. Ubytek jest mały w niskich częstotliwościach, a duży w wysokich, więc aparat musi „modelować” wzmocnienie bardzo szczegółowo, żeby nie przejaskrawić basów i jednocześnie wystarczająco podbić tony wysokie. Właśnie do tego służy duża liczba kanałów – każdy kanał to osobny „suwak” regulacji wzmocnienia dla określonego wycinka pasma. Im więcej kanałów, tym dokładniej można odwzorować krzywą z audiogramu według zasad dopasowania (np. NAL-NL2, DSL). W praktyce wygląda to tak, że przy stromym spadku np. od 2 kHz w górę, audioprotetyk może zostawić minimalne wzmocnienie dla 250–1000 Hz (żeby nie było efektu dudnienia i zbyt głośnego własnego głosu), a mocno zwiększyć wzmocnienie i MPO w okolicy 3–6 kHz, gdzie leży większość informacji spółgłoskowych mowy. Aparaty z dużą liczbą kanałów pozwalają też lepiej stosować zaawansowane algorytmy kompresji wielokanałowej, redukcji szumu i kierunkowości, które działają różnie w zależności od częstotliwości. Moim zdaniem, przy tak problematycznych audiogramach, jak stromo opadające, liczba kanałów jest jednym z krytycznych parametrów – bez tego nawet dobry aparat „na papierze” będzie grał albo za jasno, albo za ciemno, a pacjent będzie narzekał na nienaturalne brzmienie i słabą zrozumiałość mowy, szczególnie w hałasie. Dlatego w dobrych praktykach dopasowania przy stromoopadających ubytkach zawsze szuka się konstrukcji wielokanałowych, które dają dużą elastyczność regulacji w całym paśmie.
W stromoopadającym ubytku słuchu typu odbiorczego najczęstszy błąd polega na myśleniu: „im mocniejszy i bardziej rozbudowany aparat, tym lepiej”. To nie do końca tak działa. Kluczowy problem u takich pacjentów to ogromna różnica progu słyszenia między niskimi a wysokimi częstotliwościami. W niskich tonach słuch bywa prawie prawidłowy, a w wysokich występuje głęboki niedosłuch. Jeśli w takiej sytuacji skupimy się tylko na szerokim paśmie przenoszenia, to samo szerokie pasmo niczego nie rozwiązuje. Większość współczesnych aparatów i tak ma pasmo wystarczające do przenoszenia mowy (zwykle do ok. 7–8 kHz), ale bez precyzyjnej kontroli wzmocnienia w poszczególnych zakresach częstotliwości pacjent albo będzie miał za głośne niskie tony, albo wciąż za ciche wysokie. Podobnie z samą dużą wartością OSPL90: wysoki maksymalny poziom wyjściowy przy ubytku odbiorczym wcale nie jest automatycznie pożądany. U takich osób często występuje rekrutacja, czyli zawężenie użytecznego zakresu słyszenia – od progu słyszenia do progu dyskomfortu jest mało miejsca. Za duże OSPL90 może łatwo prowadzić do przesterowania, nieprzyjemnych odczuć głośności i braku komfortu. Z mojego doświadczenia lepiej jest mieć dobrze ustawioną kompresję i kontrolę MPO niż ślepo gonić za „mocą” aparatu. Rozbudowana liczba programów też bywa przeceniana. Programy to głównie różne konfiguracje algorytmów (mowa w ciszy, mowa w hałasie, muzyka itd.), ale nie rozwiązują one podstawowego problemu kształtu audiogramu. Nawet najlepszy „program do hałasu” nie pomoże, jeśli urządzenie nie potrafi dokładnie dopasować wzmocnienia do stromego spadku progu w wysokich częstotliwościach. Typowym błędem jest utożsamianie większej liczby programów z lepszym dopasowaniem medycznym, podczas gdy jest to raczej kwestia wygody użytkowania. Przy stromoopadającym niedosłuchu fundamentem jest możliwość bardzo szczegółowego ustawienia charakterystyki częstotliwościowej, czyli właśnie duża liczba kanałów regulacji. Dopiero na tym fundamencie sens mają takie parametry jak pasmo przenoszenia, OSPL90 czy dodatkowe programy użytkowe.