Zauszny aparat słuchowy czyści się na co dzień wyłącznie na sucho, najlepiej zwykłą suchą chusteczką lub dedykowaną ściereczką z mikrofibry. Chodzi o to, żeby usunąć pot, kurz, resztki kosmetyków i wosk z powierzchni obudowy, nie wprowadzając żadnej wilgoci do środka. Obudowa BTE (behind-the-ear) zawiera w sobie delikatne elementy elektroniczne, mikrofon, głośnik (w przypadku RIC), złącza baterii lub akumulatora – one bardzo nie lubią wody ani agresywnych środków chemicznych. Producenci aparatów słuchowych i dobre praktyki serwisowe jasno zalecają: codzienna higiena aparatu to sucha chusteczka plus okresowe osuszanie w pojemniku lub elektrycznym osuszaczu, a nie „kąpiele” w płynach. W praktyce wygląda to tak, że po zdjęciu aparatu wieczorem przecierasz całą obudowę, haczyk, ewentualnie cienki przewód RIC i zaczep za uchem. Dopiero elementy mające kontakt z woszczyną (wkładka uszna, rożek, cienki wężyk) czyści się dokładniej – często osobno, czasem z użyciem specjalnych narzędzi albo wody z mydłem, ale po odłączeniu od elektroniki. Moim zdaniem warto wyrobić sobie nawyk: elektronika zawsze na sucho, wkładki i wężyki można czyścić „na mokro”, ale zgodnie z instrukcją producenta. Dzięki takiemu prostemu zabiegowi aparat działa stabilniej, rzadziej trafia do serwisu z powodu korozji, zawilgocenia lub uszkodzenia mikrofonu. W wielu gabinetach protetyki słuchu właśnie w ten sposób szkoli się pacjentów – krótkie, codzienne czyszczenie suchą chusteczką to podstawa konserwacji BTE.
W przypadku zausznych aparatów słuchowych bardzo łatwo pomylić zasady czyszczenia elektroniki z zasadami czyszczenia wkładek usznych czy wężyków. To jest chyba najczęstszy błąd: ktoś słyszał o tabletkach czyszczących albo specjalnych płynach do wkładek i automatycznie przenosi tę wiedzę na cały aparat. Tymczasem obudowa BTE zawiera wrażliwe układy elektroniczne, mikrofony, potencjalnie moduły Bluetooth, styki baterii i komory akumulatorów. Zgodnie z zaleceniami producentów i praktyką serwisową tych elementów nie zanurza się w wodzie, nie wkłada do roztworów z tabletkami czyszczącymi i nie spryskuje płynami, bo grozi to korozją, rozszczelnieniem membran mikrofonów i trwałym uszkodzeniem układów. Tabletki czyszczące są przeznaczone co najwyżej do dezynfekcji wyjmowanych wkładek usznych z miękkiego silikonu lub akrylu, po ich odłączeniu od aparatu. One działają jak środek myjąco-dezynfekujący i są fajne przy dużej ilości woszczyny, ale absolutnie nie służą do kąpieli całego aparatu. Podobnie specjalistyczne płyny – spotyka się spraye dezynfekujące do powierzchni mających kontakt ze skórą, ale nawet wtedy stosuje się je bardzo oszczędnie, zwykle na ściereczkę, a nie bezpośrednio na obudowę, i tylko na tych fragmentach, gdzie producent na to zezwala. W praktyce większość serwisantów powie: elektronika – sucho, wkładka – może być mokro, ale osobno. Pomysł z „proszkiem” czyszczącym to w ogóle przeniesienie logiki z innych branż, typu protezy dentystyczne czy pranie, na sprzęt elektroakustyczny. Suchy proszek mógłby dostać się do otworów mikrofonowych, komory baterii, złącza ładowania i narobić więcej szkody niż pożytku, powodując mechaniczne zanieczyszczenie i zaburzenie pracy mikrofonów. Moim zdaniem źródłem tych błędnych skojarzeń jest to, że użytkownicy słyszą o „specjalistycznych środkach do aparatów” i nie rozróżniają, czy chodzi o czyszczenie wkładki/uszty, czy elektroniki. Standardy dobrej praktyki w protetyce słuchu są tu dość jednoznaczne: regularne czyszczenie zausznego aparatu wykonuje się na sucho, miękką chusteczką, a wszelkie płyny, tabletki czy roztwory stosuje się wyłącznie do elementów odłączanych od części elektronicznej i zawsze zgodnie z instrukcją producenta.