Prawidłowo wskazana została rola jednostki certyfikującej. Określenia „Bio”, „Eko”, „Organic” są w Unii Europejskiej prawnie zastrzeżone i mogą być używane na etykiecie tylko wtedy, gdy cały łańcuch produkcji i przetwórstwa spełnia wymagania rolnictwa ekologicznego, a producent ma ważny certyfikat. Ten certyfikat wydaje upoważniona jednostka certyfikująca, która działa na podstawie przepisów unijnych (m.in. rozporządzenia w sprawie produkcji ekologicznej) oraz krajowych. Jednostka taka przeprowadza audyty w gospodarstwie i zakładzie przetwórczym, kontroluje dokumentację, pochodzenie surowców, sposób przetwarzania, stosowane dodatki, czystość linii produkcyjnych, a także system identyfikowalności (traceability). Bez pozytywnego wyniku takiej kontroli nie ma prawa do oznaczania produktów jako „Bio”. W praktyce oznacza to, że producent musi zawrzeć umowę z jednostką certyfikującą, poddać się corocznym kontrolom, prowadzić szczegółową ewidencję surowców ekologicznych i konwencjonalnych oraz ściśle przestrzegać wymogów technologicznych, np. ograniczeń w stosowaniu środków konserwujących, barwników czy aromatów syntetycznych. Moim zdaniem to sensowne, bo sam napis „Bio” bardzo mocno wpływa na decyzje konsumentów, więc musi się opierać na twardych, udokumentowanych kryteriach, a nie tylko na deklaracji producenta. Dobrą praktyką jest też czytanie certyfikatu przez kontrahentów: hurtownie, sklepy czy sieci handlowe często wymagają kopii aktualnego certyfikatu ekologicznego, zanim w ogóle wprowadzą produkt do swojej oferty.
Wiele osób zakłada, że do sprzedawania produktów jako „Bio” wystarczy jakaś ogólna zgoda z urzędu albo pojedyncze badanie w sanepidzie. To dość typowy błąd myślowy: mylenie ogólnego nadzoru sanitarnego czy administracyjnego z wyspecjalizowanym systemem certyfikacji ekologicznej. Urząd gminy w ogóle nie zajmuje się oceną, czy produkt spełnia standardy rolnictwa ekologicznego. Gmina może wydawać różne decyzje administracyjne, np. związane z warunkami zabudowy czy działalnością gospodarczą, ale nie ma kompetencji do przyznawania prawa do używania oznaczenia „Bio” w rozumieniu przepisów unijnych. Podobnie ocena punktów krytycznych, czyli system HACCP, to zupełnie inna bajka. HACCP koncentruje się na bezpieczeństwie zdrowotnym żywności: identyfikacji i kontroli zagrożeń biologicznych, chemicznych i fizycznych w procesie. Jest obowiązkowy w zakładach spożywczych, ale wdrożenie HACCP nie czyni produktu ekologicznym. Można mieć świetnie działający system bezpieczeństwa żywności i jednocześnie produkować całkowicie konwencjonalnie, z użyciem nawozów mineralnych, pestycydów czy różnych dodatków. To jest po prostu inny wymiar wymagań. Badania w Państwowej Inspekcji Sanitarnej też są często przeceniane. Sanepid sprawdza, czy produkt jest bezpieczny, czy nie ma przekroczeń norm mikrobiologicznych, chemicznych itp. Nie bada natomiast, czy surowce pochodzą z upraw ekologicznych, czy były stosowane środki ochrony roślin dopuszczone w rolnictwie ekologicznym, czy proces przetwórczy spełnia bardzo szczegółowe kryteria ekologiczne. Innymi słowy: zgoda gminy, HACCP i kontrole sanitarne są ważne dla legalnego i bezpiecznego funkcjonowania zakładu, ale nie zastępują specjalistycznej certyfikacji ekologicznej. Bez certyfikatu jednostki certyfikującej użycie określenia „Bio” na etykiecie jest po prostu niezgodne z prawem i może skutkować karami oraz koniecznością wycofania produktu z rynku.