Prawidłowa jest odpowiedź „72 godzin”, bo przepisy lotnicze traktują zgłaszanie poważnych zagrożeń jako działanie pilne, ale jednocześnie dają trochę czasu na zebranie podstawowych danych i wypełnienie raportu w sposób sensowny, a nie „na kolanie”. W typowych regulacjach dotyczących zgłaszania zdarzeń lotniczych (np. systemy typu occurrence reporting, zgodne z podejściem EASA / ICAO) przyjmuje się właśnie maksymalnie 72 godziny na zgłoszenie poważnego zagrożenia bezpieczeństwa. Chodzi o takie sytuacje, gdy stan statku powietrznego, instalacji, podzespołu albo systemu może realnie doprowadzić do wypadku lub poważnego incydentu, jeśli nie zostanie szybko wykryty i usunięty. 72 godziny to kompromis między koniecznością szybkiego przekazania informacji do właściwych władz (np. Urząd Lotnictwa Cywilnego, kompetentny organ nadzoru, czasem również producent) a realiami pracy w organizacji obsługowej czy u użytkownika statku powietrznego. W praktyce, jeśli technik obsługi lub inżynier CAMO stwierdzi np. pęknięcie elementu struktury w okolicy mocowania skrzydła, nietypowe uszkodzenie przewodów elektrycznych grożące zwarciem albo objawy poważnej awarii systemu awionicznego wpływającej na nawigację czy sygnalizację ostrzegawczą, powinien w ciągu tych 72 godzin sporządzić raport do kompetentnego organu. Moim zdaniem kluczowe jest, żeby nie traktować tego jako „maksymalnego czasu do odczekania”, tylko jako absolutną górną granicę. Dobre praktyki branżowe i kultura bezpieczeństwa mówią jasno: zgłaszamy jak najszybciej, często jeszcze tego samego dnia, a 72 godziny są po to, żeby zdążyć zebrać numery części, dane z dokumentacji, wpisy z książki płatowca, itp. Takie zgłoszenia są potem używane do analiz trendów, biuletynów serwisowych, zmian w programach obsługi, więc od rzetelności i terminowości tych raportów zależy nie tylko bezpieczeństwo jednego samolotu, ale całej floty i innych operatorów.
W tego typu pytaniach łatwo wpaść w pułapkę „zdrowego rozsądku”, który podpowiada, że albo trzeba zgłaszać coś natychmiast, w ciągu kilkudziesięciu godzin, albo że można z tym spokojnie poczekać tydzień czy dwa, bo przecież i tak samolot trafi do hangaru. Niestety, przepisy lotnicze nie opierają się na luźnym wyczuciu, tylko na jasno określonych terminach, które wynikają z analizy ryzyka i doświadczeń eksploatacyjnych całej branży. Dlatego odpowiedzi typu 48 godzin często wydają się „bardziej bezpieczne”, bo krótszy termin wygląda rozsądnie. Jednak regulacje dotyczące zgłaszania poważnych zagrożeń bezpieczeństwa przyjmują jako standard 72 godziny, a nie 48. Doba różnicy ma znaczenie praktyczne: organizacja obsługowa, operator lub osoba odpowiedzialna musi mieć czas, żeby ustalić szczegóły zdarzenia, zebrać dane techniczne (numery części, cykle, przebieg, warunki eksploatacji), sprawdzić dokumentację i przygotować raport, który będzie dla władz naprawdę użyteczny. Zbyt krótki termin, jak 48 godzin, mógłby prowadzić do zgłoszeń niekompletnych, pisanych „na szybko”, a to później utrudnia analizę trendów i podejmowanie decyzji np. o biuletynach serwisowych czy zmianach w programach obsługi. Z drugiej strony odpowiedzi 7 dni czy 14 dni odzwierciedlają typowy błąd myślowy: skoro samolot i tak jest wyłączony z eksploatacji, to można poczekać z formalnościami. Tyle że filozofia bezpieczeństwa w lotnictwie jest inna – informacja o poważnym zagrożeniu musi jak najszybciej trafić do kompetentnych władz, bo podobny problem może właśnie występować w innym statku powietrznym, u innego operatora, w innym kraju. Tydzień czy dwa to za długo, żeby wstrzymać się z przekazaniem tak ważnych danych. W praktyce 7 lub 14 dni to są terminy spotykane raczej przy mniej krytycznych obowiązkach raportowych albo przy uzupełnianiu dokumentacji, a nie przy zgłaszaniu stanu, który może bezpośrednio zagrażać bezpieczeństwu lotu. Dlatego w kontekście poważnego zagrożenia bezpieczeństwa właściwy jest termin 72 godzin: nie za krótko, żeby móc rzetelnie opisać zdarzenie, i nie za długo, żeby zapewnić szybką reakcję systemu nadzoru.