Prawidłowe gaszenie płonącej odzieży na człowieku kocem gaśniczym wynika z podstawowych zasad ochrony przeciwpożarowej i BHP. Kluczowe jest jak najszybsze odcięcie dopływu tlenu do płomieni. Koc gaśniczy (często z włókna szklanego lub specjalnych tkanin niepalnych) pozwala dokładnie owinąć poszkodowanego, przycisnąć materiał do ciała i mechanicznie zdławić ogień. Dzięki temu ogień nie jest rozdmuchiwany, nie ma dodatkowego podmuchu, a ryzyko poparzeń dróg oddechowych jest mniejsze, bo ogranicza się intensywność spalania przy twarzy. W procedurach BHP i instrukcjach przeciwpożarowych dla hangarów, warsztatów i pomieszczeń technicznych bardzo często jest jasno zapisane: płonącą odzież gasi się kocem gaśniczym lub poprzez „stop, połóż się, sturlaj” (czyli zatrzymać się, położyć i turlać po ziemi), a nie za pomocą gaśnic przeznaczonych głównie do urządzeń i instalacji. W praktyce, w warsztacie lotniczym koc gaśniczy powinien być zamontowany w łatwo dostępnym miejscu, obok podręcznych gaśnic. Moim zdaniem warto sobie to przećwiczyć choćby „na sucho”: jak rozwinąć koc, jak go nałożyć na człowieka od strony głowy, jak docisnąć materiał przy szyi i tułowiu, żeby nie zostawić „kieszeni” z powietrzem. Dobrą praktyką jest też pamiętanie, że po ugaszeniu płomieni nie zdejmuje się przyklejonej do skóry odzieży – to już zadanie dla ratowników medycznych. W środowisku lotniczym, gdzie występują paliwa lotnicze, oleje i syntetyczne ubrania robocze, koc gaśniczy jest jednym z podstawowych środków ochrony osobistej, dlatego znajomość jego zastosowania jest absolutnie obowiązkowa.
Przy gaszeniu odzieży płonącej na człowieku bardzo łatwo pójść w stronę odruchowych, ale niestety niebezpiecznych rozwiązań. Widząc ogień, wiele osób automatycznie sięga po gaśnicę, bo „od tego jest”. Technicznie rzecz biorąc, gaśnice pianowe, śniegowe czy proszkowe są zaprojektowane głównie do gaszenia pożarów urządzeń, instalacji, materiałów stałych, cieczy palnych czy elementów instalacji elektrycznej, a nie bezpośrednio ciała człowieka. W przypadku gaśnicy pianowej problemem jest przede wszystkim skład środka gaśniczego i ciśnienie wyrzutu. Strumień piany pod ciśnieniem może powodować dodatkowe urazy mechaniczne na oparzonej skórze, a sama piana nie jest przeznaczona do kontaktu z rozległymi ranami. Dodatkowo istnieje ryzyko wychłodzenia organizmu po gwałtownym zalaniu zimnym środkiem gaśniczym. Gaśnica śniegowa (CO₂) jest jeszcze gorszym wyborem, bo dwutlenek węgla opuszcza dyszę w bardzo niskiej temperaturze, powodując możliwość odmrożeń, a przy kontakcie z mokrą, uszkodzoną skórą skutki mogą być naprawdę dramatyczne. Z mojego doświadczenia ludzie często myślą: „CO₂ nie brudzi, to będzie lepsze”, a kompletnie pomijają aspekt medyczny i termiczny. Gaśnice proszkowe z kolei wytwarzają silny podmuch, który może rozdmuchiwać płomienie i wdmuchiwać gorące gazy w okolice twarzy, oczu i dróg oddechowych poszkodowanego. Sam proszek jest drażniący, może być wdychany, osadza się w oczach i na ranach, utrudnia późniejszą pomoc medyczną. Typowym błędem myślowym jest traktowanie wszystkich pożarów tak samo: „jest ogień, biorę pierwszą lepszą gaśnicę i pryskam”. Standardy BHP i przepisy ochrony przeciwpożarowej jasno rozróżniają gaszenie urządzeń i instalacji od działań na człowieku. W przypadku płonącej odzieży priorytetem jest szybkie zdławienie ognia przez odcięcie dostępu tlenu, przy jednoczesnej maksymalnej ochronie skóry i dróg oddechowych, a to zapewnia właśnie koc gaśniczy lub technika „połóż się i sturlaj”. Gaśnice pianowe, śniegowe i proszkowe zostawiamy do gaszenia sprzętu, instalacji elektrycznych, rozlewów paliwa czy innych źródeł pożaru, a nie do bezpośredniego użycia na człowieku.