Prawidłowo – układ automatycznej regulacji wzmocnienia (ARW) w radiostacji pokładowej działa właśnie na WEJŚCIU odbiornika. Chodzi o to, żeby niezależnie od tego, jak silny jest sygnał radiowy docierający z anteny (czy jesteś blisko nadajnika, czy bardzo daleko), poziom dźwięku w słuchawkach był w miarę stały i komfortowy. ARW „patrzy” na poziom sygnału odbieranego i na tej podstawie automatycznie zmienia wzmocnienie stopni wstępnych odbiornika – głównie niskoszumnych wzmacniaczy w.cz. i pośredniej częstotliwości. W praktyce wygląda to tak: gdy samolot podlatuje bliżej lotniska i sygnał z VHF COM robi się bardzo mocny, bez ARW w słuchawkach pojawiłby się zbyt głośny, wręcz nieprzyjemny dźwięk. ARW zmniejsza wtedy wzmocnienie na wejściu odbiornika, dzięki czemu poziom audio pozostaje w bezpiecznym i wygodnym zakresie. Z kolei przy słabym sygnale z dużej odległości układ zwiększa wzmocnienie, żeby poprawić czytelność korespondencji. To jest standardowa funkcja w nowoczesnych radiostacjach lotniczych i ogólnie w torach odbiorczych – podobne rozwiązania spotyka się w odbiornikach VOR, ILS, ADF, a nawet w zwykłych skanerach lotniczych. Moim zdaniem to jeden z ważniejszych układów „od komfortu pracy” pilota: ogranicza zmęczenie słuchu, redukuje ryzyko przeoczenia ważnej informacji, a przy okazji chroni też dalsze stopnie toru audio przed przesterowaniem. W dokumentacji serwisowej zwykle podkreśla się, że prawidłowe działanie ARW jest kluczowe dla stabilnej pracy odbiornika i zgodności z wymaganiami norm lotniczych dotyczącymi czułości i dynamiki odbioru.
Automatyczna regulacja wzmocnienia w radiostacji pokładowej jest ściśle związana z torem ODBIORU, a nie z nadajnikiem. Typowy błąd myślowy polega na tym, że ktoś kojarzy słowo „wzmocnienie” głównie z nadajnikiem, mocą wyjściową i zasięgiem, więc intuicyjnie szuka odpowiedzi przy wyjściu albo wejściu nadajnika. W praktyce ARW w ogóle nie służy do sterowania mocą nadawania, tylko do utrzymania w miarę stałego poziomu audio w słuchawkach podczas ODBIORU sygnału radiowego. W radiostacjach lotniczych moc nadajnika jest zazwyczaj ustalana konstrukcyjnie i spełnia wymagania norm (np. odpowiednie ICAO, ETSO), a jej zmiana nie jest automatycznie „podciągana” przez układ ARW. Gdyby ARW działał na wyjściu nadajnika, prowadziłoby to do ciągłego wachlowania mocą nadawania, co jest niepożądane i sprzeczne z dobrą praktyką – zakłócałoby to planowanie łączności i pokrycie radiowe. Podobnie, umiejscowienie ARW na wejściu nadajnika nie ma sensu, bo tam mamy do czynienia z sygnałem mikrofonowym lub sygnałem mowy z interkomu, który jest regulowany innymi układami: kompresją dynamiki, limiterami, czasem VOX-em. Te systemy troszczą się o to, żeby głos pilota był odpowiednio przetworzony do modulacji, a nie o natężenie pola elektromagnetycznego w przestrzeni. Natężenie pola, o którym mowa w pytaniu, jest związane z sygnałem docierającym do anteny odbiorczej. To właśnie na wejściu odbiornika pojawia się zmienna amplituda sygnału radiowego – raz bardzo silna, gdy samolot jest blisko nadajnika naziemnego, innym razem ledwo wyczuwalna przy dużej odległości albo zasłonięciu terenem. ARW mierzy pośrednio ten poziom (np. na pośredniej częstotliwości) i steruje wzmocnieniem wstępnych stopni odbiorczych tak, aby poziom audio był możliwie wyrównany. Dlatego wszystkie koncepcje, które przesuwają działanie ARW w stronę nadajnika, mijają się z fizyką działania toru radiowego i z praktyką konstrukcji urządzeń lotniczych. Kluczem jest zawsze odbiornik i jego wejście, gdzie sygnał radiowy „wchodzi” do urządzenia i tam właśnie musi zostać zautomatyzowana regulacja wzmocnienia.