Pomiar pełzania toru bezstykowego opiera się na dokładnym określeniu wartości wzdłużnych przesunięć toków szynowych względem punktów stałych, i właśnie to jest kluczowe dla utrzymania właściwej geometrii toru. Moim zdaniem, to jedno z ważniejszych zagadnień przy eksploatacji torów bezstykowych, bo pełzanie – czyli przesuwanie się szyn pod wpływem oddziaływań dynamicznych od taboru oraz zmian temperatury – może prowadzić do poważnych problemów eksploatacyjnych. Wyznaczanie tych przesunięć zawsze odnosi się do stabilnych, kontrolowanych punktów stałych, np. specjalnie zabudowanych znaczników czy fundamentów latarni, a nie do innych szyn czy znaków regulacyjnych, bo tylko punkty stałe nie przemieszczają się razem z torowiskiem. Branżowe wytyczne, jak np. instrukcja Id-14 PKP PLK czy normy europejskie, nakazują właśnie taki sposób pomiaru, aby w porę wykryć, że szyny 'uciekają' i zapobiec np. utracie ciągłości spawów czy uszkodzeniom podtorza. W praktyce często stosuje się pomiary od punktów stałych do czoła szyny, rejestrując cyklicznie zmiany – to wręcz podstawa profilaktyki na dłuższych odcinkach toru bezstykowego. Dobrze przeprowadzony pomiar pełzania znacznie wydłuża żywotność całego układu torowego. Z mojego doświadczenia, niewłaściwe monitorowanie pełzania potrafiło skutkować bardzo kosztownymi remontami całych odcinków, więc warto dbać o te pomiary naprawdę solidnie.
Wiele osób, analizując temat pomiaru pełzania toru bezstykowego, myli to z innymi zagadnieniami związanymi z utrzymaniem torowisk. Często pojawia się przekonanie, że chodzi o nierówności pionowe toków szynowych względem siebie lub względem znaków regulacji toru – jest to typowy błąd wynikający z utożsamiania pełzania z deformacjami geometrycznymi toru. Takie nierówności są przedmiotem zupełnie innych pomiarów – na przykład pomiarów niweletowych czy pomiarów profilu podłużnego, których celem jest zapewnienie komfortu jazdy i bezpieczeństwa, a nie wykrywanie przesunięć wzdłużnych. Z kolei pomiar wzdłużnych przesunięć toków szynowych względem siebie nie daje pełnego obrazu pełzania, bo oba tory mogą przesuwać się równocześnie w tym samym kierunku i wtedy taki pomiar nie wykryje rzeczywistej zmiany położenia torowiska względem otoczenia. Najbardziej typowym błędem myślowym jest traktowanie toru jako układu zamkniętego, w którym przesunięcia mierzy się tylko względem innych elementów toru, a nie względem stałych punktów otoczenia. W praktyce pełzanie to właśnie przesunięcie toru (najczęściej całych odcinków szyn) wzdłuż osi toru – to nie jest kwestia różnic wysokości ani relacji pomiędzy szynami, tylko zmiany położenia toru względem nieprzesuwających się punktów w terenie (np. specjalnych znaczników, betonowych słupków czy innych trwałych elementów infrastruktury). Standardy branżowe wyraźnie wskazują na konieczność stosowania takich punktów odniesienia – tylko wtedy pomiar ma sens i pozwala wykryć nawet powolne, ale niebezpieczne zmiany, które mogą prowadzić do utraty stabilności toru czy pęknięć spawów. Moim zdaniem często pomija się ten aspekt, skupiając się na odczytach względem innych fragmentów toru, a to prowadzi do błędnych diagnoz i nieefektywnego utrzymania infrastruktury.