Prawidłowa odpowiedź odwołuje się do podstawowej zasady bezpieczeństwa w ruchu kolejowym: każdy objaw mogący świadczyć o uszkodzeniu zestawu kołowego wymaga natychmiastowego zatrzymania pociągu i sprawdzenia stanu technicznego pojazdu. Iskry wydobywające się spod wagonu albo lokomotywy to bardzo poważny sygnał – może oznaczać np. zablokowany zestaw kołowy, przegrzewanie obręczy, uszkodzenie łożyska, tarcie koła o elementy hamulca albo nawet początek pęknięcia obręczy. Dlatego pierwszym krokiem jest zatrzymanie pociągu w możliwie najbezpieczniejszym miejscu, zabezpieczenie składu i przeprowadzenie dokładnych oględzin. Maszynista ma obowiązek sprawdzić, czy doszło do zablokowania zestawu, czy koło nie jest płaskie, wyszczerbione, czy nie ma śladów przegrzania (odbarwienia, zapach spalenizny, dym). W praktyce, zgodnie z dobrymi praktykami i instrukcjami eksploatacyjnymi, po stwierdzeniu zablokowania lub podejrzenia takiej usterki wykonuje się odhamowanie pojazdu, aby wyeliminować sytuację, że to układ hamulcowy trzyma koło i powoduje tarcie. Dopiero po usunięciu przyczyny i upewnieniu się, że dalsza jazda nie stwarza bezpośredniego zagrożenia (np. brak nadmiernych uszkodzeń obręczy, brak luzów w łożyskach), można kontynuować przejazd, ale tylko do najbliższej stacji, gdzie jest możliwość dokładniejszej kontroli technicznej i ewentualnego wyłączenia uszkodzonego pojazdu z ruchu. To podejście jest zgodne z zasadą ograniczania ryzyka: nie ciągniemy składu dalej niż to absolutnie konieczne i nie ignorujemy objawów usterek. Moim zdaniem to jedna z typowych sytuacji, gdzie refleks i dyscyplina maszynisty potrafią realnie zapobiec wykolejeniu albo poważnemu uszkodzeniu infrastruktury. W praktyce wielu maszynistów podkreśla, że lepiej zatrzymać się „na wyrost”, niż później tłumaczyć się z poważnego wypadku. Dlatego schemat: zatrzymanie – oględziny – odhamowanie – dojazd do najbliższej stacji to po prostu standard branżowy i zdrowy rozsądek w jednym.
Iskry wydobywające się spod pojazdu szynowego podczas jazdy to jeden z poważniejszych sygnałów alarmowych w eksploatacji taboru. Sugerują albo zablokowany zestaw kołowy, albo bardzo silne tarcie elementów tocznych o hamulec, części podwozia lub tor. Z punktu widzenia bezpieczeństwa nie ma tu miejsca na półśrodki w stylu „pojedziemy wolniej i zobaczymy”. Kontynuowanie jazdy ze zmniejszoną prędkością bez zatrzymywania, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się rozsądne, jest błędnym rozumowaniem. Zablokowany zestaw kołowy przy dalszej jeździe może doprowadzić do powstania płaskich miejsc na obręczy, przegrzania i rozwarstwienia materiału, a w skrajnym przypadku do pęknięcia obręczy i wykolejenia. Zmniejszenie prędkości nie usuwa przyczyny, tylko wydłuża czas jej oddziaływania. Podobny błąd myślowy kryje się za wiarą, że wystarczy uruchomić system diagnostyki w lokomotywie i dalej jechać. Systemy pokładowe monitorują głównie parametry napędu, obwodów elektrycznych, czasem niektóre parametry hamulca, ale nie zawsze wykryją mechaniczne zablokowanie zestawu w wagonie czy lokalne uszkodzenie obręczy. Te układy są wsparciem, a nie zamiennikiem dla fizycznych oględzin pojazdu. Samo „odpalenie diagnostyki” bez zatrzymania składu to bardziej uspokajanie siebie niż realne działanie zgodne z procedurami. Równie mylące jest przekonanie, że wystarczy zawiadomić Służbę Ochrony Kolei i można jechać dalej. SOK zajmuje się głównie bezpieczeństwem porządku na kolei, ochroną mienia, reagowaniem na zdarzenia kryminalne czy akty wandalizmu. To nie jest służba techniczna ani utrzymaniowa odpowiedzialna za ocenę stanu zestawów kołowych w ruchu. Zgłoszenie takiej usterki do SOK nie rozwiązuje w żaden sposób problemu z zablokowanym kołem i nie zastępuje decyzji maszynisty o zatrzymaniu i oględzinach. W tle wszystkich tych błędnych podejść pojawia się typowy błąd: przecenianie „ciągłości ruchu” nad bezpieczeństwo, wiara w elektronikę zamiast w podstawowe zasady eksploatacji oraz mylenie kompetencji różnych służb. Standardy i dobre praktyki mówią jasno: przy objawach zablokowanego zestawu kołowego pociąg się zatrzymuje, uszkodzenie się lokalizuje, wykonuje się odhamowanie i dopiero wtedy, po ocenie ryzyka, jedzie się najwyżej do najbliższej stacji, a nie dalej jak gdyby nigdy nic.