Prawidłowa odpowiedź to hamulec szynowy, bo tylko on w typowych pojazdach szynowych praktycznie uniezależnia drogę hamowania od przyczepności zestawów kołowych do szyny. Dzieje się tak dlatego, że siła hamująca nie jest tu przenoszona przez obręcze kół, ale bezpośrednio na szynę – poprzez elektromagnesy szynowe lub inne elementy dociskane do główki szyny. W efekcie, nawet gdy współczynnik przyczepności koło–szyna jest bardzo niski (deszcz, liście, lód, olej), hamulec szynowy dalej „trzyma” z prawie tą samą skutecznością. W praktyce na tramwajach czy niektórych pojazdach specjalnych stosuje się hamulec szynowy jako hamulec dodatkowy, awaryjny lub postojowy, właśnie po to, żeby w sytuacjach krytycznych, np. na śliskim torowisku, mieć niezależne źródło siły hamowania. Moim zdaniem to jedno z ważniejszych rozwiązań bezpieczeństwa, szczególnie w ruchu miejskim, gdzie droga hamowania musi być możliwie przewidywalna. W odróżnieniu od hamulców szczękowych czy tarczowych, które zawsze są ograniczone przyczepnością kół, hamulec szynowy dociąga pojazd do szyny i wykorzystuje siły elektromagnetyczne oraz tarcie bezpośrednio na szynie. W dobrych praktykach eksploatacyjnych podkreśla się, że nie powinien on zastępować normalnego hamowania służbowego, ale stanowić uzupełnienie dla skrócenia drogi hamowania w warunkach pogorszonych. W dokumentacji techniczno-ruchowej wielu tramwajów i pojazdów metra znajdziesz zapis, że hamulec szynowy uruchamia się automatycznie przy hamowaniu awaryjnym, właśnie po to, by droga hamowania była jak najbardziej niezależna od przyczepności kół do szyny i spełniała wymagania norm bezpieczeństwa, np. PN-EN dotyczących układów hamulcowych.
Klucz do tego pytania leży w zrozumieniu, co tak naprawdę ogranicza drogę hamowania pojazdu szynowego. W zdecydowanej większości przypadków granicą jest przyczepność koło–szyna. Jeżeli siła hamowania przekroczy maksymalną siłę wynikającą z tej przyczepności, koła zaczynają się ślizgać, pojawia się poślizg i droga hamowania się wydłuża. Dlatego wszystkie hamulce, które działają na koło lub z nim są ściśle związane, zawsze będą zależne od warunków na styku koło–szyna. Hamulec szczękowy, klasyczne rozwiązanie mechaniczne, dociska okładziny do powierzchni tocznej koła. Siła hamująca przenoszona jest z koła na szynę właśnie poprzez przyczepność. Gdy tor jest mokry, oblodzony albo zabrudzony, współczynnik przyczepności spada i choćby układ pneumatyczny generował dużą siłę, pojazd i tak nie zahamuje skuteczniej, bo zacznie ślizgać się kołami. Podobnie jest z hamulcem elektrodynamicznym tarczowym – mimo że sterowanie może być bardzo precyzyjne, a sam hamulec może mieć charakter rekuperacyjny lub oporowy, ostatecznie moment hamujący działa na oś i koło. I znowu, ograniczeniem jest to, co dzieje się na styku koło–szyna. Nawet bardzo zaawansowane systemy przeciwpoślizgowe (antypoślizg, ABS, systemy modulacji hamowania) jedynie optymalizują wykorzystanie istniejącej przyczepności, ale nie są w stanie jej „ominąć”. Częsty błąd myślowy polega na założeniu, że skoro hamulec jest nowoczesny, elektropneumatyczny lub elektrodynamiczny, to automatycznie daje niezależność od przyczepności. W rzeczywistości elektropneumatyczny to tylko sposób sterowania i rozdziału ciśnienia w cylindrach hamulcowych – sam mechanizm hamowania dalej działa na koła (szczęki, tarcze). Nie zmienia to fizyki styku koło–szyna. Dopiero hamulec szynowy, który działa bezpośrednio na szynę, w dużym stopniu uniezależnia drogę hamowania od warunków przyczepności zestawów kołowych. Z mojego doświadczenia wynika, że warto zawsze pytać: gdzie dokładnie działa siła hamująca – na koło czy na szynę? To proste pytanie pozwala uniknąć takich pomyłek.