Poprawna odpowiedź to lampa halogenowa, ponieważ należy ona do grupy klasycznych źródeł żarowych. W lampie halogenowej mamy do czynienia z tym samym zjawiskiem co w zwykłej żarówce – świeci rozgrzany do wysokiej temperatury żarnik wolframowy, przez który płynie prąd elektryczny. Różnica polega na tym, że bańka jest wypełniona gazem halogenowym (np. jodem lub bromem), co powoduje tzw. cykl halogenowy. Dzięki temu wolfram, który odparowuje z żarnika, częściowo wraca z powrotem na jego powierzchnię. W praktyce oznacza to wyższą trwałość, mniejsze zaczernienie bańki i wyższą skuteczność świetlną w porównaniu ze starą żarówką tradycyjną. Z punktu widzenia elektryka i instalatora halogeny traktuje się jako typowe źródła żarowe: zasilane prądem przemiennym 230 V lub przez transformator elektroniczny 12 V, o charakterystyce praktycznie rezystancyjnej. Przy doborze osprzętu, przekrojów przewodów czy zabezpieczeń nadprądowych przyjmuje się, że obciążenie jest czysto omowe, bez istotnych prądów rozruchowych jak w świetlówkach czy oprawach wyładowczych. W oświetleniu technicznym halogeny były (i nadal czasem są) stosowane w reflektorach punktowych, w oświetleniu sceny, w lampach warsztatowych, w oświetleniu zewnętrznym przed wejściem czy nad bramą garażową, zwłaszcza tam gdzie wymagana była dobra oddawalność barw i skupiony snop światła. Moim zdaniem warto też pamiętać, że według aktualnych trendów i wymagań efektywności energetycznej halogeny są coraz częściej zastępowane przez LED-y, ale klasyfikacja fizyczna pozostaje ta sama: to dalej źródło żarowe, a nie wyładowcze ani indukcyjne.
Źródła światła, które często pojawiają się w praktyce instalatorskiej – sodowe, rtęciowe, indukcyjne – łatwo wrzucić do jednego worka „tradycyjne lampy”, ale z punktu widzenia fizyki świecenia i klasyfikacji technicznej one nie są żarowe. I tu właśnie pojawia się typowe nieporozumienie: wiele osób kojarzy wszystkie starsze technologie jako żarówki, a to niestety prowadzi do złych wniosków przy doborze osprzętu, stateczników czy układów zasilania. Lampa sodowa jest klasycznym przykładem wysokoprężnej lampy wyładowczej. Światło powstaje w niej w wyniku wyładowania elektrycznego w parach sodu, a nie na rozgrzanym żarniku. Wymaga układu zapłonowego, dławika, ma zupełnie inną charakterystykę prądowo-napięciową, a jej praca jest ściśle uzależniona od parametrów układu zasilającego. Podobnie lampa rtęciowa – to także źródło wyładowcze. W środku mamy wyładowanie w parach rtęci, często z luminoforem na bańce, który przetwarza promieniowanie UV na widzialne. To źródło o zupełnie innym zachowaniu niż prosta żarówka: potrzebuje czasu rozruchu, stabilizacji, ma nieliniową charakterystykę i wymaga stosowania dławików zgodnie z zaleceniami producenta i normami dotyczącymi oświetlenia ulicznego czy przemysłowego. Lampa indukcyjna to jeszcze inna bajka. Choć bywa reklamowana jako „bezżarnikowa”, to wciąż jest to lampa wyładowcza, gdzie energia jest dostarczana do wyładowania za pomocą pola elektromagnetycznego, a nie przez klasyczny żarnik. Dla elektryka bardzo ważne jest odróżnianie źródeł żarowych od wyładowczych, bo inaczej dobierze się niewłaściwe układy zasilania, osprzęt, a nawet błędnie oceni charakter obciążenia instalacji. Moim zdaniem to jedno z takich zagadnień, które wydaje się banalne, ale potem w praktyce wychodzą kwiatki: ktoś podłącza lampę wyładowczą jak zwykłą żarówkę i dziwi się, że albo nie świeci, albo zabezpieczenia wariują. Dlatego warto zapamiętać: sodowa, rtęciowa i indukcyjna to źródła wyładowcze, a do żarowych zaliczamy żarówki klasyczne i halogenowe.