Prawidłowa odpowiedź pokazuje klasyczną, podręcznikową kolejność czynności przy pracy na uszkodzonym łączniku: najpierw odłączyć napięcie, potem sprawdzić brak napięcia, a dopiero na końcu cokolwiek rozkręcać i wymontowywać. To jest dokładnie to, co wymagają zasady BHP i normy dotyczące eksploatacji urządzeń i instalacji elektrycznych (w praktyce mówi się o zasadzie: wyłącz – zabezpiecz – sprawdź). Samo „odłączyć napięcie” to za mało, bo zawsze może się zdarzyć pomyłka przy wyłączniku, zły opis obwodu w rozdzielnicy albo ktoś w międzyczasie coś przełączy. Dlatego drugi krok – kontrola braku napięcia – jest obowiązkowy. Robi się to odpowiednim przyrządem (wskaźnik dwubiegunowy, miernik), najpierw sprawdzonym na źródle, o którym wiemy, że jest pod napięciem. Dopiero gdy masz pewność, że na przewodach przy łączniku nie ma napięcia, możesz bezpiecznie odkręcić osprzęt, odsunąć go od puszki i wymontować uszkodzony element. W praktyce, przy wymianie łącznika światła w mieszkaniu, wygląda to tak: wyłączasz bezpiecznik danego obwodu w rozdzielnicy, zabezpieczasz go np. kartką „nie załączać – praca na instalacji”, sprawdzasz wskaźnikiem przy łączniku, czy faza faktycznie zniknęła, i dopiero wtedy odkręcasz ramkę, mechanizm i odłączasz przewody. Moim zdaniem warto wyrobić sobie nawyk, że bez sprawdzenia braku napięcia nie dotyka się żadnego przewodu, nawet jak „na 100%” wiemy, że jest wyłączone. To jest standard branżowy, który po prostu ratuje zdrowie i życie. Dodatkowo taka procedura wymusza uporządkowaną pracę: łatwiej zachować kontrolę nad tym, co się robi, nie pogubić się w przewodach i uniknąć przypadkowego zwarcia.
W tym zadaniu łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że skoro wymieniamy tylko prosty łącznik, to kolejność czynności nie ma większego znaczenia. W praktyce to właśnie przy takich „drobnostkach” najczęściej dochodzi do porażeń, bo ktoś uznał, że szybko odkręci łącznik, a dopiero potem będzie się zastanawiał, co z napięciem. Każda odpowiedź, w której demontaż łącznika następuje przed odłączeniem i sprawdzeniem braku napięcia, jest niezgodna z podstawowymi zasadami bezpieczeństwa pracy przy urządzeniach elektrycznych. Dotykanie części przewodzących, odkręcanie śrub zacisków czy rozsuwanie przewodów przy wciąż podłączonym zasilaniu naraża na bezpośredni kontakt z przewodem fazowym. To nie jest tylko teoria z książki – w rzeczywistości często wystarczy lekko poluzowana izolacja albo zawilgocona puszka, żeby skończyło się to porażeniem. Innym typowym błędem jest skupienie się na „sprawdzaniu ciągłości połączeń” zamiast na sprawdzeniu braku napięcia. Badanie ciągłości wykonuje się zwykle na wyłączonej i odłączonej instalacji, jako czynność diagnostyczną, a nie jako podstawowy krok bezpieczeństwa przed dotknięciem przewodów. W dodatku sprawdzanie ciągłości na obwodzie, który może być pod napięciem, jest niebezpieczne dla samego miernika i dla obsługującego. Zdarza się też mylne przekonanie, że wystarczy załączyć napięcie i „zobaczyć, czy działa” przed demontażem. To podejście całkowicie pomija fakt, że przy uszkodzonym łączniku mogą występować zwarcia, przetarte izolacje, nadpalone zaciski, a więc elementy potencjalnie niebezpieczne nawet przy krótkotrwałym załączeniu. W dobrej praktyce elektrycznej zawsze obowiązuje ta sama logika: najpierw bezpiecznie odciąć zasilanie, zabezpieczyć miejsce pracy przed przypadkowym załączeniem, sprawdzić brak napięcia właściwym wskaźnikiem, a dopiero później przystępować do jakichkolwiek prac montażowych czy demontażowych. Ignorowanie tej kolejności to nie tylko błąd egzaminacyjny, ale przede wszystkim prosta droga do niebezpiecznych sytuacji na realnym obiekcie.