Prawidłowo wskazana odpowiedź dobrze oddaje podstawową zasadę w europejskim systemie prawnym: normy są co do zasady dobrowolne, a wymagania wynikające z dyrektyw UE – obowiązkowe. Normy (np. PN-EN, PN-HD, PN-IEC z obszaru elektroenergetyki) są dokumentami technicznymi opracowanymi przez organizacje normalizacyjne, jak PKN czy CENELEC. One opisują, jak coś wykonać „zgodnie ze sztuką”: jak dobrać przekroje przewodów, jakie stosować zabezpieczenia nadprądowe, jak projektować ochronę przeciwporażeniową, jak mierzyć rezystancję izolacji itd. Z prawnego punktu widzenia samo stosowanie norm nie jest nakazane ustawą – nikt wprost nie mówi: „musisz stosować normę PN-EN 61439”. Natomiast dyrektywy UE (np. niskonapięciowa LVD, kompatybilności elektromagnetycznej EMC, maszynowa) są już prawem, po wdrożeniu do polskich ustaw i rozporządzeń. I tu wymagania są obowiązkowe: wyrób lub instalacja muszą być bezpieczne, spełniać zasadnicze wymagania bezpieczeństwa, mieć odpowiednią dokumentację, deklarację zgodności, oznakowanie CE itp. W praktyce wygląda to tak, że żeby udowodnić spełnienie wymagań dyrektyw, korzysta się właśnie z norm zharmonizowanych. Moim zdaniem to jest taki „sprytny układ”: nikt Ci nie każe wprost stosować konkretnej normy, ale jeśli jej nie użyjesz, to bardzo trudno będzie wykazać przed UDT, inspektorem BHP czy prokuratorem, że instalacja jest bezpieczna i zgodna z prawem. Dlatego w branży elektrycznej przyjmuje się dobrą praktykę: traktować normy jako domyślny punkt odniesienia przy projektowaniu, montażu, pomiarach i odbiorach instalacji. Formalnie dobrowolne, ale zawodowo – praktycznie konieczne, jeśli ktoś chce pracować profesjonalnie i odpowiedzialnie.
W tym pytaniu łatwo się pomylić, bo w praktyce normy i przepisy często „idą w pakiecie” i wiele osób ma wrażenie, że wszystko jest po prostu obowiązkowe. Trzeba jednak rozdzielić dwie rzeczy: akty prawne (ustawy, rozporządzenia, wdrożone dyrektywy UE) oraz normy techniczne. Dyrektywy Unii Europejskiej po wdrożeniu do prawa krajowego stają się podstawą obowiązków prawnych. Przykładowo dyrektywa niskonapięciowa, dyrektywa EMC czy dyrektywa maszynowa wymagają, żeby urządzenia i instalacje były bezpieczne, nie stwarzały zagrożenia porażeniem, pożarem, zakłóceniami itp. Tego nie można sobie odpuścić – niespełnienie wymagań dyrektyw to naruszenie prawa, z wszystkimi konsekwencjami: od kar administracyjnych po odpowiedzialność karną, jeśli dojdzie do wypadku. Inaczej wygląda sytuacja z normami. Normy, takie jak PN-EN 60364 dla instalacji elektrycznych czy zestaw norm dotyczących ochrony przeciwporażeniowej, same w sobie nie są aktem prawnym. To są „uznane zasady techniczne”. Państwo bardzo często odwołuje się do nich w rozporządzeniach, ale zwykle w taki sposób, że ich stosowanie jest domyślną ścieżką wykazania zgodności z wymaganiami prawa. Błędne myślenie polega na założeniu, że albo normy są z natury obowiązkowe (co sugeruje, że każde odejście od zapisów normy jest nielegalne), albo że dyrektywy można traktować jak luźne wytyczne, a ważniejsze są normy. To odwraca role. W rzeczywistości rdzeniem są wymagania prawne z dyrektyw, a normy są narzędziem, żeby je spełnić w sposób uporządkowany i powtarzalny. Spotyka się też przekonanie, że skoro normy są dobrowolne, to można „robić po swojemu” bez głębszej refleksji. To też jest pułapka. Jeżeli ktoś świadomie odchodzi od normy, musi mieć mocne, technicznie uzasadnione argumenty, że wybrany sposób nadal zapewnia poziom bezpieczeństwa co najmniej taki, jak rozwiązanie normowe. W praktyce w branży elektrycznej przyjmuje się, że normy są standardem zawodowym i podstawą oceny przez nadzór techniczny, ubezpieczycieli czy biegłych sądowych. Dlatego warto dobrze rozumieć tę różnicę: obowiązkowe są wymagania prawa i dyrektyw UE, a normy są formalnie dobrowolne, ale w praktyce stanowią najlepszą drogę do spełnienia tych wymagań i ochrony własnej odpowiedzialności.