Na zdjęciu widać klasyczny efekt świecenia farb fluorescencyjnych w świetle UV. Promieniowanie ultrafioletowe samo w sobie jest dla ludzkiego oka praktycznie niewidoczne, ale cząsteczki zawarte w farbach fluorescencyjnych pochłaniają energię UV i natychmiast emitują ją w postaci światła widzialnego – najczęściej w bardzo intensywnych, neonowych kolorach. Dlatego na czarnym tle skóra, maska i dłonie pokryte farbą wyglądają jakby świeciły własnym światłem. W praktyce fotograficznej stosuje się do tego specjalne lampy UV (blacklight), często o długości fali ok. 365–395 nm, oraz makijaże i farby oznaczone jako UV-reactive lub fluorescent body paint. Moim zdaniem to jedna z fajniejszych technik kreatywnego portretu, bo przy minimalnej ilości sprzętu uzyskuje się bardzo mocny, graficzny efekt. Dobrą praktyką jest prawie całkowite wygaszenie światła ciągłego widzialnego, aby nie „zabić” kontrastu fluorescencji, oraz ręczne ustawienie balansu bieli, bo automatyka aparatu łatwo się gubi przy tak nietypowym widmie. Warto też pamiętać o bezpieczeństwie: wybierać lampy UV przeznaczone do zastosowań scenicznych i kosmetycznych oraz farby atestowane do kontaktu ze skórą. W fotografii komercyjnej i reklamowej taki sposób oświetlenia często wykorzystuje się w kampaniach klubowych, sportowych czy beauty, gdzie liczy się efekt „wow” i mocne, nasycone barwy, które trudno uzyskać zwykłym światłem o określonej temperaturze barwowej.
Na tym zdjęciu kluczowe nie jest to, czy światło ma 2 000 K czy 10 000 K, tylko zupełnie inny mechanizm – fluorescencja pod wpływem promieniowania ultrafioletowego. Temperaturę barwową opisujemy dla światła widzialnego, które ma określony odcień od ciepłego, żółto-czerwonego po zimny, niebieskawy. Nawet bardzo zimne światło o 10 000 K nadal będzie po prostu widzialnym światłem, które oświetla scenę tak jak zwykła lampa, tylko bardziej niebiesko. Nie spowoduje ono jednak spektakularnego świecenia farb UV na ciemnym tle, bo nie dostarcza im odpowiedniej porcji energii w paśmie nadfioletu. Podobnie światło o 2 000 K, typowe dla żarówek wolframowych czy świec, jest bardzo ciepłe i pomarańczowe, ale nie jest w stanie pobudzić farb fluorescencyjnych do tak silnej emisji światła. Pojawia się też czasem mylne przekonanie, że za ten efekt odpowiada promieniowanie podczerwone. Podczerwień to fale o dłuższej długości niż światło czerwone, czyli energia niższa, wykorzystywana raczej do ogrzewania niż do świecenia. Z mojego doświadczenia wynika, że wiele osób wrzuca do jednego worka UV i IR, bo „tego nie widać”, jednak w fotografii to dwa zupełnie inne światy. Do uzyskania świecenia farb UV potrzebna jest wysoka energia fotonów, a tę daje właśnie ultrafiolet, nie podczerwień. Dobre praktyki w studiu mówią wprost: jeśli chcesz efekt neonowego makijażu i świecących elementów na czarnym tle, przygotowujesz ciemne otoczenie, stosujesz lampy UV (blacklight), farby fluorescencyjne i kontrolujesz każdą resztkę światła widzialnego. Zwykłe światło o dowolnej temperaturze barwowej, ani nawet promieniowanie podczerwone, po prostu nie dadzą takiego rezultatu, co bardzo ładnie widać na tym przykładzie.