Prawidłowa odpowiedź to 45°. W fotografii reprodukcyjnej, czyli przy kopiowaniu płaskich oryginałów (np. rysunków, dokumentów, obrazów, zdjęć), przyjętym standardem jest ustawienie dwóch lamp symetrycznie po obu stronach obiektu, właśnie pod kątem około 45° względem osi aparatu. Chodzi o to, żeby światło padało równomiernie na całą powierzchnię i jednocześnie nie odbijało się bezpośrednio w obiektywie. Gdy lampy są pod kątem 45°, odbicia światła od płaskiej powierzchni kierują się na boki, a nie w stronę aparatu, dzięki czemu unikamy tzw. blików i przepaleń. W praktyce wygląda to tak: aparat jest ustawiony centralnie, prostopadle do fotografowanego oryginału, a po jego lewej i prawej stronie ustawiasz dwie identyczne lampy, na tej samej wysokości, pod tym samym kątem 45° i w tej samej odległości od obiektu. Moim zdaniem warto też pamiętać, że kluczowa jest symetria – jeśli jedna lampa będzie bliżej albo świeci mocniej, pojawią się różnice jasności po lewej i prawej stronie kadru. W branży to ustawienie 2×45° uznaje się za podstawową, podręcznikową konfigurację do reprodukcji, zgodną z ogólnymi zasadami oświetlenia reprodukcyjnego. Często stosuje się ją w muzeach, archiwach, pracowniach konserwatorskich, a także w studiach, gdzie trzeba wiernie odwzorować kolor i fakturę obrazu czy grafiki. Dodatkowo przy takim ustawieniu łatwiej kontrolować kontrast i równomierność oświetlenia przy pomiarze światła światłomierzem ręcznym, bo rozkład luminancji na powierzchni jest przewidywalny i powtarzalny.
W fotografii reprodukcyjnej kąt ustawienia lamp względem osi aparatu nie jest przypadkowy ani „na oko”. Cała idea polega na takim ustawieniu źródeł światła, żeby oświetlenie było możliwie równomierne, a jednocześnie żeby uniknąć bezpośrednich odbić w obiektywie. Dlatego od lat stosuje się standardowy schemat dwóch lamp ustawionych symetrycznie pod kątem około 45° względem osi aparatu. Gdy ktoś wybiera mniejszy kąt, na przykład zbliżony do 25°, światło zaczyna padać bardziej „z przodu”, prawie w kierunku aparatu. Przy powierzchniach lekko błyszczących, lakierowanych, kredowych papierach czy nawet gładkich wydrukach bardzo łatwo wtedy o pojawienie się ostrych refleksów, jaśniejszych pasów lub punktów w obszarze kadru. W praktyce wygląda to tak, że część obrazu jest prześwietlona odbiciem lampy, mimo że ekspozycja ogólnie wydaje się poprawna. Z kolei przy dużych kątach, na przykład w okolicach 65° czy tym bardziej 90°, światło zaczyna bardziej „ślizgać się” po powierzchni. Przy 90° mówimy właściwie o oświetleniu bocznym lub niemal równoległym do płaszczyzny obiektu. Taki układ mocno podkreśla fakturę, uwidacznia każde przetarcie papieru, wypukłości farby, nierówności podłoża. To może być fajne artystycznie, ale kompletnie nie służy neutralnej reprodukcji, gdzie celem jest wierne odwzorowanie treści i koloru, a nie struktury materiału. Typowym błędem myślowym jest założenie, że im bardziej z boku ustawimy lampy, tym mniej będzie odbić. W rzeczywistości przy zbyt dużym kącie pojawia się problem dramatycznych różnic jasności: część kadru jest niedoświetlona, kontrast rośnie, a pomiar światła staje się mniej przewidywalny. Drugi częsty błąd to traktowanie małych kątów jako „bezpieczniejszych”, bo światło wydaje się bardziej frontalne i miękkie. Niestety w reprodukcji liczy się geometria odbicia – kąt padania równa się kątowi odbicia – więc zbyt frontalne światło ma dużo większą szansę odbić się wprost w obiektyw. Właśnie dlatego w dobrych praktykach studyjnych przyjmuje się schemat 2×45°, który jest kompromisem między równomiernością, kontrolą odbić a zachowaniem neutralnego wyglądu powierzchni bez przesadnego podkreślania faktury.