Poprawna odpowiedź odnosi się do tego, co w praktyce jest jedynym wiarygodnym potwierdzeniem poprawności działania zmodernizowanej sieci: wyników pomiarów parametrów okablowania wraz z dokładnym opisem użytych narzędzi testujących oraz metodologii testowania. Sama modernizacja zgodnie z normami (np. ISO/IEC 11801, EN 50173, TIA/EIA-568) to dopiero połowa sukcesu. Druga połowa to sprawdzenie, czy to, co zaprojektowano i zamontowano, faktycznie spełnia wymagane parametry transmisyjne w realnych warunkach. W sieciach strukturalnych standardem jest wykonywanie certyfikacji okablowania za pomocą mierników klasy certyfikacyjnej (np. Fluke DSX), które potwierdzają takie parametry jak tłumienie, NEXT, PSNEXT, opóźnienie propagacji, długość linii, return loss itd. Bez takich pomiarów możemy tylko wierzyć, że instalacja jest poprawna, ale nie mamy twardych dowodów. Opis użytych narzędzi i metodologii jest równie ważny, bo pozwala powtórzyć testy, zweryfikować ich wiarygodność i porównać wyniki z wymaganiami norm. W dokumentacji powinna znaleźć się informacja, jaki tester zastosowano, jaką klasę/kategorię łącza testowano (np. kat. 6, klasa E), jakie profile testowe, daty pomiarów oraz kto je wykonywał. Z mojego doświadczenia w firmach, gdzie takie pomiary są rzetelnie robione po każdej modernizacji, znacznie rzadziej pojawiają się „dziwne” problemy z prędkością, losowymi rozłączeniami czy błędami w transmisji, które potem ciężko zdiagnozować. W praktyce, kiedy oddaje się sieć klientowi, raport z pomiarów jest traktowany jak certyfikat jakości – to jest dokument, na który można się powołać przy reklamacjach, audytach czy przy późniejszych rozbudowach. Branżowe dobre praktyki mówią wprost: nie ma pomiarów, nie ma pewności co do jakości okablowania, nawet jeśli wszystko wygląda ładnie i jest zgodne „na papierze”.
Wiele osób patrząc na modernizację sieci myśli głównie o papierach, normach, fakturach i jakimś ogólnym opisie zmian. To jest ważne, ale nie potwierdza realnej poprawności działania. Norma, według której wykonano modernizację, określa wymagania projektowe i wykonawcze – np. promienie gięcia kabli, maksymalne długości odcinków, kategorie przewodów, sposób prowadzenia wiązek. Sam fakt, że instalator deklaruje pracę „zgodnie z normą” nie oznacza jeszcze, że każda para w każdym kablu faktycznie spełnia parametry transmisyjne. To trochę jak z przepisem kulinarnym: można go znać, ale i tak danie może się nie udać. Równie złudne jest poleganie wyłącznie na wykazie zmian w strukturze sieci. Taki dokument jest przydatny organizacyjnie – wiemy, które gniazda dodano, jakie szafy zamontowano, jak zmieniła się topologia logiczna czy fizyczna. Jednak to opis struktury, a nie dowód, że każde łącze działa stabilnie z wymaganą prędkością, ma niski poziom błędów i margines bezpieczeństwa na przyszłość. Typowym błędem myślowym jest założenie, że skoro wszystko jest poprawnie opisane i udokumentowane, to musi też być sprawne technicznie. Kolejna pułapka to zaufanie do faktur i źródła zakupu sprzętu. Oczywiście dobrze, że kable i urządzenia pochodzą od licencjonowanych dystrybutorów, bo zmniejsza to ryzyko podróbek i zapewnia zgodność ze specyfikacją producenta. Ale nawet najlepszy kabel kat. 6A zamontowany zbyt ciasno w korycie, ze zbyt mocno ściśniętymi opaskami, może nie spełnić wymagań normy. Faktura nie powie nic o jakości montażu, o błędnie zarobionych wtykach, o przekroczonym tłumieniu czy zbyt dużym przesłuchu między parami. W praktyce sieciowej obowiązuje prosta zasada: dopóki nie ma wyników pomiarów okablowania wykonanych odpowiednim miernikiem i udokumentowanych w formie raportu, dopóty nie można uczciwie powiedzieć, że sieć po modernizacji została zweryfikowana technicznie. Dobre praktyki i normy branżowe jasno wskazują na konieczność testów certyfikacyjnych, a nie tylko formalnej dokumentacji i dowodów zakupu.