Wabbit to nietypowy rodzaj złośliwego oprogramowania, który rzeczywiście nie powiela się przez sieć, nie infekuje innych komputerów, nie ukrywa swojej obecności jak rootkit, ani nie otwiera tylnej furtki jak backdoor. Jego głównym celem jest samoreplikacja – uruchamia mnóstwo własnych kopii, aż system operacyjny nie radzi sobie z przydzielaniem pamięci i zasobów. Efektem tego może być zawieszenie się komputera, znaczne spowolnienie działania, a nawet wymuszenie restartu. Co ciekawe, Wabbit nie musi być przesyłany przez Internet, bo działa lokalnie, a taki rodzaj ataku często wykorzystywany jest do testowania odporności systemów na ataki typu DoS (Denial of Service), ale w mikroskali – tylko na jednym hoście. Moim zdaniem, warto znać takie przypadki, bo nie każdy atak wymaga dużej sieci czy zaawansowanych technik. W codziennej pracy administratora czy nawet zwykłego użytkownika, zauważenie nagłego spadku wydajności systemu lub zapełnienia pamięci RAM bez wyraźnego powodu powinno zapalić lampkę ostrzegawczą. Sugeruję, żeby zawsze monitorować procesy działające w tle i korzystać ze sprawdzonych narzędzi diagnostycznych. Dobre praktyki branżowe mówią, że regularne aktualizacje systemu i korzystanie z menedżera zadań do weryfikacji nieznanych procesów to podstawa ochrony przed takimi zagrożeniami. Niewiele osób słyszało o wabbitach, bo to raczej ciekawostka historyczna, ale mogą nadal stanowić problem, jeśli ktoś eksperymentuje ze starszymi systemami lub środowiskami testowymi.
Wielu osobom rootkit, stealware czy backdoor wydają się pasować do opisu złośliwego oprogramowania, ale każda z tych kategorii ma swoje charakterystyczne cechy i działa zupełnie inaczej niż wabbit. Rootkit to w rzeczywistości złośliwy zestaw narzędzi służących do ukrywania obecności atakującego na zainfekowanym systemie – nie chodzi tu o samoreplikację czy wyczerpywanie pamięci, tylko raczej o długofalowe utrzymanie się w systemie i maskowanie innych szkodliwych procesów. Stealware, jak sama nazwa sugeruje, jest projektowane głównie po to, by wykradać dane lub przekierowywać środki, najczęściej przy pomocy manipulowania ruchem internetowym użytkownika. To złośliwe oprogramowanie jest raczej ciche i nie powoduje skokowego zużycia pamięci RAM czy przeciążenia procesora. Jeśli chodzi o backdoora, to mamy do czynienia z funkcją umożliwiającą pominięcie standardowych mechanizmów uwierzytelniania – backdoor pozwala atakującemu na dostęp do systemu, ale nie opiera się na masowej samoreplikacji i wyczerpywaniu zasobów sprzętowych. Moim zdaniem często powtarzanym błędem jest utożsamianie wszelkich poważniejszych objawów infekcji z rootkitami lub backdoorami, bo te określenia są popularne w mediach. Jednak w praktyce, jeśli widzimy objawy typowego wyczerpywania pamięci wskutek masowego namnażania się procesu, to należy pomyśleć właśnie o takich przypadkach jak wabbit. Standardy bezpieczeństwa, jak ISO/IEC 27002, zalecają, by analizować symptomy ataku z kilku perspektyw – nie tylko przez pryzmat wykradania danych lub zdalnej kontroli, ale też pod kątem anomalii w zarządzaniu zasobami systemowymi. W tej sytuacji, żadne z wymienionych błędnych odpowiedzi nie trafia w sedno mechanizmu działania złośliwego programu opisanego w pytaniu.