Kategorie: Aplikacja nawozów i środków ochrony roślin
W centrum idei zbilansowanego nawożenia faktycznie stoi kontrola dawki azotu. Azot jest składnikiem najbardziej „ruchliwym” w środowisku glebowym: łatwo się wymywa w głąb profilu glebowego, ulega stratom gazowym (denitryfikacja, ulatnianie amoniaku) i bardzo szybko reaguje na warunki pogodowe. Dlatego w nowoczesnej agrotechnice właśnie azot jest najczęściej sterowany precyzyjnie – dzielimy dawki na kilka terminów, dostosowujemy je do zasobności gleby, spodziewanego plonu i aktualnego stanu roślin. W praktyce rolniczej używa się wyników analiz glebowych, wskaźników Nmin, map plonów czy czujników roślin (N-Sensor, Crop Sensor), ale cały ten „sprzęt” i wiedza kręcą się głównie wokół azotu. Moim zdaniem nieprzypadkowo – to właśnie nadmiar lub niedobór N najszybciej widać w łanie: bujna, ciemnozielona masa liści przy przenawożeniu, albo jasnozielone, słabo wykształcone rośliny przy niedoborze. Dobre praktyki mówią jasno: dawkę azotu trzeba nie tylko policzyć, ale też skorygować do warunków stanowiska, przedplonu, ilości słomy, a nawet ukształtowania terenu. Stąd tak duży nacisk na kalibrację rozsiewaczy, równomierność rozrzutu i stosowanie zmiennego dawkowania N na podstawie map aplikacyjnych. Fosfor, potas czy wapno też są ważne, ale ich dawki planuje się raczej w dłuższym horyzoncie (kilka lat), natomiast azot kontroluje się sezon po sezonie, a często wręcz zabieg po zabiegu. I to właśnie oddaje istotę zbilansowanego nawożenia: trzymanie azotu „w ryzach”, żeby roślina dostała dokładnie tyle, ile potrzebuje, bez niepotrzebnych strat i bez ryzyka dla środowiska.