Poprawna jest wartość 30%, bo właśnie taka maksymalna różnica skuteczności hamowania kół na jednej osi jest przyjęta w przepisach i normach diagnostycznych dla pojazdów. Chodzi o to, że siła hamowania lewego i prawego koła tej samej osi nie może się zbytnio różnić, bo wtedy auto przy ostrym hamowaniu zaczyna „ściągać” na jedną stronę. Diagnosta na stacji kontroli pojazdów sprawdza to na rolkach hamulcowych – mierzy siłę hamowania każdego koła osobno i wylicza procentową różnicę. Jeżeli ta różnica przekroczy 30%, hamulce na tej osi uznaje się za niesprawne lub co najmniej wymagające interwencji. Moim zdaniem to jest taki próg, który jeszcze uwzględnia realne zużycie eksploatacyjne, ale już nie dopuszcza niebezpiecznych różnic. W praktyce, jeśli na przykład lewe koło hamuje z siłą 2,0 kN, a prawe 1,4 kN, to różnica wynosi właśnie 30% i to jest granica, przy której diagnosta zaczyna się mocno zastanawiać nad oceną. W dobrze utrzymanym samochodzie ta różnica powinna być wyraźnie mniejsza, ale przepisy dopuszczają do tych 30%. W warsztacie, gdy widzimy wyniki z rolkowego testera, zawsze analizujemy, czy przyczyna jest w zapowietrzeniu układu, nierównomiernym zużyciu okładzin, zapieczonym tłoczku zacisku, czy np. w złej jakości oponach. Znajomość tej granicznej wartości pomaga też w ocenie, kiedy klientowi trzeba już wyraźnie zalecić naprawę, a nie tylko „obserwację” objawów.
Wartości 25%, 20% czy nawet 10% wyglądają na pierwszy rzut oka bardzo rozsądnie, bo im mniejsza różnica sił hamowania między kołami tej samej osi, tym bezpieczniej. I faktycznie, z technicznego punktu widzenia dążymy do jak najmniejszych różnic, bo tylko wtedy pojazd hamuje stabilnie, bez ściągania i nerwowych reakcji nadwozia. Problem w tym, że pytanie dotyczy nie tego, co jest idealne, ale tego, co jest formalnie dopuszczalne według przyjętych norm i procedur diagnostycznych. Tutaj kluczowe są konkretne progi określone w przepisach i instrukcjach dla stacji kontroli pojazdów. Częsty błąd myślowy polega na tym, że zdający miesza pojęcie „zalecane” z „dopuszczalne”. W warsztacie mechanik często powie, że różnica 20% to już sporo i warto się przyjrzeć układowi hamulcowemu, natomiast z punktu widzenia przeglądu technicznego pojazd jeszcze może przejść badanie okresowe, o ile nie przekroczono progu 30%. Wybór odpowiedzi 10% lub 20% wynika zwykle z intuicji, że nowoczesne hamulce powinny działać niemal idealnie równo, co ogólnie jest prawdą, ale nie odzwierciedla zapisów norm. Z kolei 25% bywa traktowane jako taki „złoty środek”, który komuś może się wydawać bezpieczniejszy niż 30%, lecz to nadal nie jest wartość wynikająca z obowiązujących wytycznych. Praktyka diagnostyczna pokazuje, że realne pojazdy mają pewne naturalne rozbieżności wynikające z różnic w zużyciu klocków, tarcz, bębnów czy nawet ciśnienia w oponach. Z tego powodu granicę ustawiono właśnie na 30%, żeby nie odrzucać masowo pojazdów, które są jeszcze akceptowalne pod względem bezpieczeństwa, choć nie są już idealne. Ważne jest więc, żeby odróżniać wartości graniczne zapisane w normach od naszych własnych, bardziej restrykcyjnych oczekiwań co do stanu technicznego samochodu.