Maksymalna dopuszczalna różnica sił hamowania między kołami tej samej osi wynosi około 30% i właśnie dlatego odpowiedź 2 jest uznawana za prawidłową. Chodzi o to, żeby podczas hamowania pojazd zachowywał stabilność kierunkową – jeśli jedno koło na osi hamuje dużo mocniej niż drugie, auto ma tendencję do ściągania na bok, co w sytuacji awaryjnego hamowania może skończyć się utratą panowania nad pojazdem. W praktyce na stacji kontroli pojazdów diagnosta bada siły hamowania na rolkach i porównuje wartości dla lewego i prawego koła tej samej osi. Jeżeli różnica przekracza dopuszczalne 30%, układ hamulcowy uznaje się za niesprawny i pojazd nie przechodzi badania technicznego. Moim zdaniem to jest taki rozsądny kompromis: z jednej strony uwzględnia się, że układ hamulcowy nigdy nie będzie idealnie symetryczny, z drugiej – nie dopuszcza się do sytuacji realnie zagrażającej bezpieczeństwu. W praktyce mechanik, widząc różnicę zbliżoną do tego progu, i tak powinien szukać przyczyny: zapieczony tłoczek w zacisku, nierówno zużyte klocki, zapieczone prowadnice, uszkodzony przewód elastyczny czy różne współczynniki tarcia okładzin. Dobrą praktyką warsztatową jest nie tylko „zmieścić się w normie”, ale dążyć do jak najmniejszej różnicy sił hamowania, bo to przekłada się na pewniejsze prowadzenie pojazdu, szczególnie na mokrej nawierzchni albo przy nagłym hamowaniu z większej prędkości. Warto też pamiętać, że systemy ABS i ESP lepiej działają, gdy hamulce po obu stronach osi są w podobnej kondycji, więc ten 30‑procentowy limit to absolutne maksimum, a nie coś, do czego powinniśmy dążyć.
W układzie hamulcowym kluczowe jest nie tylko to, jaka jest całkowita siła hamowania pojazdu, ale też jak ta siła rozkłada się pomiędzy koła po lewej i prawej stronie tej samej osi. Zbyt duża asymetria powoduje ściąganie pojazdu podczas hamowania, wydłużenie drogi hamowania, a w skrajnych przypadkach może doprowadzić do poślizgu bocznego i utraty panowania nad autem. Dlatego przepisy oraz praktyka stacji kontroli pojazdów przyjmują wartość graniczną różnicy sił hamowania na poziomie około 30%. Wybór wartości 40% jako dopuszczalnej różnicy to myślenie w stylu „im więcej tym lepiej się mieści w tolerancji”, ale w hamulcach tak to nie działa. Różnica rzędu 40% to już bardzo wyraźna asymetria, którą kierowca odczułby wyraźnie przy każdym mocniejszym hamowaniu. Z mojego doświadczenia wynika, że już przy okolicach 30% auto zaczyna lekko ściągać, a przy 40% mówimy o realnym zagrożeniu, szczególnie na śliskiej nawierzchni albo przy hamowaniu awaryjnym. Z kolei odpowiedzi 20% i 10% wynikają często z myślenia życzeniowego: ktoś zakłada, że skoro bezpieczeństwo jest najważniejsze, to normy muszą być bardzo ostre. W praktyce jednak trzeba uwzględnić zużycie elementów, różnice w tarciu, tolerancje produkcyjne i to, że pojazdy nie są laboratoryjnie idealne. Gdyby wymagać maksymalnie 10% różnicy, ogromna liczba sprawnych aut nie przechodziłaby przeglądu mimo, że w normalnej eksploatacji hamują stabilnie. Dlatego normy są tak ustawione, żeby z jednej strony nie dopuszczać do niebezpiecznych asymetrii, a z drugiej uwzględniać realne warunki użytkowania i możliwości techniczne. Mechanik i diagnosta powinni traktować 30% jako granicę bezpieczeństwa, a wszystko powyżej jako bezwzględnie wymagające naprawy, natomiast niższe wartości – jako sygnał do kontroli, jeśli zbliżają się do progu, nawet gdy formalnie pojazd jeszcze spełnia wymagania.