Do oceny stopnia zużycia oleju silnikowego w warunkach warsztatowych podstawowym parametrem jest jego lepkość, a do jej pomiaru stosuje się właśnie wiskozymetr. Olej w trakcie eksploatacji traci swoje właściwości smarne: dodatki uszlachetniające się wypalają, pojawiają się zanieczyszczenia paliwem, sadzą, wodą, a wysoka temperatura powoduje utlenianie. To wszystko powoduje zmianę lepkości – najczęściej spadek, ale bywa też wzrost przy dużym zanieczyszczeniu. Wiskozymetr pozwala w sposób obiektywny zmierzyć czas przepływu oleju przez kalibrowany otwór albo określić jego opór przepływu w zadanej temperaturze, najczęściej odniesionej do norm SAE i API. Moim zdaniem to jedno z bardziej niedocenianych narzędzi w diagnostyce silników, bo większość mechaników patrzy tylko na przebieg kilometrów lub interwał czasowy, a rzadziej na realny stan środka smarnego. W praktyce, w dobrym serwisie można np. porównać lepkość świeżego oleju z tym po przebiegu 10–15 tys. km i ocenić, czy warunki eksploatacji (krótkie odcinki, jazda miejska, wysokie obciążenia) nie powodują przyspieszonej degradacji. Wiskozymetr świetnie się sprawdza także przy weryfikacji, czy nie wlano oleju o niewłaściwej klasie lepkościowej, co ma bezpośredni wpływ na ciśnienie oleju, smarowanie panewek, turbosprężarki oraz na rozruch na zimno. Dobre praktyki serwisowe mówią, że przy podejrzeniu problemów z układem smarowania warto oprócz pomiaru ciśnienia oleju właśnie sprawdzić jego lepkość, a do tego wiskozymetr jest podstawowym, fachowym przyrządem pomiarowym.
W diagnostyce stanu oleju silnikowego kluczowe jest zrozumienie, jakie wielkości fizyczne mają znaczenie dla pracy układu smarowania. Zużycie oleju nie oznacza tylko jego ubytku w misce olejowej, ale przede wszystkim zmianę właściwości smarnych, czyli głównie lepkości, stabilności termicznej i jakości dodatków uszlachetniających. Dlatego stosuje się wiskozymetr, który mierzy lepkość, a nie inne przyrządy kojarzone ogólnie z „pomiarem czegokolwiek”. Refraktometr służy do badania współczynnika załamania światła, co ma zastosowanie np. przy kontroli stężenia płynu chłodniczego, płynów eksploatacyjnych na bazie glikolu czy nawet w analizie płynów warsztatowych, ale nie jest standardowym narzędziem do oceny zużycia oleju silnikowego. Można spotkać specjalistyczne metody optyczne w laboratoriach, jednak w typowej praktyce serwisowej refraktometr po prostu nie daje wiarygodnej informacji o lepkości oleju. Multimetr natomiast jest przyrządem elektrycznym – mierzy napięcie, prąd, opór, czasem częstotliwość czy pojemność. Nadaje się idealnie do diagnozowania instalacji elektrycznej, czujników, alternatora, akumulatora, ale nie ma żadnego sensownego zastosowania przy pomiarze parametrów oleju silnikowego. To typowe nieporozumienie: skoro multimetr „mierzy”, to może wszystko – a tak absolutnie nie jest. Z kolei pirometr mierzy temperaturę na odległość, wykorzystując promieniowanie podczerwone. Jest bardzo przydatny przy sprawdzaniu nagrzewania się tarcz hamulcowych, chłodnicy, obudów łożysk czy elementów wydechu. Można nim co najwyżej sprawdzić temperaturę pracującego silnika czy miski olejowej, ale nie stopień zużycia samego oleju. Częsty błąd myślowy polega na tym, że wybiera się przyrząd, który „coś mierzy w okolicy silnika”, zamiast zastanowić się, jaki dokładnie parametr oleju chcemy ocenić i jaką metodą pomiarową to się profesjonalnie robi. W branżowych dobrych praktykach przyjmuje się, że do oceny stanu oleju poza analizą laboratoryjną najważniejsze są: lepkość mierzona wiskozymetrem, obserwacja zanieczyszczeń, zapach (paliwo, spalenizna) oraz przebieg od ostatniej wymiany. Bez pomiaru lepkości odpowiednim przyrządem taka ocena będzie zawsze tylko „na oko”, a to w nowoczesnych silnikach jest po prostu za mało.