Poprawnie wskazana została najważniejsza konsekwencja zawodnienia płynu hamulcowego: już około 4% zawartości wody znacząco obniża jego temperaturę wrzenia. Płyny hamulcowe DOT3, DOT4 czy DOT5.1 są higroskopijne, czyli chłoną wilgoć z powietrza przez mikroszczeliny w układzie, przewody gumowe, korek zbiorniczka. W stanie „suchym” mają wysoką temperaturę wrzenia, np. płyn DOT4 ok. 230–260°C (wartości wg kart technicznych producentów i norm FMVSS 116). Kiedy jednak nasyci się wodą, jego tzw. mokra temperatura wrzenia potrafi spaść nawet w okolice 155–170°C, a przy zawodnieniu rzędu 4% może być jeszcze niższa. W praktyce oznacza to, że przy intensywnym hamowaniu (zjazd z gór, jazda z przyczepą, dynamiczna jazda miejska) płyn zaczyna się gotować, tworzą się pęcherzyki pary, a pedał hamulca robi się miękki, „wpada” w podłogę. To klasyczny objaw tzw. fadingu hydraulicznego. Z mojego doświadczenia serwisowego wynika, że już przy 3–4% zawartości wody mierzonej testerem warsztatowym (przewodnościowym lub na zasadzie pomiaru temperatury wrzenia) warto bez dyskusji wymienić płyn w całym układzie, bo ryzyko utraty skuteczności hamowania jest po prostu zbyt duże. Producenci samochodów i dobrych warsztatów zalecają wymianę płynu co 2 lata lub co ok. 40–60 tys. km, właśnie po to, żeby nie dopuścić do takiego poziomu zawodnienia. W praktyce na przeglądzie okresowym powinno się zawsze sprawdzać stan płynu hamulcowego, nie tylko jego poziom, ale też jakość i zawartość wody. To jest element podstawowego bezpieczeństwa, na którym naprawdę nie warto oszczędzać.
W układzie hamulcowym płyn pracuje w bardzo trudnych warunkach: wysokie ciśnienie, duże zmiany temperatury, kontakt z elementami metalowymi i gumowymi. Dlatego stosuje się płyny hamulcowe o ściśle określonych parametrach, opisanych w normach typu DOT3, DOT4, DOT5.1 (FMVSS 116, ISO). Jednym z kluczowych parametrów jest temperatura wrzenia płynu w stanie suchym i w stanie mokrym. Płyny na bazie glikoli są higroskopijne, czyli wchłaniają wodę. To nie jest zaleta, tylko pewien kompromis technologiczny. Woda, która dostanie się do układu (z powietrza, przez mikronieszczelności, przez korek zbiorniczka), miesza się z płynem i obniża jego temperaturę wrzenia. To czysta fizyka: roztwór wodny ma niższą temperaturę wrzenia niż specjalistyczny płyn hamulcowy w stanie pierwotnym. Dlatego twierdzenie, że zawodnienie podwyższa temperaturę wrzenia, stoi w sprzeczności z danymi katalogowymi producentów i doświadczeniem warsztatowym. Równie mylące jest przekonanie, że 4% wody „prawie nic nie zmienia”. W praktyce wystarczy kilka intensywnych hamowań z wyższych prędkości, zjazd z przełęczy w górach czy holowanie ciężkiej przyczepy, żeby taki zawodniony płyn zaczął się gotować. Pojawiają się wtedy pęcherzyki pary, które są ściśliwe, w przeciwieństwie do cieczy, i pedał hamulca zaczyna wpadać, a droga hamowania rośnie. To jest realne zagrożenie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Częsty błąd myślowy polega też na tym, że ktoś zakłada: „skoro płyn wchłania wodę, to tak ma być i to normalne po pół roku”. Owszem, jest to zjawisko naturalne, ale nie oznacza, że jest to stan akceptowalny czy bezpieczny. Dobrą praktyką branżową jest wymiana płynu co 2 lata, a nie traktowanie kilkuprocentowego zawodnienia po kilku miesiącach jako normy. Profesjonalne warsztaty używają testerów do oceny zawartości wody i przy wartościach zbliżonych do 3–4% zalecają wymianę. Ignorowanie tego parametru, czy bagatelizowanie wpływu wody, prowadzi do błędnych wniosków, że płyn „dalej działa, więc jest ok”, co niestety często wychodzi dopiero w sytuacji awaryjnej na drodze. W układzie hamulcowym margines na takie eksperymenty jest praktycznie żaden.