Testy jednostkowe to, moim zdaniem, absolutny fundament solidnego programowania. Są to niewielkie, automatyczne testy, które programista pisze zwykle równolegle z kodem albo nawet przed nim, jeśli stosuje się TDD (Test-Driven Development). Chodzi o to, żeby każda najmniejsza część programu – funkcja, metoda czy klasa – była dokładnie sprawdzona, czy zachowuje się zgodnie z założeniami już na etapie pisania kodu. W praktyce wygląda to tak: piszesz sobie funkcję, która np. liczy VAT, i od razu piszesz kilka testów, które sprawdzają, czy dla różnych wartości zwraca ona poprawne wyniki. Gdy coś się zmieni w kodzie, testy jednostkowe pozwalają od razu wychwycić, że coś zepsułeś (albo, oby nie, ktoś inny). Standardy branżowe, jak np. ISTQB czy wytyczne IEEE 829, bardzo mocno podkreślają wagę testów jednostkowych – bez nich zarządzanie jakością oprogramowania jest po prostu niemożliwe na dłuższą metę. W praktyce nawet proste projekty szybko bez nich zamieniają się w chaos. Co ciekawe, dobrze napisane testy jednostkowe ułatwiają refaktoryzację, bo masz pewność, że po zmianach wszystko działa jak należy. W mojej opinii, jeśli ktoś naprawdę poważnie myśli o pracy w branży IT, powinien umieć pisać testy jednostkowe z marszu.
Wiele osób zaczyna od myślenia, że testy wydajnościowe lub kompatybilnościowe to coś, co można robić już w trakcie pisania kodu, ale jednak tak nie jest. Testy wydajnościowe polegają na sprawdzaniu, jak szybko działa cały system albo jego większa część pod różnym obciążeniem – robi się to raczej po zintegrowaniu większych fragmentów aplikacji, nie w momencie pisania pojedynczych funkcji czy klas. Podobnie jest z testami kompatybilności – one sprawdzają, czy program działa poprawnie na różnych systemach operacyjnych, przeglądarkach albo w połączeniu z innymi aplikacjami. Tego typu testy są ważne, ale zwykle nie mają sensu, dopóki nie masz gotowej lub prawie gotowej aplikacji. Testy wdrożeniowe z kolei pojawiają się na samym końcu procesu – dotyczą sprawdzania, czy oprogramowanie zostało prawidłowo zainstalowane i czy działa w środowisku produkcyjnym. To już jest zupełnie inny etap, kiedy kod jest gotowy, przetestowany na innych poziomach i deweloperzy mają nadzieję, że wszystko pójdzie gładko. Często spotykam się z podejściem, że testowanie można zostawić na później, a to jest, szczerze mówiąc, bardzo ryzykowne. Największym błędem jest niedocenianie testów jednostkowych i mylenie ich z większymi testami integracyjnymi, wydajnościowymi czy wdrożeniowymi. To właśnie testy jednostkowe są najbliżej kodu źródłowego i to ich się używa podczas jego pisania – pozwalają szybko wychwycić błędy, zanim rozrosną się w poważniejsze problemy. Branża już dawno pogodziła się z tym, że testy jednostkowe to nie jest żadna fanaberia, tylko podstawowe narzędzie każdego programisty dbającego o jakość. Bez nich ryzykujesz, że małe błędy prześlizgną się do dalszych etapów i później naprawa jest dużo trudniejsza oraz bardziej kosztowna.