Wybór gruntów najniższej klasy pod składowisko odpadów poflotacyjnych jest zgodny z zasadami ochrony środowiska i standardami stosowanymi w górnictwie oraz przemyśle przeróbczym. Chodzi tutaj głównie o minimalizowanie wpływu na tereny o wysokiej wartości rolniczej lub przyrodniczej – po prostu nie warto niszczyć dobrych gleb tam, gdzie można wykorzystać te zdecydowanie słabsze. Moim zdaniem, to jedna z tych zasad, które niby są oczywiste, ale łatwo o nich zapomnieć w praktyce. W branży przyjęło się, że takie odpady powinny być lokalizowane właśnie na gruntach zdegradowanych, nieprzydatnych do innych celów, czyli np. V czy VI klasy bonitacyjnej. Pozwala to ograniczyć zarówno ryzyko skażenia użytków rolnych, jak i potencjalne straty ekonomiczne. Przykładowo, na Górnym Śląsku wiele starych wyrobisk czy terenów pogórniczych przeznacza się właśnie na takie cele i to się sprawdza. Dodatkowo, istotne jest odpowiednie zabezpieczenie takiego składowiska – uszczelnienie podłoża, systemy odprowadzania wód, monitoring stanu środowiska. Wszystko po to, żeby ewentualne przenikanie substancji szkodliwych nie zagrażało ani ludziom, ani zwierzętom. To po prostu branżowy standard i zdrowy rozsądek w jednym.
Często spotykanym błędem jest przekonanie, że składowiska odpadów poflotacyjnych można zlokalizować gdziekolwiek, byleby było wygodnie. W praktyce jednak wybór niewłaściwego miejsca może prowadzić do poważnych problemów środowiskowych. Lokalizacja składowiska na terenach przyległych do zbiorników wodnych stwarza bardzo wysokie ryzyko skażenia wód powierzchniowych i podziemnych. Nawet najlepiej zaprojektowane bariery czy uszczelnienia nie gwarantują stuprocentowego bezpieczeństwa, a ewentualne awarie mogą mieć katastrofalne skutki – to zresztą pokazują przykłady z różnych rejonów świata, gdzie dochodziło do wycieków i zanieczyszczeń rzek czy jezior. Tereny akumulacji rzecznej również nie są dobrym wyborem, bo są to miejsca o dużej dynamice wodnej, podatne na zalania i erozję – odpady mogłyby się dostać do obiegu rzecznego, co skutkuje nie tylko skażeniem, ale też trudnością w późniejszej rekultywacji. Jeśli chodzi o zbocza wysoczyzn, z pozoru wygląda to nieźle – teren suchy, wydaje się stabilny – ale jednak bardzo łatwo o zsuwy, osuwiska i rozprzestrzenianie się odpadów w dół stoku, zwłaszcza przy intensywnych opadach. W praktyce branżowej dąży się do tego, żeby jak najmniej ingerować w wartościowe tereny i minimalizować ryzyko oddziaływania na środowisko, stąd wybór gruntów najniższej klasy, najlepiej już zdegradowanych lub nieprzydatnych do upraw i innych celów gospodarczych. To nie jest tylko kwestia przepisów, ale po prostu zdrowego rozsądku, bo koszty ewentualnych napraw środowiskowych są wielokrotnie wyższe niż porządne zaplanowanie lokalizacji na starcie.