Prawidłowo – przy wydłużeniu przewodu między anteną a odbiornikiem kluczowe jest zastosowanie kabla o mniejszym tłumieniu. Chodzi o to, że każdy kabel koncentryczny wprowadza pewne straty sygnału, wyrażane w decybelach na 100 m (dB/100 m) przy określonej częstotliwości. Im dłuższa trasa i im wyższa częstotliwość (pasmo TV, DVB-T/T2, sygnały satelitarne), tym te straty rosną. Dlatego przy wysokim maszcie, gdzie dochodzi kilka–kilkanaście metrów przewodu więcej, warto wybrać kabel o jak najniższym tłumieniu, np. dobrej jakości RG-6 lub nawet lepszy typ klasy A/A+ zamiast taniego, cienkiego przewodu z marketu. Moim zdaniem to jedna z podstawowych dobrych praktyk w instalacjach TV: minimalizujemy straty po drodze, a nie próbujemy później ratować sytuację wzmacniaczami, które wprowadzają szumy i mogą przesterować odbiornik. W praktyce patrzy się na parametry typu: tłumienie przy 800 MHz czy 2150 MHz (dla SAT), ekranowanie powyżej 90 dB i zgodność z normami, np. EN 50117. Im mniejsze wartości tłumienia w dB, tym lepiej dla jakości obrazu i stabilności odbioru, zwłaszcza przy słabszym sygnale z nadajnika. Dodatkowo kabel o mniejszym tłumieniu zazwyczaj ma lepszą konstrukcję: grubszy przewodnik wewnętrzny, porządny dielektryk, podwójny ekran (folia + oplot), co ogranicza też zakłócenia zewnętrzne. W instalacjach zbiorczych czy w nowym budownictwie praktycznie standardem jest stosowanie kabli o niskim tłumieniu, właśnie po to, żeby móc prowadzić dłuższe odcinki bez widocznego pogorszenia jakości sygnału. W skrócie: zwiększasz odległość – musisz zmniejszyć tłumienie jednostkowe przewodu, żeby całkowita strata sygnału nie przekroczyła dopuszczalnych wartości.
W tej sytuacji łatwo się pomylić, bo intuicyjnie ktoś może pomyśleć, że wystarczy „jakiś kabel”, a resztę załatwi wysokość masztu albo ewentualny wzmacniacz. Problem w tym, że fizyki się nie oszuka: im dłuższy odcinek przewodu, tym większe łączne tłumienie toru. Jeśli wybierzemy kabel o większym tłumieniu jednostkowym, to przy dłuższej trasie dramatycznie spadnie poziom sygnału na wejściu odbiornika. To się potem objawia pikselizacją obrazu, rwaną fonią, zanikami multipleksów, szczególnie tych z wyższych kanałów UHF. Z mojego doświadczenia wielu instalatorów-amatorów lekceważy ten parametr i bierze pierwszy lepszy kabel z napisem „do TV”, nie patrząc na tabelę tłumienia w dB/100 m. To jest typowy błąd myślowy: „kabel to kabel, ważne, żeby był”. Niestety, kabel o większym tłumieniu nadaje się tylko na krótkie odcinki, np. kilka metrów między gniazdkiem a telewizorem, a nie na długą linię od anteny na maszcie. Drugie nieporozumienie dotyczy impedancji falowej. W instalacjach TV, DVB-T/T2 i SAT standardem jest impedancja 75 Ω. Wszystkie elementy toru – antena, kabel, gniazda, rozgałęźniki, wzmacniacze – są projektowane właśnie pod te 75 Ω. Zmiana impedancji na większą lub mniejszą (np. 50 Ω albo jakieś dziwne, niestandardowe wartości) nie poprawi jakości sygnału, tylko spowoduje niedopasowanie. Niedopasowanie skutkuje odbiciami sygnału (fala stojąca), dodatkowymi stratami i zafalowaniem charakterystyki w funkcji częstotliwości. To jest wprost sprzeczne z dobrą praktyką branżową i normami, które wymagają zachowania tej samej impedancji w całym torze. Moim zdaniem warto zapamiętać prostą zasadę: impedancja ma być stała (75 Ω), a tym, co realnie optymalizujemy przy dłuższych odcinkach, jest tłumienie kabla i jakość ekranowania. Wybór większej lub mniejszej impedancji nie jest narzędziem do „regulowania” jakości sygnału, tylko prostą drogą do problemów z odbiorem. Dlatego poprawne podejście to: stała impedancja 75 Ω zgodnie ze standardem, jak najmniejsze tłumienie jednostkowe przewodu i możliwie krótka trasa, a dopiero na końcu, jeśli trzeba, rozsądnie dobrany wzmacniacz.