Prawidłowo dobrane parametry pasteryzacji niskiej mleka to 75–80 °C przez około 30 sekund. Ten zakres temperatury i czasu odpowiada tzw. pasteryzacji wysokotemperaturowej krótkotrwałej (HTST), która w praktyce mleczarskiej jest standardem dla mleka spożywczego. W takim reżimie cieplnym skutecznie niszczona jest większość drobnoustrojów chorobotwórczych i znaczna część mikroflory saprofitycznej, przy jednoczesnym zachowaniu możliwie dobrych cech sensorycznych – smaku, zapachu i barwy. Białka serwatkowe ulegają tylko częściowej denaturacji, a kazeina pozostaje stabilna, dzięki czemu mleko nadaje się potem do dalszej obróbki technologicznej, np. produkcji jogurtów, serów miękkich czy napojów mlecznych. W praktyce przemysłowej używa się wymienników płytowych, które zapewniają bardzo szybkie podgrzanie i schłodzenie mleka, co ogranicza niekorzystne reakcje, takie jak ciemnienie nieenzymatyczne czy intensywne zmiany smaku. Moim zdaniem ważne jest też, że parametry 75–80 °C/30 s pozwalają zachować stosunkowo wysoki poziom witamin wrażliwych na temperaturę (głównie z grupy B), w porównaniu z wyższymi zakresami temperatur. W normach branżowych i w opracowaniach technologii mleczarskiej podaje się właśnie ten przedział temperatur jako typowy dla pasteryzacji mleka konsumpcyjnego, która nie jest jeszcze sterylizacją ani UHT, ale zapewnia bezpieczny, krótki okres przydatności do spożycia w chłodniczych warunkach przechowywania. W zakładach duży nacisk kładzie się na dokładne dotrzymanie zarówno temperatury, jak i czasu, bo nawet niewielkie odchylenia mogą przełożyć się na skrócenie trwałości lub pogorszenie jakości, co dobrze widać przy pracy na liniach o dużej wydajności.
W doborze parametrów pasteryzacji mleka łatwo pomylić zakresy temperatur i czasy obróbki, bo w literaturze i w praktyce funkcjonuje kilka różnych reżimów cieplnych: pasteryzacja niska, wysoka, HTST, a do tego jeszcze UHT i sterylizacja. Z mojego doświadczenia typowy błąd polega na tym, że ktoś wybiera zbyt niską temperaturę, sugerując się np. delikatnością surowca, albo odwrotnie – zbyt wysoką, myśląc, że „im wyższa temperatura, tym lepiej dla bezpieczeństwa”. W odpowiedziach z przedziałami 45–55 °C czy 55–58 °C mamy właśnie ten pierwszy problem. Tak niskie temperatury, nawet przy kilkudziesięciu sekundach, nie zapewniają skutecznej inaktywacji drobnoustrojów charakterystycznych dla mleka surowego. W tych warunkach przeżyje większość bakterii chorobotwórczych i psujących, a także część enzymów, takich jak fosfataza zasadowa, która w kontroli technologicznej jest markerem poprawności pasteryzacji. To bardziej zakres typowy dla procesów wstępnego podgrzewania, np. wyrównywania temperatury przed homogenizacją, a nie dla właściwej pasteryzacji. Z kolei bardzo wysokie temperatury rzędu 90–110 °C przy czasie 15 sekund wchodzą już w obszar obróbki zbliżonej do sterylizacji wysokotemperaturowej krótkotrwałej, stosowanej raczej w procesach typu UHT (choć tam zwykle używa się jeszcze wyższych temperatur, powyżej 135 °C). Taki reżim cieplny, zastosowany do mleka, drastycznie obniża jakość sensoryczną: pojawia się smak przegotowanego mleka, intensywna denaturacja białek serwatkowych, zmiany barwy i zapachu. Owszem, bezpieczeństwo mikrobiologiczne byłoby bardzo wysokie, ale nie byłaby to już klasyczna pasteryzacja niska ani standard dla mleka spożywczego pasteryzowanego. Typowy tok rozumowania prowadzący do błędnej odpowiedzi to założenie, że wystarczy dowolne „podgrzanie” mleka przez chwilę lub że trzeba iść w ekstremalne temperatury. W rzeczywistości technologia mleczarska opiera się na ściśle określonych, sprawdzonych parametrach, które równoważą bezpieczeństwo, trwałość i jakość sensoryczną. Dlatego zakresy zbyt niskie nie zabezpieczą produktu, a zbyt wysokie zniszczą jego pożądane cechy i będą niezgodne z typowymi standardami pasteryzacji mleka konsumpcyjnego.