Prawidłowa odpowiedź to „ziemniaki i buraki”, bo hydrotransport w przemyśle spożywczym wykorzystuje się głównie do surowców bulwiastych i korzeniowych, które dobrze znoszą kontakt z wodą i mają stosunkowo dużą wytrzymałość mechaniczną. W praktyce zakładów przetwórczych rurociągi z wodą służą do podawania ziemniaków do obieraczek, myjek bębnowych, sortowników, a buraków cukrowych do wstępnego oczyszczania, odkamieniania i podawania na linię krojenia. Woda pełni tu jednocześnie funkcję medium transportowego i wstępnego środka myjącego, co ogranicza ilość przenośników mechanicznych, zsypów i podajników taśmowych. Z mojego doświadczenia wynika, że hydrotransport jest też ważny z punktu widzenia ochrony surowca przed uszkodzeniem – ruch w zawiesinie wodnej jest łagodniejszy niż upadki na metalowe taśmy czy ślimaki, więc mniej jest stłuczeń, pęknięć i strat masy. Dodatkowo łatwo jest automatycznie usuwać zanieczyszczenia ciężkie (kamienie, piasek) w separatorach hydraulicznych. W dobrych praktykach projektowania linii technologicznych dla ziemniaków skrobiowych, frytek czy chipsów oraz dla buraków cukrowych zakłada się wykorzystanie hydrotransportu na odcinkach od przyjęcia surowca do sekcji mycia i wstępnego sortowania. Oczywiście trzeba kontrolować jakość wody procesowej, obieg zamknięty, filtrację i osadniki, żeby nie wprowadzać dodatkowych zanieczyszczeń mikrobiologicznych i fizycznych. Moim zdaniem warto kojarzyć hydrotransport właśnie z przemysłem ziemniaczanym i cukrowniczym, bo tam jest on takim standardem technologicznym wręcz od dziesięcioleci.
Hydrotransport w zakładach spożywczych nie jest rozwiązaniem uniwersalnym dla każdego surowca, tylko dość specyficzną metodą transportu wewnętrznego, która sprawdza się głównie przy produktach bulwiastych i korzeniowych, takich jak ziemniaki i buraki. Błędne skojarzenia biorą się często z myślenia, że skoro coś da się fizycznie przemieszczać w wodzie, to od razu ma to sens technologiczny i ekonomiczny. W przypadku drobiu i jaj stosowanie klasycznego hydrotransportu nie jest praktykowane. Tuszki drobiowe i jaja są bardzo wrażliwe mechanicznie i mikrobiologicznie, dlatego używa się przenośników taśmowych, podwieszanych linii ubojowych, specjalnych tac i pojemników. Kontakt z dużą ilością wody zwiększałby ryzyko kontaminacji, wymagałby bardzo restrykcyjnej kontroli higieny, a do tego jaja po prostu by się tłukły. Dla rzepaku i słonecznika sytuacja wygląda podobnie – są to nasiona oleiste o wysokiej zawartości tłuszczu, wymagające utrzymania niskiej wilgotności, bo nadmierne zawilgocenie sprzyja jełczeniu tłuszczu, rozwojowi pleśni i pogorszeniu parametrów przechowalniczych. W przemyśle olejarskim dominują przenośniki kubełkowe, ślimakowe, redlery, a nie linie wodne. Z kolei pszenica i jęczmień to zboża, które z zasady trzeba chronić przed wodą aż do momentu kontrolowanego nawilżania (kondycjonowania) przed przemiałem. Gdyby próbować je transportować w wodzie, ziarno pęczniałoby, zaczynałyby się procesy biochemiczne, ryzyko kiełkowania, rozwój mikroflory, a cała partia traciłaby wartość technologiczną. Typowym błędem jest więc przenoszenie pojęcia „transport wodny” na surowce suche, które powinny zachować niską wilgotność i sypkość. Dobre praktyki branżowe mówią jasno: hydrotransport wybiera się tam, gdzie woda i tak jest niezbędna w procesie (mycie, płukanie, wstępne oczyszczanie), a surowiec ma odpowiednią wytrzymałość mechaniczną i nie traci jakości od krótkotrwałego kontaktu z wodą. Dlatego właśnie technologia ziemniaka i buraka cukrowego jest tak silnie związana z rurociągami wodnymi, a drób, jaja, zboża i nasiona oleiste korzystają z zupełnie innych systemów logistyki wewnętrznej.