Prawidłowo – w przypadku konfitur kluczowym czynnikiem utrwalającym jest właśnie wysokie ciśnienie osmotyczne, wynikające z bardzo dużej zawartości cukru w produkcie. W praktyce technologicznej oznacza to, że do owoców dodaje się taką ilość sacharozy, żeby woda w komórkach drobnoustrojów „uciekała” na zewnątrz, do stężonego roztworu cukru. Mikroorganizmy ulegają odwodnieniu, ich błony komórkowe się kurczą, a procesy życiowe zostają silnie zahamowane. Moim zdaniem to jest jeden z fajniejszych przykładów, jak czysta fizykochemia przekłada się na trwałość żywności. W normach i wytycznych branżowych przyjmuje się, że konfitury i tradycyjne przetwory wysokosłodzone mają zawartość cukru zwykle powyżej 60–65% w przeliczeniu na ekstrakt ogólny, co zapewnia aktywność wody na poziomie, przy którym większość bakterii i pleśni praktycznie nie ma szans się rozwijać. Oczywiście sama osmoza to nie wszystko – konfitury dodatkowo są poddawane obróbce cieplnej (gotowanie), co redukuje wyjściową liczbę drobnoustrojów, ale to właśnie utrzymujące się w czasie wysokie ciśnienie osmotyczne odpowiada za długotrwałe utrwalenie podczas przechowywania w temperaturze otoczenia. W praktyce technologii żywności podobny mechanizm wykorzystuje się w miodzie, owocach kandyzowanych, syropach czy marmoladach. Dobre praktyki produkcyjne mówią wprost: kontrolujesz stężenie cukru (np. refraktometrem), kontrolujesz trwałość. Jeśli ekstrakt spadnie poniżej zalecanego poziomu, produkt robi się podatny na rozwój drożdży osmofilnych i pleśni, nawet przy poprawnej pasteryzacji. Dlatego w zakładach tak duży nacisk kładzie się na dokładny dobór receptury cukru i właściwe odparowanie wody podczas gotowania konfitur.
W przetwórstwie owoców łatwo się skupić na nowoczesnych metodach utrwalania i zapomnieć, że klasyczne wyroby, takie jak konfitury, opierają się na zupełnie innym, bardzo prostym mechanizmie. Skroplony azot kojarzy się z szybkim mrożeniem szokowym, co faktycznie jest świetną techniką dla warzyw, owoców czy gotowych dań, ale mrożenie nie ma nic wspólnego z typową technologią konfitur. One mają być przechowywane w temperaturze pokojowej, w słoikach na półce, a nie w zamrażarce. Ciekły czy skroplony azot służy głównie do szybkiego obniżania temperatury i ograniczania aktywności drobnoustrojów przez zamrożenie wody, a nie przez zmianę ciśnienia osmotycznego. Z kolei zmodyfikowana atmosfera, czyli zastąpienie powietrza mieszaniną gazów (np. CO₂, N₂) w opakowaniu, jest typowa dla świeżych warzyw, mięsa, serów czy wyrobów piekarskich. W przypadku konfitur jej rola jest marginalna, bo produkt sam w sobie jest już niskoawowy dzięki wysokiemu stężeniu cukru. Dodawanie kolejnej bariery w postaci MAP jest z punktu widzenia technologii po prostu nieopłacalne i rzadko praktykowane. Promieniowanie jonizujące też bywa mylące – faktycznie stosuje się je do utrwalania niektórych przypraw, ziół czy produktów wysokiego ryzyka mikrobiologicznego, ale to metoda wymagająca specjalistycznej infrastruktury i regulacji prawnych. Konfitury są produktem o stosunkowo niskim ryzyku, jeśli prawidłowo dobrano stężenie cukru i przeprowadzono obróbkę cieplną, więc ich napromienianie byłoby totalnie nadmiarowe. Typowy błąd myślowy polega na tym, że ktoś kojarzy „utrwalanie” tylko z technikami bardzo zaawansowanymi lub spektakularnymi, a pomija klasyczne rozwiązania oparte na wodzie, aktywności wody i ciśnieniu osmotycznym. Właśnie ta wysoka zawartość cukru, a więc duże ciśnienie osmotyczne, jest podstawą trwałości konfitur według zasad technologii produkcji i dobrych praktyk branżowych. Bez tego, nawet przy ciekłym azocie czy promieniowaniu, nie mielibyśmy typowej, stabilnej konfitury na półce sklepowej.