Prawidłowo wskazana została informacja o rzeczywistej zawartości soli – to jest właśnie ten element, którego brak na etykiecie może być podstawą do uznania produktu za zafałszowany. W przepisach dotyczących znakowania żywności (m.in. rozporządzenia UE 1169/2011) kluczowe jest, żeby konsument miał rzetelną informację o składzie i wartościach odżywczych produktu. Zawartość soli jest jednym z podstawowych parametrów, bo wpływa bezpośrednio na zdrowie (nadciśnienie, choroby sercowo‑naczyniowe) oraz na świadome wybory żywieniowe. Jeżeli producent nie podaje rzeczywistej, zgodnej ze stanem faktycznym zawartości soli, albo ją pomija, mimo że powinien ją podać, to produkt może być traktowany jako wprowadzający w błąd, a w praktyce – jako zafałszowany. Z mojego doświadczenia wynika, że organy kontrolne (np. IJHARS, Sanepid) bardzo mocno zwracają uwagę właśnie na takie parametry jak sól, cukier, tłuszcz, bo to są elementy deklaracji żywieniowej, które konsument najczęściej sprawdza. W zakładach spożywczych robi się regularne analizy fizykochemiczne, żeby potwierdzić zgodność etykiety z rzeczywistym składem. Przykładowo: jeżeli kiełbasa ma deklarowane 1,5 g soli na 100 g, a w badaniach wychodzi 3 g, to mamy klasyczny przykład zafałszowania – zarówno technologicznego, jak i informacyjnego. Dobre praktyki produkcyjne (GMP) i systemy jakości (HACCP) wymagają dokładnej kontroli receptur, dozowania soli oraz weryfikacji etykiet, żeby uniknąć właśnie takiej sytuacji. W praktyce technolog w zakładzie musi pilnować, by każda zmiana receptury (np. zmniejszenie ilości soli w pieczywie) była natychmiast odzwierciedlona w informacji na opakowaniu. Brak lub nieprawdziwa deklaracja zawartości soli to nie jest drobiazg formalny, tylko realne naruszenie prawa żywnościowego i bezpieczeństwa konsumenta.
W tym pytaniu łatwo skupić się na różnych elementach, które pojawiają się na opakowaniach, a zgubić to, co jest naprawdę obowiązkowe z punktu widzenia prawa żywnościowego. Etykieta produktu spożywczego musi spełniać konkretne wymagania: skład, wartości odżywcze, informacje o alergenach, warunki przechowywania, dane producenta itd. To, co jest kluczowe, to rzetelność i zgodność z rzeczywistością, bo każde świadome zatajanie lub zniekształcanie informacji może prowadzić do zafałszowania produktu. Informacja o obecności błonnika nie jest obowiązkowa dla każdego produktu. Zwykle pojawia się, gdy producent chce się pochwalić wartością prozdrowotną, np. „wysoka zawartość błonnika”. Brak takiej informacji sam z siebie nie oznacza zafałszowania – po prostu producent nie podkreśla tego parametru. Zafałszowanie pojawia się dopiero wtedy, gdy coś jest podane nieprawdziwie, np. deklaracja „źródło błonnika”, a w badaniach wychodzi, że błonnika jest śladowo. Podobnie jest ze znakiem graficznym „bez GMO”. To jest dobrowolne oznaczenie marketingowe, nie obowiązkowy element etykiety. Moim zdaniem sporo osób utożsamia brak takich oznaczeń z jakimś ukrywaniem informacji, ale prawo tego nie wymaga. Produkt może być całkowicie zgodny z prawem, bez żadnego logotypu „bez GMO”, a i tak nie będzie w żaden sposób zafałszowany. Logo zakładu produkcyjnego również nie jest wymaganym elementem etykiety. Obowiązkowe są dane identyfikujące producenta lub podmiot odpowiedzialny (nazwa, adres), ale brak graficznego logo nie ma żadnego związku z fałszowaniem żywności. W praktyce często jest tak, że małe zakłady nawet nie mają rozbudowanej identyfikacji wizualnej, a ich wyroby są całkowicie zgodne z wymaganiami prawa i norm jakości. Typowy błąd myślowy przy tym pytaniu polega na myleniu elementów marketingowych i „ładnych dodatków” na opakowaniu z elementami obowiązkowymi. To, że coś często widzimy na etykietach, nie znaczy jeszcze, że jest wymagane przepisami. Zafałszowanie wiąże się z brakiem lub nieprawdziwością kluczowych informacji, takich jak rzeczywista zawartość składników odżywczych (np. soli), a nie z brakiem dobrowolnych oznaczeń czy logotypów.