Prawidłowo wskazane moczenie w wodzie to faktycznie wstępny, kluczowy etap procesu słodowania jęczmienia. Na początku ziarno trafia do kadzi lub basenów namaczających, gdzie przez określony czas – zwykle w cyklach moczenie/przewietrzanie – podnosi się jego wilgotność do ok. 42–46%. To właśnie ta wilgotność uruchamia procesy życiowe ziarna, pobudza zarodek do kiełkowania i aktywuje enzymy, głównie amylolityczne i proteolityczne. Bez prawidłowo przeprowadzonego moczenia nie ma szans na równomierne kiełkowanie, a więc na uzyskanie słodu o powtarzalnej jakości. W nowoczesnych słodowniach bardzo pilnuje się parametrów tego etapu: temperatury wody (zwykle 10–16°C), czasu namaczania, napowietrzania oraz jakości wody zgodnej z wymaganiami branżowymi (np. niska zawartość żelaza, odpowiednia twardość). Moim zdaniem to jest taki fundament całego procesu – jak coś pójdzie nie tak przy moczeniu, to później nawet najlepsze suszenie czy prażenie nie uratuje jakości. W praktyce browarniczej i słodowniczej przyjmuje się, że dobrze namoczone ziarno ma równomiernie nasiąknięty bielm, brak zapachu zgnilizny i ograniczoną liczbę ziarniaków pływających na powierzchni (tzw. pływaki to często ziarno martwe lub uszkodzone). Po moczeniu dopiero następuje właściwe kiełkowanie, a dopiero na końcu suszenie i ewentualne dalsze obróbki (np. prażenie przy produkcji słodów specjalnych). W podręcznikach do technologii słodowniczo–browarniczej i w dobrych praktykach produkcyjnych (GMP) podkreśla się, że stabilne, kontrolowane moczenie to warunek uzyskania słodu o odpowiedniej sile diastatycznej, barwie i właściwościach filtracyjnych brzeczki. Z mojego doświadczenia nauki wynika, że jak dobrze zrozumie się sens tego etapu, to cały schemat słodowania robi się dużo bardziej logiczny.
W procesie słodowania łatwo się pomylić, bo większość operacji dotyczy tego samego surowca – ziarna jęczmienia – ale w zupełnie różnych momentach technologicznych. Suszenie ziarna kojarzy się wielu osobom z początkiem obróbki, jednak w słodownictwie suszenie (czyli tzw. suszenie zielonego słodu, a potem ewentualne dosuszanie) występuje dopiero po zakończonym kiełkowaniu. Jego celem jest zatrzymanie procesów biologicznych w ziarnie, utrwalenie wykształconych enzymów i nadanie słodowi odpowiedniej barwy i aromatu. Gdyby suszenie zastosować jako etap wstępny, to w praktyce ziarno zostałoby „uśpione”, odwodnione, a nie przygotowane do kiełkowania. Jeszcze dalej od prawidłowego początku procesu jest prażenie ziarna. Prażenie to obróbka typowa dla produkcji słodów specjalnych (np. karmelowych, palonych), gdzie stosuje się wyższe temperatury, żeby wytworzyć intensywne barwy i nuty smakowe. To jest już etap mocno zaawansowanej obróbki termicznej, realizowany po wcześniejszym pełnym cyklu słodowania – na pewno nie na samym początku. Wysoka temperatura prażenia praktycznie dezaktywuje większość enzymów, więc takie działanie na starcie całkowicie zniweczyłoby sens słodowania. Usuwanie kiełków natomiast to jedna z końcowych operacji, wykonywana po wysuszeniu słodu. Podczas kiełkowania powstają korzonki i listki, które po wysuszeniu są kruche i łatwo je oddzielić mechanicznie w odkiełkowniku. To poprawia wygląd słodu, ułatwia magazynowanie i ogranicza ilość zbędnej frakcji roślinnej w procesie zacierania. Typowym błędem myślowym jest traktowanie całego procesu jak „dowolnej” sekwencji zabiegów cieplnych i mechanicznych na ziarnie, bez zrozumienia biologii ziarna i roli wody. W rzeczywistości technologia słodowania jest dość precyzyjna: najpierw trzeba ziarno ożywić i pobudzić do kiełkowania przez odpowiednie moczenie, dopiero potem prowadzi się kiełkowanie, a na końcu zatrzymuje ten proces przez suszenie i ewentualne dalsze obróbki termiczne. Dlatego suszenie, prażenie czy usuwanie kiełków mogą być skojarzone ze słodowaniem, ale nie są jego wstępnym etapem.