Flamborowanie naleśników, czyli efektowne podpalenie alkoholu na ich powierzchni, wymaga zastosowania mocnego trunku o wysokiej zawartości alkoholu, który łatwo się zapala i daje charakterystyczny aromat. To właśnie koniak jest najczęściej wykorzystywany do tego celu – nie tylko dlatego, że ma odpowiednią moc (minimum 40%), ale też oferuje szlachetny, głęboki smak, który bardzo fajnie komponuje się z klasycznymi dodatkami do naleśników, jak pomarańcze czy cukier. W wielu renomowanych restauracjach i według większości podręczników do gastronomii właśnie koniak jest standardem przy przygotowywaniu naleśników Suzette (crêpes Suzette), gdzie flamborowanie stanowi kluczowy element widowiskowy i smakowy. Z mojego doświadczenia wynika, że inne alkohole albo się nie zapalają, albo nie dają odpowiedniego efektu wizualnego i aromatycznego. Użycie koniaku to nie tylko kwestia mody, ale po prostu praktyki i pewności, że wszystko pójdzie zgodnie z planem – zarówno podczas pokazu przy gościach, jak i w kuchni. Dodatkowo, koniak po podpaleniu odparowuje, zostawiając miękki, ciepły aromat, natomiast nie zostawia ostrego, nieprzyjemnego posmaku alkoholu. Takie rozwiązanie zdecydowanie ułatwia kontrolę nad całym procesem i gwarantuje efekt wow na talerzu, co zresztą jest jednym z głównych założeń flamborowania w gastronomii.
Wiele osób myśli, że do flamborowania można użyć dowolnego alkoholu, który akurat jest pod ręką, ale to niestety nie działa w praktyce. Wino czerwone i białe są zbyt słabe, mają zazwyczaj tylko 10–14% alkoholu, przez co nie chcą się zapalać, nawet gdyby je mocno podgrzać. Kucharze często z rozpędu sięgają po wino, bo wydaje się ono eleganckie, ale niestety nie spełnia wymagań technicznych potrzebnych do tego widowiskowego efektu. Piwo to już w ogóle inny temat – ma bardzo niską zawartość alkoholu (zwykle około 5%), a do tego zostawia gorzki smak i nie wnosi żadnych ciekawych aromatów, które pasowałyby do delikatnych naleśników. Zresztą próba podpalenia piwa kończy się tylko niepotrzebnym rozczarowaniem. Takie pomyłki biorą się często z braku znajomości chemii gastronomicznej – żeby alkohol się zapalił, musi mieć co najmniej 40% objętości alkoholu, a najlepiej nawet więcej. Właśnie dlatego koniak, a czasem też rum lub brandy, są w tej roli niezastąpione. Wino czy piwo można oczywiście dodać do sosu, ale efekt flambé się nie uda, bo po prostu nie będzie płomienia. W branży przyjmuje się, że liczy się nie tylko smak, ale przede wszystkim prezentacja, więc wybór odpowiedniego alkoholu to podstawa – nie warto eksperymentować na siłę nieodpowiednimi trunkami. Takie błędy pokazują, jak ważne jest rozumienie podstawowych procesów zachodzących podczas gotowania, a nie tylko poleganie na intuicji czy reklamach. W praktyce zawodowej warto zawsze sprawdzić, czy dany alkohol się zapala i czy nie wprowadza niepożądanych nut smakowych – taka ostrożność naprawdę się opłaca.