Właściwa odpowiedź to marynowanie, bo ta metoda daje tylko krótkotrwałe przedłużenie trwałości, zwykle właśnie w okolicach 2–3 dni w warunkach chłodniczych. Marynata, oparta najczęściej na soli, occie, winie, czasem cukrze i przyprawach, działa głównie powierzchniowo: obniża pH, ogranicza rozwój części drobnoustrojów i nieco hamuje procesy enzymatyczne w mięsie. Jednak środek produktu nadal pozostaje stosunkowo słabo zabezpieczony mikrobiologicznie. Z mojego doświadczenia w gastronomii, marynowanie traktuje się głównie jako zabieg poprawiający smak, kruchość i soczystość mięsa, a nie jako pełnoprawną metodę długotrwałej konserwacji. W profesjonalnych kuchniach zgodnie z zasadami GHP i HACCP przyjmuje się, że mięso marynowane należy przechowywać w lodówce (0–4°C) i zużyć możliwie szybko, zwykle w ciągu 24–72 godzin, w zależności od rodzaju mięsa, składu marynaty i warunków przechowywania. Przykładowo: karkówkę w kwaśnej marynacie do grilla przygotowuje się dzień–dwa przed obróbką cieplną, ale nikt rozsądny nie trzyma jej tydzień, bo rośnie ryzyko rozwoju bakterii, psucia i zmian zapachu. W zakładach żywienia zbiorowego marynowane mięso planuje się w produkcji krótkoterminowej: na bieżące menu, nie do magazynowania. Dla porównania, takie techniki jak zamrażanie, liofilizacja czy nawet odpowiednio prowadzone wędzenie pozwalają na znacznie dłuższe przechowywanie surowca. Marynowanie jest więc metodą częściowo utrwalającą, ale przede wszystkim techniką kulinarną poprawiającą walory sensoryczne, a nie zabezpieczeniem mięsa na długie tygodnie.
Problem w tym pytaniu polega głównie na odróżnieniu metod typowo kulinarnych od metod rzeczywiście konserwujących żywność na dłuższy czas. Wiele osób automatycznie kojarzy wędzenie z krótką trwałością, bo myśli o kiełbasie z grilla czy wędzonych żeberkach, które szybko znikają z talerza, a nie o technologii utrwalania. Tymczasem prawidłowo przeprowadzone wędzenie, zwłaszcza połączone z peklowaniem i odpowiednim dosuszeniem, znacząco obniża aktywność wody na powierzchni mięsa, dodaje substancji dymnych o działaniu bakteriostatycznym i w efekcie może wydłużać trwałość do wielu dni, a nawet tygodni, oczywiście przy zachowaniu chłodniczych warunków przechowywania i zasad HACCP. Jeszcze większe nieporozumienie dotyczy liofilizacji. To jest jedna z najbardziej zaawansowanych technologii utrwalania żywności: produkt jest najpierw zamrażany, a potem suszony w warunkach próżni, gdzie woda przechodzi z lodu bezpośrednio w parę (sublimacja). W efekcie uzyskuje się bardzo niską aktywność wody, co praktycznie zatrzymuje rozwój mikroflory. Takie mięso, odpowiednio zapakowane, może być przechowywane miesiącami, a nawet latami, dlatego stosuje się je w żywności specjalnego przeznaczenia, np. wojskowej, turystycznej, kosmicznej. Zamrażanie z kolei jest klasyczną metodą długoterminowego utrwalania: w temperaturze około –18°C procesy enzymatyczne i rozwój większości drobnoustrojów zostają silnie zahamowane. Mięso mrożone, przy zachowaniu ciągłości łańcucha chłodniczego, może być bezpieczne do spożycia przez kilka miesięcy, choć oczywiście z czasem pogarsza się jego jakość sensoryczna. Typowym błędem myślowym jest tu patrzenie tylko na to, co „znamy z domu”: ktoś widzi, że mrożonki po kilku dniach w domowej zamrażarce pokrywają się szronem, więc uznaje, że to słaba metoda. A to zwykle kwestia złej organizacji przechowywania, ciągłego otwierania drzwi urządzenia, wahań temperatury. W standardach branżowych, przy prawidłowym mrożeniu szokowym i właściwym pakowaniu, trwałość mięsa jest wielokrotnie dłuższa niż trzy dni. Na tym tle marynowanie wypada zupełnie inaczej: to raczej technika kulinarna poprawiająca smak i strukturę niż pełnoprawna metoda konserwacji długoterminowej. Dlatego właśnie to ono, a nie wędzenie, liofilizacja czy zamrażanie, wiąże się z tak krótkim okresem przydatności do spożycia.