Prawidłowy czas szokowego schładzania gorącej potrawy do około +3°C to maksymalnie 1,5 godziny. Wynika to z zasad higieny żywności oraz z systemów HACCP, GHP i GMP, które kładą ogromny nacisk na tzw. strefę zagrożenia, czyli przedział temperatur mniej więcej od +10°C do +60°C. W tym zakresie bakterie chorobotwórcze namnażają się najszybciej. Im dłużej potrawa pozostaje w tej strefie, tym większe ryzyko zatrucia pokarmowego, np. salmonellą czy Clostridium perfringens. Dlatego schładzanie szokowe ma za zadanie jak najszybciej przeprowadzić potrawę przez tę niebezpieczną strefę. 1,5 godziny to czas graniczny uznawany za bezpieczny w praktyce gastronomicznej. W profesjonalnych kuchniach używa się do tego schładzarek szokowych, które pracują z intensywną cyrkulacją bardzo zimnego powietrza, często z funkcją sondy temperatury wkłutej w środek porcji. Z mojego doświadczenia dobrze zorganizowana kuchnia stara się zejść do +3°C nawet szybciej niż w 1,5 godziny, szczególnie przy gęstych potrawach typu gulasz, sosy, zupy-kremy, bo one wolniej oddają ciepło. Dobre praktyki mówią też, żeby porcjować potrawę do płaskich pojemników GN, nie przepełniać ich, nie przykrywać szczelnie na początku oraz ustawiać je tak, żeby powietrze mogło swobodnie krążyć. Po osiągnięciu około +3°C potrawę trzeba od razu schować do chłodni (2–4°C) i przechowywać zgodnie z wytycznymi zakładowej instrukcji higienicznej. Warto pamiętać, że ten czas 1,5 godziny dotyczy całej potrawy, czyli temperatury w środku porcji, a nie tylko na powierzchni. Dlatego kontrola temperatury sondą to tak naprawdę podstawa profesjonalnego podejścia do bezpieczeństwa żywności.
Zbyt długi czas schładzania gorącej potrawy to jeden z najczęstszych i jednocześnie najbardziej niebezpiecznych błędów w gastronomii. Odpowiedzi wskazujące na 6,5 godziny, 10,5 godziny czy nawet 14,5 godziny sugerują, że potrawa mogłaby przez wiele godzin pozostawać w tzw. strefie zagrożenia mikrobiologicznego. W przedziale temperatur mniej więcej od +10°C do +60°C większość bakterii chorobotwórczych ma idealne warunki do namnażania. W praktyce oznacza to, że każde dodatkowe 2–3 godziny w tym zakresie dramatycznie zwiększają ryzyko zatrucia pokarmowego, nawet jeśli potrawa wygląda i pachnie zupełnie normalnie. Moim zdaniem częsty błąd myślowy polega na tym, że ktoś traktuje czas schładzania podobnie jak czas przechowywania w chłodni. Ktoś myśli: „Przecież w lodówce danie może leżeć kilka dni, to co za różnica, czy schładzam 1,5 godziny czy 10 godzin”. A różnica jest kluczowa. Standardy higieniczne, przepisy sanitarne i system HACCP jasno wskazują, że proces schładzania ma być szybki, kontrolowany i prowadzony z użyciem odpowiedniego sprzętu, jak schładzarki szokowe czy intensywnie działające ciągi chłodnicze. Celem jest jak najszybsze przejście z temperatury obróbki cieplnej do około +3°C właśnie po to, by ograniczyć namnażanie mikroorganizmów. Inny typowy błąd to przekonanie, że „jak raz dobrze ugotuję, to już bakterii nie będzie”. Niestety, po zakończeniu obróbki cieplnej potrawa znowu zaczyna stygnąć, a wraz ze spadkiem temperatury i kontaktem z otoczeniem pojawia się ryzyko ponownej kontaminacji oraz odrastania przetrwalników. Jeśli taki proces trwa 6–14 godzin, to mimo wcześniejszego gotowania potrawa może stać się realnym zagrożeniem dla zdrowia konsumenta. Z mojego doświadczenia wynika, że im większe porcje, im gęstsza potrawa i im wyższa wilgotność, tym szybciej sytuacja robi się niebezpieczna. Dobre praktyki branżowe mówią wyraźnie: chłodzenie naturalne „na blacie” czy w ciepłej kuchni przez kilka godzin jest nie do przyjęcia. Dlatego prawidłowe podejście to: porcjowanie do mniejszych pojemników, użycie schładzarki szokowej, kontrola temperatury w środku potrawy i trzymanie się limitu około 1,5 godziny do osiągnięcia +3°C. Wszystkie dłuższe czasy sugerowane w niepoprawnych odpowiedziach są sprzeczne z zasadami higieny i bezpieczeństwa żywności i w realnej gastronomii byłyby poważnym uchybieniem podczas kontroli sanitarnej.